Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

leónowa napisał(a):
Siedzę i płaczę, tak to niesamowicie opisałaś, że nie sposób sie nie rozkleić...Ogromnie się cieszę, że Morusowi nic się nie stało, twardziel z niego po prostu i tyle, a i Pańcia twardzielka, bo dała radę w cięzkiej chwili;)

Post strasznie chaotyczny, bo i takie myśli teraz mam - ciężko jest mi się skupić ;).
Morus to twardziel, ale trzymaj za niego kciuki, by nie miał żadnych obrażeń bez szwanku... bo naprawdę do śmierci niewiele brakowało. I jeszcze trzęsę się na samo wspomnienie jak leży do góry łapami i piszczy, a tamten wsysa się w niego... brrr....
Jaka ja twardzielka? Ledwo co teraz żyję... Zresztą wtedy też. A to, że Dingo odciągnęłam od kundliszona to po prostu cud - cud, że się ocknęłam z szoku i przy tym nic mi się nie stało. Żadna ze mnie twardzielka... naprawdę... No, ale jak to mówią głupi ma zawsze szczęście, więc i mi się udało ;).

Posted

Wiesz,ale tez nie stałaś i nie piszczałaś tylko zadziałałaś, żeby ci psa nie zabił, a przycisnąć i ociągnąć te kilkadziesiąt kilo tez nie było pewnie łatwo.

Jak najbardziej trzymam za chłopaka kciuki, żeby żadnych powikłań nie było;)

Posted

Powiem Ci, że ja mam podobnie - jak jakiś pies się rzuca na Mikę to sama się pcham z łapami, żeby ją wyciągnąć. Ostatnio skopałam dość sporą i agresywną sukę boksera, bo przecież Mikrus nie miałby z nią żadnych szans...
Trzymam kciuki, żeby się okazało, że Morus tylko najadł się strachu ;)

Wiesz może co tam u Boni? :)

Posted

Fajnie to opisałaś. Prawie widziałam to wszystko...
U Morusa w porządku? Zdrówka dla niego i oby nie wpłynęło to wszystko na jego psychikę.

a i torba zajefajna :)

Pozdrawiamy :loveu:

Posted

leónowa napisał(a):
Wiesz,ale tez nie stałaś i nie piszczałaś tylko zadziałałaś, żeby ci psa nie zabił, a przycisnąć i ociągnąć te kilkadziesiąt kilo tez nie było pewnie łatwo.

Jak najbardziej trzymam za chłopaka kciuki, żeby żadnych powikłań nie było;)


Ja z jednej strony rzuciłam się na psa w obronie swego pupila i różne myśli przechodziły mi wtedy, ale z drugiej strony jak już przyciskałam go do ziemi zdałam sobie sprawę, że mogę stracić właśnie palce lub ręce w ogóle... No, ale wtedy to już było dla mnie nieistotne - liczyło się dla mnie życie mego psa. I myślę, że każdy by tak się zachował ;) . Nie da się stać i patrzeć jak mordują Ci czworonoga. Co prawda, dopiero teraz, gdy emocje opadły zdaję sobie sprawę, że mogło się to wszystko potoczyć całkiem inaczej (i bez wizyty u chirurgia by się nie obyło) i też mam ciary na samą myśl ;) . Inna sprawa, że gdyby Morus nie był gruboskórnym (zawsze wetka ma problem z kuciem go na szczepienia) i puchatym psem, tylko yorkiem czy chociażby spanielkiem to po prostu spotkania z katem by nie przeżył.

I nie ma. On nie ma. Ja czuję się psychicznie źle. Wciąż reaguje drgawkami na wszelkie warczenie i piski, a i moje marzenie o haszczaku pękło szybko i cicho jak bańka mydlana... Po prostu na północniaki nie mogę patrzeć z dystansu, bo od razu wraca do mnie z podwojoną siłą całe wczorajsze wydarzenie... :shake:
dOgLoV napisał(a):
hejka ;-)

zdrówka dla Moruska !!!! :loveu:

