Nie miałam możliwości zajrzeć w weekend, niestety, ale wspierałam myślą - słowo! Okropnie wyglądały te rany - dużo gorzej niż się spodziewałam. Ja takie głębokie pogryzienie, ze zmiażdżonymi mięśniami i martwicą przerobiłam na mojej poprzedniej kotce, po "spotkaniu" z kaukazicą. Początkowo miała pozakładane sączki, potem dreny. Codziennie jeździliśmy z nią na płukanie tych ran do weta do Warszawy jeszcze wtedy, choć była w takim stanie, że pewnie dalibyśmy radę sami. Głównie dlatego, by mieć pewność, że zostały wypłukane jak trzeba. Lepsze to niż oszczędność, a potem komplikacje, które jeszcze mocniej szarpną po kieszeni, ale przede wszystkim narażą zwierzę na jeszcze większe, niepotrzebne cierpienie.
Trzymajcie się, będzie dobrze, bo tak właśnie ma być!