Leaderboard
Popular Content
Showing content with the highest reputation on 02/06/18 in all areas
-
Rozmawiałam z jeszcze jedną Panią zainteresowaną Igunią. Jednak MNIE się wydaje że to nie domek dla niej. Państwo jeszcze pracują, w domu 14 letnia córka i raz na jakiś czas odwiedziny wnuków 2 i 3 latka. Iga nie niszczy ale lubi sobie poskubać..a to miseczkę plastikową a to coś innego wg mnie jednak lepiej żeby była pod "nadzorem :)". Do dzieci jej nie sprawdzę ale nie mam pewności czy byłoby ok. I mimo że pewnie komuś się znowu nie spodoba to tym razem SAMA powiedziałam Pani o Hanusi. Bo okazalo się że dla Pani nie ma znaczenia wielkość :) Haneczka nie jest sprawdzona na dzieci ale WIEM że nie byłoby problemu. Hania nie niszczy, jak jest z nami w domu nie opuszcza swojej miejscówki. Nie pije, nie je, byleby tylko nie zejść z kanapy. Pani zerknie na ogłoszenie Hanusi i da znać. Oczywiście o obu suniach udzieliłam wyczerpujących informacji.5 points
-
Jestem po wizycie u pań, która wypadła dobrze. Pani i jej mama żwawe. Zawsze miały zwierzaki, a psów głównie duże , często dogi. Są gotowe przyjąć Igusię w każdej chwili. Weterynarz jest ok. 100 m od ich domu. W pobliżu są tereny spacerowe.Panie chcą karmić sunię gotowanym i suchym . Omówiłam sprawę bezpieczeństwa suni tylko nie powiedziałam o adresatce. Wieczorem jadę do pana żoną, który przez telefon wydaje się być też sensowny.3 points
-
Na konto Yogusia przelewam 115 zł spadku po Wiwatku. anetko potwierdż prosze jak wpłyną2 points
-
No to tak...O Kai napiszę więcej, jak ją zobaczę :) nie wiem tylko czy uda się w tą sobotę :( Jutro mam laserową korekcję siatkówki (w obu oczach) i po tym będę źle widzieć przez pewien czas, to nie wiem, czy dam radę pojechać na wizytę :(, jak nie w ta sobotę to jakoś w przyszłym tygodniu mam nadzieję, że się uda....ten zabieg wyszedł nagle - dziś byłam u okulisty i okazało się źle, lepiej nie czekać aż się pogorszy (lepiej już nie będzie niestety ..ale byleby nie było gorzej, a bez lasera może być gorzej z dnia na dzień...), a że do tego dochodzi ciąża to udało się załatwić zabieg na cito. No ale koniec prywaty - mam nadzieję, że wybaczycie mi ewentualną zwłokę z wieściami od Kajuni. Za to Faza...wiem, że ma jak pączek w masełku (a wiemy, że masło jest teraz w cenie!). Kocha ją cała rodzina - Agnieszka to wokół Fazy się rozpływa :P Faza nie jada już suchej karmy, ma gotowane jedzonko - ryż + mięso + suplementy według potrzeb (w głównej mierze naturalne - olej z łososia, jogurt z koziego mleka, jajka co jakiś czas...plus msm na wzmocnienie stawów, bo sunia ma bardzo dużo ruchu, ja się tak dobrze nie odżywiam :D ). Co do ruchu Fazy...codzienne bieganie po ogrodzie (bardzo dużym), plus codzienny spacer do teściów Agi i spowrotem (w 2 strony to jakieś 6 km) - jak oni wychodzą do pracy, to Faza z wielką radością wita teściów i idzie z nimi do ich domu, gdzie też uwielbia się bawić na ogrodzie, albo jak jest pogoda to ją biorą na spacer jeszcze na pobliskie pagurki. 