Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

Mimi odeszła 30 Listopada 2013. Z łebkiem Mimi było różnie. Raz był więcej przechylony , raz mniej. Nosek nie był już zapchany ropą, chociaż był taki moment jakby to miało wrócić, jakby odrobinę jej było widać. Z czwartku na piątek 29 listopada coś się zadziało. W nocy Mimi się kręciła, nie mogła znaleźć sobie miejsca do spania, dziwnie się układała. Rano w piątek znalazł ją mąż leżącą pod stołem przy kaloryferze. Kiedy ją wyciągnął, miała szczękościsk oraz szyja i łapki były wyciągnięte i usztywnione. Pojechałam z nią do lecznicy gdzie doktor stwierdziła, że są to typowe objawy zapalenia opon mózgowych, że stan jest bardzo ciężki. Mimi dostała kroplówkę i jeżeli dobrze zrozumiała coś przeciwbólowego i rozkurczowego. Przesiedziałyśmy w lecznicy chyba do godziny 17:00. Rokowania były takie, że jeżeli to usztywnienie nie ustąpi pozostanie już tylko uśpienie suni. Upewniłam się, czy środek przeciwbólowy będzie działać do rana, kiedy to znowu miałam przyjechać z sunią do lecznicy.
Niestety po lekach tych nie nastąpiła żadna zmiana na lepsze. Środek przeciwbólowy musiał przestać działać, bo sunia poszczekiwała . Zrobiłam jej zimny okład na główkę. Nie umiałam jej pomóc. O trzeciej w nocy wydzwaniałam po lecznicach , ale nikt nigdzie nie podniósł słuchawki.
Dopiero koło 8:00 rano dodzwoniłam się do jednej z lecznic i zawiozłam Mimi. Potem już bez bólu wróciłyśmy do domu. Jest pochowana pod korzeniami brzozy. Te korzenie ochronią ją i nikt jej spokoju nie zakłóci.
Nie wiem dokładnie co mogło być przyczyną jej stanu. Wiadomo z badań, że miała przewlekły stan zapalny. Ropa ustąpiła po sterydach, ale mogła cofnąć się do głowy. Mogło być również tak, że Mimi miała gaz w głowie, który zaczął się rozkładać.
Jestem cały czas pełna żalu. Mam jeszcze Toję moje słoneczko i Pufiego, ale Mimi to była Mimi mój Piętaszek. Straciłam ochotę do wszystkiego i ciągle mi jej brakuje.
Pufi został z mężem na wsi ja z Toją wróciłam do mieszkania.
Pewnego dnia przeżyłam taką sytuację. Mimi chodziła za mną krok w krok. Jak siadałam do komputera to ona leżała, albo przy moich nogach pod stołem, albo pod krzesłem.
Otóż wstając od komputera czułam wyraźnie, że potrąciłam nogą psa. Zajrzałam nikogo nie było a Toja spała w drugim pokoju. Mimi zawsze spała razem ze mną układając się w nogach a Toja na swoim posłaniu. Od jakiegoś czasu Toja towarzyszy mi przy komputerze, ale leży na kanapie lub na posłaniu przy niej. Nie zajmuje miejsca Mimi. Jedynie w nocy jak położę się spać wskakuje na wersalkę i układa się na jej miejscu.

Ciągle nurtują mnie pytania co właściwie się działo i dlaczego. Mam poczucie winy, że coś zrobiłam źle, nie dopilnowałam, że mogła jeszcze ze mną być i chodziłybyśmy razem na spacerki.
Ciągle mam przed oczyma obraz jak wyszła po pierwszym rzucie choroby i poszłyśmy gromadką na spacer do lasu a ona biegła radosna w susach wachlując ogonkiem.
Żal, wielki żal, że już nie będzie takich spacerów. Nie mogę się z tego otrząsnąć.

Posted

Wanda, serce mi się ścisnęło :-( ona jest z Tobą, wiesz ja czułam Morgane, słyszałam stukot jej pazurków i zapach jeszcze rok po jej odejściu. One sa z nami, myslę że jak anioły towarzyszą nam cicho, aż nasz ból i smutek zmaleje na tyle by jakoś żyć...
Tak było zapisane, nie ma w Tym żadnej winy...
ściskam

Posted

I tak by chciała, żebyś ją zapamiętała.

