Widzicie, jak mało mnie na Dogomanii :( Jeszcze kilka dni i będę bardziej czasowa. Na razie jestem codziennie u Pikusia, ale to na dłuższą metę nie wystarczy.
Wczoraj poszłam sama, z miseczką z domowym jedzeniem w reklamówce, smyczą i butlą wody na zmianę w jego kojcu.
Radość była na mój widok olbrzymia, piszczenie, skomlenie, wspinanie się na kraty. Reklamówki zostawiłam przed kojcem.
Woda była zmieniona, w misce miał jakąś breję. Przypięłam smycz i otworzyłam kojec. Zero reakcji. Zachęcałam, wołałam, pokazałam miskę metr od kojca. Wyszedł, ale bardzo niepewnie się poczuł poza "swoim" terenem. Szarpnął się do tyłu, i pomyślałam wtedy, ze za luźno mu założyłam obrożę i ze mi ucieknie. Ale powolutku zrobił kilka kroków, znieruchomiał tak po swojemu i uciekł do kojca. Postawiłam mu świeże jedzenie, wygłaskałam, pogadałam i poszłam do domu.
Dziś kolejna próba, czekam tylko na powrót Tomka z weekendowego pleneru. We dwoje raźniej, poza tym to jednak 2 km w jedną stronę....
Za kilka dni chcę go wziąć do siebie - fajnie, jakby choć tę smycz opanował, i spacery.