2-3 razy w tygodniu Faza biega albo z Agą, albo z jej mężem, zaczynali po kilka kilometrów, teraz robią po 10 i Faza ma mało, po bieganiu jeszcze lubi na ogrodzie za swoimi sprawami poniuchać ;). A raz w tygodniu chodzi z Jarkiem (mężem Agi) w góry. Ostatnio w górach złapała ich śnieżyca...Jarek wrócił wykończony, a Faza jeszcze miała dojść i zanim poszła spać po wycieczce to się jeszcze w domu chciała bawić ;) Nie spuszczają jej jeszcze ze smyczy - tylko po ogrodzie biega luzem, ale płot mają porządny. Boją się, że Faza mogłaby za czymś pognać, to wolą ją trzymać na lince :). Faza uwielbia biegać po ogrodzie, zakopywać skarby pod tujami i ogólnie spędzać czas na dworze...ale często zagląda przez drzwi tarasowe, czy rodzina jest na swoim miejscu ;). Oczywiście w domu też spędza czas, ale Aga mówiła, że jak leży śnieg to Faza wciąż prosi o wypuszczenie na dwór. Czasem ją w domu przetrzymują, a czasem pozwalają jej być na ogrodzie tyle ile chce. W domu musi mieć jakieś zajęcie, bo jak jej nikt nie głaska, ani się z nią nie bawi w przeciąganie, to sama zaczepia do zabawy - np kradnie kapcie i z nimi ucieka, albo gryzie po palcach u nogi i patrzy się ze wzrokiem pt " no baw się ze mną!". Chyba, że już jest na prawdę zmęczona to się im układa na stopach drzemie, kiedy oni oglądają telewizję. Nie załatwia się już w domu, a noce im ładnie przesypia - szczególnie lubi spać w sypialni Agi i Jarka pod ich łóżkiem. Widać, że Fazunia bardzo kocha swoją rodzinę, choć jak mnie zobaczyła to się bardzo ucieszyła i od razu zaczęła mnie podgryzać :P Pojechałam do nich z moją Holusią (miałam zabrać Lichotkę, ale jednak Holunia lżejsza, więc łatwiej w razie czego byłoby mi ją do pociągu wsadzić, jakby sama nie chciała wejść). Holi poznała Fazę, Faza poznała ją, ale jak to i w domu było, tak i u Fazy po przywitaniu się każda poszła w swoją stronę :D. No i wieść na koniec...Faza dostała cieczki...więc teraz akurat skończyło jej się samopas latanie po ogrodzie, choć jeszcze plami, to i tak już wolą pilnować, czy nie szuka dziury w całym, albo czy jakiś psi adorator nie szuka sposobu na przejście przez płot ;). Jak jej się cieczka skończy, to za około 2 miesiące ją wysterylizują. Myślę, że lepszego domu dla Fazy nie mogliśmy znaleźć. Oni wszyscy (wraz z teściami) bardzo ją kochają, rozpieszczają, ale w granicach zdrowego rozsądku ;). Kilka zdjęć - nie ma ich dużo, jechałam sama, bez Patryka i nie brałam lustrzanki, tylko zwykły stary aparacik...poza tym jakoś 4 h u nich tak mi szybko zleciały, że nawet nie zauważyliśmy kiedy. w tle Jasiek, najmłodszy domownik w rodzinie Fazy, Faza go uwielbia :D ciągle kocha wszystkich podgryzać ;)2 points
-
Bardzo trudno jest myśleć o tym cudownym Staruszku w czasie przeszłym. Nagle w moim życiu zrobiło sie bardzo dużo czasu. Nikt ode mnie nic nie chce, nikt mnie nie goni do sypialni, żeby w końcu mogł iść spać, wszyscy radzą sobie sami, a ja zamiast odsypiać, piorę, piorę i piorę, porządkuję, segreguję i płaczę. Kłamałabym mówiąc, że Rokus był psem bezproblemowym. Chwilami opieka nad nim była trudna, nie tylko fizycznie. Trzeba było pilnować, żeby nie podszedł do niego duży pies, żeby nie zgubił się kiedy zostawał w tyle, bo jak tracił mnie z oczu to leciał przed siebie i niekoniecznie w moją stronę. Trzeba było podnosić go przy wsiadaniu do samochodu i wysadzać z niego, wsadzać na kanapę i po chwili, jeśli chciałam wyjść z pokoju zsadzać go z niej - czasami kilka razy w ciągu godziny. Pamiętać o podaniu leków, niektórych pół godziny przed jedzeniem, niektórych