Zawsze mamy poczucie, że mogliśmy zrobić więcej. Ale czasami nic już nie da się zrobić. Włożyłaś masę wysiłku, serca i pieniędzy. Zrobiłaś co się dało. Strasznie dużo przeszłaś.
Bardzo Cię proszę zajmij się teraz trochę sobą.

  • 2 weeks later...
Posted (edited)

figa33 napisał(a):
ech..:-(

patrzę na zdjęcia i widzę jaka Mimi była szczęśliwa , ten pysio uśmiechnięty , wszystkie Twoje psiaki takie szczęśliwe..


Obie byłyśmy szczęśliwe. Żal, że to już nie wróci, że pozostała pustka i nie będzie już wspólnych spacerków. I to poczucie winy , że to ja ją wpędziłam w tą chorobę przez nadmierną dociekliwość i to doprowadziło do jej śmierci. Ten kaszel (krztuszenie) był nasilony i jakby się stopniowo nasilał, ale mogłam pozostać przy antybiotyku. Co mnie podkusiło, żeby sprawdzić serce czy nie ono jest jego przyczyną a później to już pech, że trafiłyśmy do weta, który zrobił zdjęcie, ale nie umiał go właściwie zinterpretować i co jeszcze gorzej, że trafiłyśmy również do kardiologa, który zrobił jej EKG (stwierdził, że nie jest złe), obejrzał płytkę RTG i utrzymał leczenie niewydolności serca a nawet dołożył Tialorid, który ostatecznie rozwalił suni nerki. Wyrządzono nam wielką krzywdę
Mimi mogła jeszcze żyć, cieszyć się życiem i wesoło biegać na wspólnych spacerkach. Przez głupotę, brak wiedzy ... musiała cierpieć a ja musiałam patrzeć jak wbija się igła w jej maleńkie, kochane serduszko, aby zatrzymać jego pracę na zawsze. To poczucie winy jest jak garb, który siedzi i nie można się jego pozbyć.
Piszę o tym wszystkim choć jest mi ciężko, ale mam nadzieję, że może nasza historia uratuje kiedyś życie innego pieska i oszczędzi komuś cierpienia.
Proszę ostrzegajcie dziewczyny na wątkach bo nie wiadomo jakie mogą być skutki leczenia.
Jeżeli ktoś będzie potrzebował wsparcia zawsze jestem gotowa porozmawiać.

Edited by wanda szostek
literowka
  • 3 weeks later...
Posted

Witam serdecznie
Trafiłam tutaj z wątku chorych nerek, mam sunię z dysplazją nerek. Bardzo współczuje utraty psiaka, nie znam Pani ani pieska ale popłakałam się jak opisała Pani jak to wszystko się skończyło. Miałam podobne doświadczenia z poprzednią psicą Truflą, niby zdrowa ale co chwilę coś jej było, niestety przez naszych bardzo dobrych "lekarzy" weterynarzy sunia biega od 1,5 roku za TM. Postanowiłam adoptować kolejnego psiaczka Zuzkę i tutaj byłam już mądra, zrobiłam cały komplet badań, mimo że piesek był tylko chudy, znalazłam młodego weta, którego przycisnęłam do ściany żeby zrobił tylko jedno ważne badanie - nerki. Jak zobaczył kreatyninę 3,5 i mocznik 80 to był przerażony, to dawaj kroplówki. I tak jeździłam z brykającym pitem na dwie kroplówki dziennie, i w końcu powiedziałam dość, jedziemy do Warszawy. Dzięki temu mała żyje, niedługo minie rok od wykrycia choroby u "zdrowego" psa, masa leków, dieta, karma. Dodatkowo szkolenie na poskromienie małego chuligana. Muszę pochwalić mojego weta bo z każdym problemem dzwoni do doktor Neski, nawet do sterylki sprowadził leki nie obciążające nerek, i na grudzień mieliśmy kreatyninę 4,5 (niestety miała ciążę urojoną przed sterylką i dostała pokarm musieliśmy zareagować hormonami), mocznik 100. Piesek bryka i daje nam popalić, niestety wiem że kiedyś to nastąpi, wet mówi że ona żyje dzięki nam i tylko dla nas zamawia ipakitinę. Mam nadzieję że jeszcze nacieszymy się nią.
Mimi jest teraz szczęśliwa i nic jej nie dolega. Czas leczy rany i lepiej sobie popłakać, dobrze to robi. Po mojej Trufelce nie mogłam spać pół roku bo cały czas widział jak cierpi odchodząc.
Szkoda że tak mało ludzi bada psiaki, w sumie nie mam z kim wymienić doświadczeń bo jak już z kimś zaczynam rozmawiać to jest to ostanie stadium choroby a moja Zuzka bryka, rośnie, przybiera na wadze, ma nieziemski apetyt i dużo energii, żadnych objawów choroby.
Cieszę się że są na tym świecie ludzie, którzy walczą o nasze psiaki

