Jump to content
Dogomania

Tyśka)

Members
  • Posts

    35751
  • Joined

  • Days Won

    144

Everything posted by Tyśka)

  1. Kochani, wrócił Rudy. Wraz z Rudym wróciła u dzikusków normalność. Przywitał mnie ten rudzielec z zawadiackim uśmiechem na pysku, jakby chciał powiedzieć Przywróciłem porządek. Pogoniłem tego napakowanego amstaffa, czarnego psa też już nie ma. Teraz wracają moje rządy. Rudy cały się śmiał: oczy, pysk, ogon. Nic, totalnie nic nie było z Rudego z okresu murzynkowego. Ba! To Rudy właśnie przyszedł do mnie jako pierwszy na jedzenie. Zasada była prosta: szanuj moją przestrzeń, mała to ja pozwolę Ci na mnie popatrzeć. Więc przystałam na to i zachowując umówioną odległość mogłam podziwiać Rudego, zgodził się nawet na zdjęcia. :) Przyjechała elficzkowa. Przywitałam Ją krótkim "NIE MA LISKA", podczas gdy elficzkowa nalewała psom wodę i podmieniała miski. I po tym wszystkim mogłyśmy się okazać niezłym widowiskiem, bo ruszyłyśmy na obchód terenu. Elficzkowa jak zapowiedziała, tak zrobiła - wtargnęła na teren. Ja za nią. I tak oto obie przeciskając się przez szparę między ogrodzeniem a bramą weszłyśmy na teren. Niezły z nas Houdini ;). Zaczęłyśmy poszukiwania. Wszystkie krzaki, kryjówki, większe skupiska śmieci, pudła, kontenery były nasze. Naszym cmokaniom i dziwnym zachowaniem przyglądał się z rozbawieniem Rudy oraz Tinusia - ale ta, jak zawsze miała pokerowy pysk. To dama, a damie nie wypada okazywać emocji. Po chwili rozpaczliwego szukania, elficzkowa przy jednym kontenerze krzyknęła płaczliwym tonem "Co biedaku" czy coś podobnego - nie pamiętam słów, ale to było bardzo dramatyczne. Momentalnie się odwróciłam z myślą "czy to aby..." i moim oczom ukazał się totalnie wystraszony, skulony Lisek. Siedział wciśnięty w kontener, gotów znów się tam schować, jak zaistnieje potrzeba. To był ten moment, w którym powinniśmy wpaść sobie w ramiona z Liskiem. Ale my opanowałyśmy emocje i tylko radośnie nawoływałyśmy. Lisek, totalnie oszołomiony zaczął rozglądać się za wrogiem. W lewo, w prawo i.... Rany Rudy! Stary, przyszedłeś. Już lecę do Ciebie, super, super. - niewiele myśląc, Lisek poleciał na przywitanie Rudemu. Męskim uściskom nie było końca. Lisek momentalnie przemienił się w chojraka, skakał nad Rudym, skakał pod Rudym, dawał mu całusy, biegał w koło. Za chwilę się rozejrzał - moment! Trzeba obwąchać to... to i to. Tak, tu też był ten amstaff. Rudy, jak dobrze że jesteś! Za chwilę był u nas, wziął od nas kąsek mokrej karmy, ale on nie miał czasu. Musiał, ale to musiał sprawdzić cały teren. Był u Rudego, po chwili podszedł do Tinusi i ją obcałowywał, jakby nie widzieli się sto lat, potem poleciał znów do Rudego, a po chwili zaczął śledzić zapach amstaffa. Przy każdym miejscu, w którym amstaff stał wczoraj dłużej, nasz nieznaczący Lisek, podniósł łapkę i .... :) A co! Żaden obcy wchodził tu nie będzie. Żaden pies już go nie będzie stąd przeganiał! Lisek nie mógł się nacieszyć wolnością. Cieszył się jak dziecko, które rozpakowuje prezenty mikołajkowe. Tak, to były Liskowe Mikołajki. Biegał od jednego psa do drugiego, to do nas, to znów do psiaków, po drodze zahaczając o różne miejsca. Biegał cały w skowronkach. Nagle Lisek szepnął coś Tinusi, przeskoczył wesoło Rudego i razem poszli na obchód całego terenu. Cała trójka: przodował z zaadartym ogonem Lisek, za nim Tinusia, a tyłów pilnował Rudy. Wszyscy wyglądali na bardzo szczęśliwych. Wiecie? A ja byłam przeszczęśliwa. Nawet nie spodziewałam się, że tak tęskniłam za tym widokiem. Mam oczywiście zdjęcia. Niedoświetlone, prześwietlone, niewyraźne. Filmiki krótkie też mam - mocno trzęsące się. Ale musicie mi wybaczyć, jestem cała skowronkach - tak jak Lisek :). Wstawię zdjęcia później. I wybaczcie długi post, ale nie miałam sumienia napisać to w paru, krótkich zdaniach. ;) PS: Za Waszą zgodą, kupujemy psiakom Bravecto. Na razie Liskowi i Tinusi, z Rudym to nigdy nie wiadomo, ale jeśli wzrosną szansę, że mu podamy, to wtedy i on dostanie tabletkę. Jutro jednak musi obejść się ze smakiem (kurczaka).