po jedzeniu. Codzienne sprzątanie i kilkukrotne w ciągu pranie zabrudzonych posłań, czyszczenie podłogi, pranie dywanów. Częste podnoszenie Rokinka z podłogi, bo jak upadł w miejscu, gdzie nie było chodnika, to nie był w stanie wstać. Trzeba było być przy nim bez przerwy od chwili powrotu z pracy, bo inaczej krzyczal i domagal sie obecności. Nie można go było zostawić wieczorem w domu, bo ujadał tak, że sąsiedzi słyszeli. Od pewnego czasu nie mogliśmy nigdzie z Jackiem wyjść razem, bo cały czas denerwowałam się i martwiłam, czy Rokuś na pewno leży na posłanku, czy nie woła nas. Na spacerach też byliśmy sami, bo nikt nie chciał dreptać stopka za stopką, żeby dostosować się do tempa Rokusia. Spacery były zawsze dostosowane do jego samopoczucia. Raz dreptaliśmy godzinę, a czasami tylko 30 minut i trzeba było wracać do domu. Ubieranie Staruszka w ubranko, żeby nie zmokły jego chore łapki, wycieranie pupinki po załatwieniu się, bo inaczej od razu miał ją czerwoną i pewnie jeszcze dużo innych zajęć, których w tej chwili nie pamiętam. Mimo to, zrobiłabym wszystko, żeby pozostał z nami, bo kochaliśmy to cudowne Słonko bardzo. Płaczemy po nim oboje, bo bardzo się z nim zżyliśmy i bardzo trudno teraz żyć bez niego. To stało sie tak nagle... Teoretycznie byliśmy przygotowani na to, że choroba będzie się posuwala. Ja uczepiłam się stwierdzenia "umiarkowana złośliwość" w badaniu hist-pat. Sprawdzałam wielkośc węzłów chłonnych, pilnowalampodania leków, starałam się go aktywizować. Nie przypuszczałam, że ta pierwsza biegunka jest oznaką przerzutu do jelit, a nawet wtedy, kiedy dr Jagielski potwierdził, że chłoniak zaatakowal jelita, myślałam, że jakos damy radę to opanować, że będziemy na stałe podawać leki, które pomogły za pierwszym razem na 2 dni. Jeszcze wpiątek nagrywalam filmik, na którym Rokuś byl taki zadowolony. Po raz pierwszy od prawie 2 tygodni widzieliśmy go takiego zadowolonego. Zaświeciło się światełko nadziei, że czuje sie lepiej, że na pewno już nie będzie biegunki. Po 10 minutach niestety znowu się z niego lało:( A potem było już tylko gorzej. Po raz pierwszy rozmawialiśmy o tym, że jest naprawdę kiepsko w sobotę. Jacek poruszył temat, że musimy o tym porozmawiać, podjąć jakąś decyzję, sami sobie dać jakiś termin. Uciekałam od tej rozmowy, zbyłam go nawet niegrzecznie, kiedy powiedział, że musimy liczyć się z tym, że to się może stać na dniach. Jacek prosił, żebym spróbowala zadzwonić do Konika i dopytać w jakich godzinach można do nich przyjechać. Myślałam, że go zabiję, wydawało mi się, że to zdrajca, że wcale Rokusia nie kocha, tylko jest zmęczony opieką nad nim. Wysłałam zdjęcia Rokusia Eluni jak je na leżąco z miski, bo nie ma siły wstać, zdjęcie jego odbytu. Ona odpisała, że nie wygląda to dobrze... Mimo to nie zadzwoniłam do Konika i zaklinalam rzeczywistość. Nie spałam całą noc. O północy zrobiliśmy Rokusiowi zastrzyki z poltramu i No spy. Zasnął na 4 godziny mocno. Chrapał i odsypiał godziny, w których tylko siedział i w ciszy patrzył przed siebie. O 4 nad ranem zaczął dyszeć, wstał i po raz pierwszy odkąd był z nami przeszedł w nocy do dużego pokoju na swoje dzienne posłanie. Odwrócił się tyłem do pokoju (po raz pierwszy). Leżał, ale nie spał. Podałam mu lek przeciwbólowy z paszteciku - ledwie go wziął. Ja siedziałam obok, nie odzywając się ani słowem. O 6 rano zmienił mnie Jacek. Powiedzial, że Rokuś znowu zasnął i spał bardzo mocno. Nie miał serca go budzić, ale chciał przed wyjściem na uczelnie wyjść z nim na krótko na dwór. Potem powiedział mi, że to było bardzo trudne, widać było, że Rokinek nie ma kompletnie siły, ani chęci na ruszanie się. Spacer trwał 4 minuty. Jacek siedział z nim jeszcze, podał mu leki i w końcu spóźniony ruszył na uczelnię - zapominając telefonu. Ja wstałam około 9:30, od razu poleciałam do Rokusia. Obudziłam, wycałowałam i starałam się namówić go na wyjście na dwór. Bardzo ciężko było go podnieść, w końcu nałożyłam mu na leżąco szelki i jakoś go podniosłam. Siły starczyło mu na dojście do windy. Kiedy zaczęłiśmy zjeżdżać do garażu, upadł i za nic nie mogłam go podnieść. Natychmiast wróciłam na górę i jakoś udało mi się go wyciągnąć z windy. Sunie przerażone chowały się po kątach. Dotaszczyłam go do posłanka i zaczęłam dzwonić do Jacka. Jego telefon odezwał się w domu. Opatuliłam Rokusia i wybiegłam na krótki spacer z suniami. Po raz ostatni wziął kapsułkę Duspatalinu zawiniętą w szynkę chyba kolo 11, nie pamiętam. Nakręcałam filmik, myśląc, że jeszcze z tego wyjdziemy, że jeszcze pokażemy wszystkim, że sie podniesiemy. Do tej pory taką szynke jadł w sekundę, teraz najpierw wypuścil z pyszczka, potem namawiany ledwie zjadł. Zaczęłam dzwonić do Eluni (Ellig). Już było wiadomo, że stan pogarsza się z minuty na minutę. Pupcia napęczniala potwornie, cały czas miał skurcze jakby chciał się załatwić. Ze środka zaczęła płynąć ropa. Współnie z Elą, która starała się zapanować nad moją histerią podjęłyśmy decyzję, że to już koniec. Ela zaczęła szukać miejsca, gdzie możemy pojechać z Rokusiem, ja zadzwoniłam do swojej lecznicy prosząc o przyjechanie lekarza do domu. Ela już pisała jak trudno było ze znalezienem miejsca dla Rokusia. w Koniku przez 2 godziny nikt nie odbierał, kremacja pod Warszawą i w Lublinie odpadała, bo nikt nie chciał po niego przyjechać, ani przyjąć go na noc. Ja w tym szoku mówiłam, że może podamy mu baterie lekow przeciwbólowych, coś na sen i że będę z nim siedziala całą noc, że może to jeszcze nie czas dla niego. Ela, której nie było lekko musiala przebijać sie jeszcze przez ten mój szok i tłumaczyła, prosiła, żebym teraz myślała tylko o Rokusiu, o tym co dla niego dobre, że teraz najważniejsze jest, żeby zakończyć cierpienia, bo widać było jak bardzo go boli. Ja wyłam, a ona cały czas mi tłumaczyła i nie mogąc być tu na miejscu jeszcze szukala kontaktu do Jacka, do mojej sąsiadki, żeby ktokolwiek do mnie przyszedl i mi pomógł. To ona wpadła na to, że mam dzwonić do syna, żeby przyjechał do mnie. Na szczęście przyjechał jak tylko usłyszal co się dzieje. Sąsiadka przybiegła po sunie, które trzęsły się jak galarety i chowały po kątach. Wybiegły z miezkania z ulgą. Pojechały na bardzo długi spacer na pola. Kiedy przyjechała Ania - cudowna wetka z Boliłapki - obejrzała Rokusia i powiedziała, że to czas najwyższy, że nie poradzimy juz nic i nawet podając kroplówkę, leki przedłużymy mu tylko cierpienia, bo on umiera. Z ogromną delikatnością i taktem robiła co musiała. Dała mi czas na utulenie go, na to, żeby spokojnie i powoli usypiał po podaniu