Posted

[quote name='izabella_k']Witam serdecznie
Trafiłam tutaj z wątku chorych nerek, mam sunię z dysplazją nerek. Bardzo współczuje utraty psiaka, nie znam Pani ani pieska ale popłakałam się jak opisała Pani jak to wszystko się skończyło. Miałam podobne doświadczenia z poprzednią psicą Truflą, niby zdrowa ale co chwilę coś jej było, niestety przez naszych bardzo dobrych "lekarzy" weterynarzy sunia biega od 1,5 roku za TM. Postanowiłam adoptować kolejnego psiaczka Zuzkę i tutaj byłam już mądra, zrobiłam cały komplet badań, mimo że piesek był tylko chudy, znalazłam młodego weta, którego przycisnęłam do ściany żeby zrobił tylko jedno ważne badanie - nerki. Jak zobaczył kreatyninę 3,5 i mocznik 80 to był przerażony, to dawaj kroplówki. I tak jeździłam z brykającym pitem na dwie kroplówki dziennie, i w końcu powiedziałam dość, jedziemy do Warszawy. Dzięki temu mała żyje, niedługo minie rok od wykrycia choroby u "zdrowego" psa, masa leków, dieta, karma. Dodatkowo szkolenie na poskromienie małego chuligana. Muszę pochwalić mojego weta bo z każdym problemem dzwoni do doktor Neski, nawet do sterylki sprowadził leki nie obciążające nerek, i na grudzień mieliśmy kreatyninę 4,5 (niestety miała ciążę urojoną przed sterylką i dostała pokarm musieliśmy zareagować hormonami), mocznik 100. Piesek bryka i daje nam popalić, niestety wiem że kiedyś to nastąpi, wet mówi że ona żyje dzięki nam i tylko dla nas zamawia ipakitinę. Mam nadzieję że jeszcze nacieszymy się nią.
Mimi jest teraz szczęśliwa i nic jej nie dolega. Czas leczy rany i lepiej sobie popłakać, dobrze to robi. Po mojej Trufelce nie mogłam spać pół roku bo cały czas widział jak cierpi odchodząc.
Szkoda że tak mało ludzi bada psiaki, w sumie nie mam z kim wymienić doświadczeń bo jak już z kimś zaczynam rozmawiać to jest to ostanie stadium choroby a moja Zuzka bryka, rośnie, przybiera na wadze, ma nieziemski apetyt i dużo energii, żadnych objawów choroby.
Cieszę się że są na tym świecie ludzie, którzy walczą o nasze psiaki[/QUOTE]

Izabello witam Cię serdecznie na wątku moich psiaczków. Chętnie porozmawiam z Tobą. Podaj mi na PW swoje namiary do kontaktu.

  • 3 weeks later...
Posted

b-b napisał(a):
Poczytałam sobie Wandziu...i poryczałam.
Szkoda maleńkiej...i Ciebie szkoda.:calus:


Mnie ile razy otwieram komputer a z tapety spojrzą na mnie jej uważne, skupione oczy to łzy kapią. I chociaż Tojcia - słoneczko merda ogonkiem i się uśmiecha to pustka i żal po moim maleńkim serduszku są ogromne

