Spokojnego, chociaż pewnie ciepłego poniedziałku wszystkim.
A pani kocia nie miała zbytniej ochoty na opuszczanie domowych pieleszy. Zresztą - nie ma się czemu dziwić - hotelowa obsługa, jedzenie pod nosem, o nic nie trzeba walczyć, niczego szukać. Kto wie, czy szybko nie zawita z ponowną wizytą.
A za nami kolejna "ogórkowa" niedziela. A z samego rana byłam zadowolona, że została mi tylko do zagotowania sałatka. Próżne nadzieje, telefon koło 8 rano i wszytko poszło w niepamięć. Jeszcze, pomimo rozdania części darów i zafundowania kurom ogórkowego deseru, trzeba kroić następną sałatkę. I końca nie widać - ogórki jeszcze nie zaczynają schnąć, a ogórki staja się dla mnie niedzielnym rytuałem. No, ale nie można narzekać na dobre serce sąsiadów, więc przyjmuję wszystko co dają.
Tutaj sobie ulżę.