pierwszego zastrzyku. Kiedy przepraszałam go za to, że juz nic więcej nie mogę zrobić powiedziała, że zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy, żeby go utrzymać przy życiu. Mówiła o tym, jak cudowne 2 lata mu podarowaliśmy, że ona jak mało kto może powiedzieć o naszej trosce, bo mało jest takich właścicieli, którzy tak bardzo dbaliby o swoje psiaki. Powtarzała cały czas, że nic nie mogłam zrobić, że nic nie zostało zrobione nie tak. Ja jeszcze nie mogłam pogodzic się z tym, że to już konice. Prosiłam ją, żeby obejrzala jeszcze raz jego pupcię, zbadała go. Ania powiedziała, że to co widzę na zewnątrz to jedno, a nie zdaję sobie sprawy co jest w środku biorąc pod uwagę jak dużo ropy z niego wylatuje. Jeszcze raz powiedziała, że nie ma szans, żebyśmy go z tego wyciągnęli. Odszedł spokojnie, godnie, w moich ramionach, na swoim posłanku, całowany do końca w ten cudowny nos i pyszczek, do ostatniego oddechu. Cały czas mu mówilam jak bardzo go kochamy, jak bardzo jesteśmy wdzięczni, że nam zaufał, że nas pokochał i że spotka się tam z Semikiem, a on się nim zaopiekuje. Kiedy ruszaliśmy z moim synem do Konika, nadjechał Jacek. Marcin powiedział mu przez okno, że wieziemy Rokusia do Konika. Ja siedziałam z tyłu tuląc go cały czas. Jacek natychmiast zaparkował swój samochód i tak jak stał bez kurtki przesiadł się do nas. Pojechaliśmy odwieźć go wszyscy. Na miejscu ułożyliśmy go w jego ulubionym posłaniu, wymoszczonym kołderkami - jak lubił. Przykryłam go kocykiem polarowym, na którym spałam , żeby był otoczony zapachem z domu. Został sam na noc, bo pochować mogliśmy go dopiero rano w poniedziałek. Pojechaliśmy tam rano z Jackiem. Pan proponował, że pochowa go sam i wyśle nam numer jego grobu, ale powiedziałam, że ten pies miał swój dom i rodzinę i nie wyobrażam sobie, żeby go nie pożegnać, żeby nie być z nim do końca. Tak się stało, byliśmy z nim i opłakiwaliśmy jego odejście. Był naszym psem, członkiem naszej Rodziny, kochany, akceptowany ze wszystkimi zaletami i wadami, zmienił nasze życie - wywrócil je do góry nogami- ale my też zmieniliśmy jego życie. Wiem, że czuł, że jest kochany, widziałam, że jest mu z nami dobrze, że nas kocha. Okazywał wdzięczność za dom tym szalonym przywiązaniem, chodzeniem za mną krok w krok, szczekaniem i domaganiem się, żebyśmy cały czas byli obok niego. Co może być piękniejszego od świadomości, że jesteśmy komuś tak bardzo potrzebni? Kiedy słyszę od znajomych i przyjaciół, że mamy wielkie serca, bo przyjęliśmy schorowanego psa pod swój dach myślę sobie, że dostaliśmy w zamian tak dużo, że to my jesteśmy szczęściarzami.2 points
-
Ostatnie zdjęcia są naprawdę przepiękne. Może Igunia czuła, że nadchodzi jej Wielki Czas i musi się pokazać... Na żywo jest na pewno jeszcze piękniejsza i kochana. Kciuki cały czas.2 points
-