  2. Gabi, to szczenię Tinusi. Pisałam do tej pory między wierszami, bo nie każdy popierał nas w tym, że go nie uśpiliśmy i to była tylko decyzja moja i mojej znajomej że go próbujemy ratować. No i dostał dar od Losu, że od pierwszych chwil życia ktoś go pokochał. Jednak... skoro mamy happy end, to piszę ku pokrzepieniu serc, że jednak czasem Los pisze inne scenariusze. Nikt nie wierzył, że uda się malucha uratować, a jednak on stwierdził, że będzie inaczej. W skrócie: Tinusi nie zdołaliśmy złapać nim urodziła, urodziła 15sierpnia. Czesio był psiakiem odrzuconym, zresztą to dzięki niemu dowiedziałam się, że sunia jest już "po". Chodziliśmy wieczorem ze szczeniakiem do wetów, ale z okazji święta, nie zastaliśmy żadnego (żaden też nie odbierał). Znajoma powiedziała, że nim się zajmie, że go uratuje. I jeśli się uda, to super. Jak nie, to przynajmniej będzie miała czyste sumienie, że próbowała. Psiak chowany od pierwszej doby na butli, od początku było wiadome, że Cześ zostanie z Rodziną (choć nie planowali już żadnego psiaka). Wszyscy są totalnie w nim zakochani. Nie żałujemy w ogóle, że dostał szansę. Jest bardzo uroczy, rozbrajający i już biega jak szalony (choć nadal plączą mu się łapki). Totalnie jest zakochany w swojej Zastępczej Mamie, czyli mojej Znajomej, zawsze śpi na jej szyi albo ręce. Ale widać, że to zawadiaka, sunia shih tzu totalnie mu się oddaje, a ten ją zaczepia :). kiyoshi, ja po doświadczeniu z Gandzią, przyrodnią siostrą Liska jestem bardzo ostrożna. Gandzia była tydzień starsza od Czesia, dostała bardzo ostrożnie środek na odrobaczenie (podzielony nawet na kilka mniejszych), a mimo to się przytkała i groziła jej lewatywa. Odrobaczanie kosztowało nas bardzo, bardzo dużo nerwów, więc zrozumiałe, że i teraz drżę o Czesia - wiem, jak mocno zarobaczona była Gandzia i jak długo trwała walka by się pozbyć tego paskudztwa... A Czesio to jednak takie maleństwo... Oczywiście będę przeglądała ogłoszenia, może komuś ast zaginął. Choć obawiam się, że tak samo zaginął, jak Murzynek i niemal każdy pies, którego spotykam. Dziękuję kiyoshi za extra pieniążki, nie spodziewałam się. Jesteście naszymi Aniołami.
  3. Ja kiedyś miałam fazę na MCO, bo moja Ciocia miała parę. Ale jeśli miałyby być bardziej leniwe niż moja norweska leśna to ja dziękuję. Do tego dochodzą obecnie liczne,poważne choroby, które dotykają MCO. Wolę zdrowsze rasy ;)
  4. Bardzo się cieszę, że zgadzacie się na zakup tabletek. To niemały koszt, ale wg mnie warto. Zwłaszcza, że jak psiaki zachorują, to nie będziemy w stanie im pomóc... znaleźć je na tym rewirze to cud, a potem jeszcze złapać. Z Tinusią przemycanie leku w jedzeniu przerabialiśmy, a to ona jest wyzwaniem, nie Lisek. Dlatego wierzę, że udałoby nam się jej przemycić lek w gotowanym kurczaku. Lisek zawsze je obok mnie, często zagląda do plecaka po lepsze kąski, więc myślę, że i z nim nie byłoby problemu. Jedyne co, to na razie podanie leku Rudemu jest nierealne - po pierwsze on znowu się gdzieś włóczy, po drugie: zawsze wyjada to, co zostawią inne psy i dopiero jak my odejdziemy... Modlę się o to, by dziś spotkać Liska. I by szybko się udało wymyślić, co zrobić z amstaffem. szafirko, co u Murzynka? Jak idzie Wam podawanie kropelek i żelu? Jak jego oczko? Czy wróciło kulenie? Czy nasz Murzynek nie przynosi wstydu? :)
  5. Ja we Wrocławiu byłam dwa razy :) Ha, raz nawet urządziłam sobie "malutki" spacerek i zrobiłam niezły kilometraż po Wrocku :D