  • 1 month later...
  • 1 month later...
Posted

Monotonia życia z dramatycznymi przerwami. Z ogłoszeń cisza i nawet marna ich oglądalność bo np 27 wejść a najwięcej to 46. więc psy siedzą. Borys chodzi luzem więc korzysta z tego ile się da buszując po kurniku i sprzątając niepotrzebne w gniazdach jajka. Najlepszy jego wyczyn to wyczyścił wszystkie (Brahmy) na dwa - trzy dni przed wylęgnięciem a pod drugą kwoką zostawił na otarcie łez siedem. Rudy natomiast z Etą jednego dnia urządzili całe pobojowisko. Zadusili 5 kurczaków, zagryźli kwokę, która je broniła a na dokładkę dostali się do króli i zadusili samca, po którym została tylko skóra i głowa i trzy podrośnięte króliki. To był dzień horroru.
Asza siedzi w boksie ale jak uciekający, któryś z kurczaczków tam wpadł to i jej się coś tam dostało.
Odeszła Puśka, która była amatorką zaskrońców i przez głupotę porwała się na żmiję zygzakowatą. Nie dało się jej uratować.
Toja bierze leki i razem z Puffim cieszą się życiem a jak ładna pogoda to i słoneczkiem a mnie zielsko zarasta, bo nie daję rady tego opanować. Zmarnowało mi się osiem sztuk róż po zimie, w ogóle nie będzie owocu, bo kwiaty obmarzły.
Samo życie.

  • 4 months later...
Posted

Dopiero dzisiaj znalazłam ten wątek,jeszcze nie przeczytałam całego,ale żal mi że się urywa.

 

Wando,napisz jak się miewasz i co u pieseczków słychać.

  • 4 weeks later...
Posted

Dopiero dzisiaj znalazłam ten wątek,jeszcze nie przeczytałam całego,ale żal mi że się urywa.

 

Wando,napisz jak się miewasz i co u pieseczków słychać.

Po odejściu Mimi z maluszków została Toja i Pufi. Toja regularnie bierze Milirin i pilnuje żebym o nim nie zapomniała. Jak tylko zapomnę to przychodzi , siada przede mną , patrzy się i czeka. Szykuję więc szybko tabletkę a ona widząc to już wskakuje na tapczanik lub wersalkę gotowa . Nie chce też ta moja królewna jeść suchej karmy. Nawet Orijena 6 ryb (dostałam małą torebkę za okazyjną cenę) na który myślałam, że się łapczywie rzuci, bo zapach piękny to olała. Jest łasuchem, ale tylko na karmę gotowaną.

Chrupki w misce to Toja odchodzi , kładzie się przede mną w pozycji waruj i patrzyna na mnie a jej oczy mówią " Nie będę tego jadła i już. Rusz 4 litery i ugotuj mi moje jedzenie. Więc wrzucam w garnek warzywa , potem płatki owsiane górskie i dodaję mięsa z puszki.

Teraz Tojcia uśmiechnięta wcina ile się da a wcinając co chwila zamerda ogonkiem i do końca nie wiem czy to w podzięce czy z zadowolenia, że wygrała. Tych problemów nie ma z Pufim. Kłak wełna, aby kicha była pełna. Rzuca się na każde jedzenie i niczym nie gardzi. Uwija się szybko, bo nóż widlec uda się coś siostrze podwędzić z miski. Gotowanego się napewno nie uda, ale suchą to proszę bardzo, Toi nie zależy.

Pufi jest zawsze gotowy polecieć na podwórko, pobawić się z Rudym, obszczekać kogo się da. Aby usłyszał rano ruch to on pierwszy pod drzwiami stoi. Toja jest leniuszkiem. Godzina siódma, szósta to ona nie wyjdzie i żadne wołanie i zachęcanie nie pomoże. Ona jeszcze sobie pośpi na posłaniu. Nie przepada też za harcami  jedynie poszczekać pod bramą z innym chętnie poszczeka. Woli ciepło domowe. Gdyby było słoneczko to chętnie by się na nim wygrzewała, ale jak słoneczka nie ma to Toja woli w domu siedzieć a właściwie na wersalce się wylegiwać.

O tym jak się czuję to nie chcę pisać. Chyba moja sporadyczna obecność na Dogo sama coś mówi.

Na spacery nie chodzę to i zdjęć nie mam.

Miło mi, że zajrzałaś, bo rzadko ktoś na moje wątki zagląda i o nas pamięta

Pozdrawiamy więc Cię serdecznie i przesyłamy buziaczki.

  • 2 weeks later...
Posted

 

Miło mi, że zajrzałaś, bo rzadko ktoś na moje wątki zagląda i o nas pamięta

Pozdrawiamy więc Cię serdecznie i przesyłamy buziaczki.

 

 

Zaglądamy, zaglądamy ale nie zawsze się logujemy i piszemy ( w pracy to zaglądam cichcem i ukradkiem ) . Serdecznie pozdrawiam  :smile:

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...