Ewuniu no mają panny tak cudne wspomnienia z Twojego domu. Nic dziwnego, że tak się cieszyły ze spotkania. :) A Bubu poznała Ciebie? Ech my też wspominamy... nasze sunie na zawsze zostaną w naszych sercach... Karimek z Sisi cudnie się zaprzyjaźnili :) Nie ma żadnych warkotów, prób dominacji itp. Bardzo się cieszymy, że taki fajny okazał się Karim. Ma ok 5 lat. Sisi jakiś czas po śmierci Keysi zaczęła w depresję wpadać. Leżała tylko na posłaniu, nie chciała jeśc itd. Myśleliśmy, że chora jest. W piątek 01 grudnia zabraliśmy ją do wetów. Przebadali, zrobiliśmy morfologie i biochemie i nic. No i stwierdzili, ze drugiego psa jej potrzeba, bo to problem natury psychicznej. To nam dało "kopa" do adopcji. Bo po śmierci Keysi tak trudno było nam się pozbierać... Ech ale było szaleństwo. Zobaczyliśmy na fb w sobotę fotki Karima. Wiszenie na telefonach, prośba do malawaszki by poręczyła za nas, bo dom nie sprawdzony przecież. W niedzielę o 4.30 wyjazd bo spać z wrażenia nie mogliśmy haha. W Karimku urzekły mnie mądre oczka i faktycznie to niesamowicie inteligentny pisiundel. Pewnie, ma jakieś minusiki bo np jest goownozjad. Lata po lesie a my za nim bo zje wsio... stąd pewnie te lambdie złapał. I nic do jedzenia na wierzchu nie można zostawić, myk na krzesełko, myk na stół i chap chap. Ale jest fajnym, łagodnym psiakiem. Ale do psów też potrafi szurnąć, zwłaszcza jak Sisi szura.:). Pozdrawiamy :)2 points
-
Kiyoshi nie ma nic wspólnego z adopcją Igi. Luźno sobie dyskutowałyśmy, że do Pań pasowała by starsza sunia np. Iga. (Pani wcześniej dzwoniła o młodziutką Tosię) Ja uważam, że to idealny dom dla kilkuletniego pieska, takiego, jak Iga. Nie każmy ludziom w wieku 70 lat siedzieć i czekać już tylko na śmierć. Psiaki u osób na emeryturze mają raj na ziemi.1 point
-
Suuuper <3 bardzo się ciesze bo przyznaje, że Pani jest wspaniała i tym większa radość że wybrała sunie z dogo:) a zwłaszcza Igunie <3 no widzicie- dobrze że jej odmówiłam Tosi, bo dzięki temu zyskała Igunia :D1 point
-
... poza własną wizją. Ten korytarz kojarzy mi się z kadrem z pewnego filmu w scenie w szpitalu psychiatrycznym. A może to tylko podobieństwo???1 point
-
a taką mam paszczę ! pod stołem najlepsza miejscówka Holusia wolała czatować pod blatem w kuchni :P1 point
-
Ja tam uwazam ze dobrze zrobilas Trzeba podsuwam ludziom tez inne propozycje bo najwazniejsze zeby pies i czlowiek w pelni sie dopasowali Trzymam kciuki za Ige i gdzies w sercu marze zeby trafila do tej Pani co jej nie dalam Tosi bo jestem pewna zevto dobry dom bedzie! Powodzenia1 point
-
Witaj Grzesiu. Trochę dziś się spóźniłam. Ale jeszcze jest dzień. Oby dobry.1 point
-
1 point
-
1 point
-
Dzięki Poker :) Możemy być spokojni o wynik wizyty :)1 point
-
W kraku słonecznie, mroźno, ale śniegu niezbyt wiele więc ptaszynki będą się mogły posilić, żeby tylko ktoś, coś im podrzucił.1 point
-
1 point
-
Wysyłam ciepłe myśli do małej mordki i jej Rodzinki... Niech nadzieja odpędza Twój niepokój, Radku.1 point
-
1 point
-
1 point
-
A może by tak Blekusia pokazać domkowi nr 21 point
-
Zapraszam na mini bazarek na skarpetę1 point
-
1 point
-
Śliczna jest,. A co do ogłoszeń to powyróżniałam , odświeżyłam oby był odzew :).1 point
-
Śmigaj Duśka - to samo zdrowie. A koty zawsze wolą ciepło. Chociaż u mnie akurat jak w powietrzu czuć wilgoć to koty śmigają za drzwi, a psy trzeba zapraszać aby łaskawie wtszły zrobić siusiu (po całej nocy). No, ale mówią że nie ma reguiy bez wyjątku.1 point
-
Ale sunie są podobne do siebie. Dziura pomału troszkę się zmniejsza,ale pozostanie na zawsze. Ja ciągle ryczę w środku na myśl o mojej suni, której już nie ma z nami od 46. lat. Nasza Kulka też ma jadalnię na parapecie jednego okna ,a na drugim podusię.1 point