Ares pospacerował sobie - jest w miarę sucho i spokojnie, nawet nie trzeba było wycierać łap. Ale na jedzenie jeszcze za wcześnie, na nowo ułożył się do snu. Wczoraj, w tym piekielnym wietrze, łazi l i łaził. Jakoś nie słyszał, ze go wołam. Dopiero kiedy zaczęło padać zauważył mnie w otwartych drzwiach. I choć ma stosunkowo wysokie łapy - nawet brzuch miał ubłocony.
Dziś mija 10 m-cy od kiedy Ares do nas zawitał. Czas leci tak szybko...