  6. Zapewne chodzi o mutację genu MDR1 typową dla pastuszków (border collie, szelty, owczarki australijskie) oraz neiktórych ras (np. whippetów) czy miksów tych ras. Niestety, wielu weterynarzy nawet o tym nie wspomni, wielu nie zdaje sobie sprawy z ryzyka. Ostatnio głośna była historia bordera, który pracował przy owcach i miał kontakt ze środkiem p/kleszczowym (środek był podany jedynie owcom) - border ledwo uszedł z życiem, dostał całkowitego paraliżu. Po długotrwałej rehabilitacji cudem jego stan zdrowia się poprawił. Niestety, to nie odosobniony przypadek, a i tak zakończył się pozytywnie, co zdarza się w mniejszości. Trzeba uważać z lekami, ale również ze środkami na kleszcze - wiele środków zawiera zabójczą dla psów z wadliwym genem iwermektynę (taka ciekawostka: iwermektyna i permetryna zabójcze są też dla kotów, a np. mój kot jest nadwrażliwy na fipronil, co daje nam mało skuteczną walkę z pasożytami zewnętrznymi) Można zrobić test na mutację genu, ale niestety to koszt ok 45euro. Podsyłam artykuł: http://www.shelties.pl/2011/01/problem-mutacji-genu-mdr1-i-stosowanie-niektorych-lekow/ oraz ten - dobrze się uzupełniają: http://www.border.wortale.net/art.php?art=43
  7. To faktycznie nie ma, co wciskać Sebkowi psa na siłę :( Obroża behawioralna = obroża feromonowa. NIe wiem jak u psów, ale u kotów daje zazwyczaj świetne efekty :) Kot jest w dobrym humorze. Tak btw. ja znam takiego jednego super DA do adopcji, charakter cudo.... ;) Jedyny minus to odległość.
  8. Współćzuję tej drożyzny. Ale cieszę się, że dysplazja nie postępuje.
  9. Jaki on leciutki :)
  10. Przy MCO nie tylko serce, ale i stawy. Dysplazja u małych kociąt, nawet z chwalonych hodowli to nie rzadkość :( Ja mam norweską z odzysku ;). Ale wiem, że dla mnie dachowce albo syberyjskie :) Moja druga paskuda ma w sobie jakiś tam mix sybka.
  11. Wybierz się do zoo do Wrocławia po 25września. Wtedy będę we Wro i będę mogła pójść z Wami :D
  12. O proszę, co pies to metoda. U nas najlepiej szła wymiana patyczka za patyczek. Ten, który miał w pysku był "nudny", a ja mu pokazywalam drugi, bawiłam się nim, podrzucałam i pies samoistnie wypluwał swój i łapał ten, który był "żywy" w mojej dłoni ;)
  13. Badałaś wszystko? łącznie z tarczycą, nerkami, wątrobą? Ktoś mi kiedyś mówił, że takie ataki mogą być nietypowymi objawami padaczki lub padaczkopodobnymi :( Przepraszamy za SPAM, Poker. Już stąd uciekam z prywatami :) I zaciskam w dalszym ciągu za Gigę.
  14. Poleciłabym tym Państwu Liska... ale nic na razie o nim nie wiem oprócz tego, co zaoberwowałam w jego naturalnym środowisku. Wg mnie on szybko się udomowi, potrzbeuje jedynie impulsu... No ale to ryzyko... może Państwo zdecydują się na Gigę albo Morelka. Trzymam kciuki. Mam w domu kota trzepniętego psychicznie. Potrafi się przymilać, a zaraz rzuci się na szyję i zaczyna ją gryźć z zacięciem. A to nie jest mały kotek: skacze na 2,5m wzwyż, waży tylko 5kg, ale jest ogromny! Jak wpadnie w furię to nagle nie jest sobą, ale to taki dziki zwierz... Wtedy trzeba go natychmiast wsadzić do klatki (niestety, w kilka osób, jedna nie da rady) i czekać aż się uspokoi...:( On tego nie kontroluje i nie pamięta... :( Widać, że się z tym męczy... :( Niestety, to kot wzięty z patologii, jego brat urodził się ze zdefromowanym ogonem. Mam wrażenie, że to wszystko wpłynęło na jego psychikę. Teraz musimy mu zapewnić spokój i jak najmniej w domu zmian... Przyjechał do nas jako małe kocię, ale od zawsze miał problem z emocjami. Jego matka podobno ma podobnie (tak mówią nowi właściciele), ale u niej łatwiej to opanować, bo jak nie radzi sobie z emocjami to wyżywa się na dworze, przyniesie milion myszy i w domu spokojna. A nasz to kocur typowo domowy.
×
×
  • Create New...