Hej :)
Dziękujemy :loveu:

rashelek napisał(a):
Powiem Ci, że ja mam podobnie - jak jakiś pies się rzuca na Mikę to sama się pcham z łapami, żeby ją wyciągnąć. Ostatnio skopałam dość sporą i agresywną sukę boksera, bo przecież Mikrus nie miałby z nią żadnych szans...
Trzymam kciuki, żeby się okazało, że Morus tylko najadł się strachu ;-)

Wiesz może co tam u Boni? :smile:

Więc znasz to :P
Wyrwało mnie z szoku to, że przez głowę przebiegła moja dyskusja ze znajomym o obronie się w razie ataku psa - on preferuje właśnie siłę fizyczną, czyli przyciskanie do ziemi i te sprawy (ale nie kopanie i bicie), a że nie byłam do tego przekonana to mi to dokładnie opisał, i wiedziałam mniej więcej jak działać. Kiedy więc zaczęłam iśc za jego wskazówkami (przestałam ciągnąć za szyję), to Morusa uratowałam :)
Powiem Ci, że gdyby Morus nie miał grubej skóry i puchatej sierści to jestem pewna, że by nie przeżył... Bo ten pies się wsysał do niego... brrr... ale on [Morus] walczył, potem się poddał i już mi odchodził, ale wtedy do działania przystąpiłam ja, bo się ocknęłam z pierwszego szoku...
Morus i ja :P. Szczerze? To mi teraz niespieszno do powiększenia stada o północniaka. Najbardziej spełnia moje kryteria BOS, ale białego psa nie chcę - ja mam uraz i Morus też...

Rezerwacja, w sobotę jedzie do DS :loveu:

magdabroy napisał(a):
Zdrowia dla Moruska ;-)

Dziękujemy :)

Ptysiak napisał(a):
Fajnie to opisałaś. Prawie widziałam to wszystko...
U Morusa w porządku? Zdrówka dla niego i oby nie wpłynęło to wszystko na jego psychikę.

a i torba zajefajna :smile:

Pozdrawiamy :loveu:


Ciesz się, że "prawie" widziałaś, bo takiego widoku nie życzę nikomu...
W porządku, choć jeszcze bardziej się stał przylepny. Niestety, psów dużych się boi :(. Na średnie i małe reaguje radością (ale nie podbiega bez zgody), ale na widok dużych przyciska się do mojej nogi...
A zdrowie to on ma :P

Jak tylko przyszłam to byłam zachwycona. Niestety, frisbee się nie wciśnie do niej, próbowałam już :(

Posted

[quote name='dOgLoV']hello ;)
Hej, hej ;)

Dwa dni temu przyszło do mnie frisbee :)

Oto relacje z tego dnia :P
Mój kompletnie niebawiący się i niebiegający za zabawkami pies dostał w prezencie ode mnie frisbee. Wiem, że to było głupotą, bo nie dość, że mój pies nie ma instynktu to jeszcze nie należy do psów szarpakowych, no ale kupiłam - to było zbyt silniejsze ode mnie. :D A pomyślałam, że skoro ostatnio polubił wykonywać vaulty to czemu nie spróbować frisbowania? Co prawda na cuda nie liczyłam, jednak stwierdziwszy, że jakby co mogę dysk oddać znajomej, która ma psa świra to co mi tam szkodzi ;). I przyszedł (dysk, nie pies). Pięknie zapakowany wraz ze smakolami (owocowo-waniliowo-czekoladowymi) i fajowskim pasem do szkolenia od razu go odpakowałam i po pierwszym komentarzu: "Ale dysk wielki i grubaaaaśny! Na pewno go pies nie weźmie w pysk! A w życiu!" i poleciałam... potestować ::lol: Na wiele się nie szykowałam - ot, poćwiczę sobie rzuty ;P . Jednak, o dziwo - piesek pognał za moim rzutem (sic!) . Od razu było k/s, och i ach - to nic, że do pyska nie wziął dysku (byłoby dziwne, gdyby to zrobił), ale nagrodę dostał. Jakim moim zdziwieniem było, gdy po drugim i trzecim rzucie powtórzyła się historia: poleciał piesek za dyskiem . Postanowiłam więc nie tracić czasu postanowiłam rozpocząć tak, jak należy - od turlania (jak żałowałam, że nie mam rollerów). Phi! Kundel stwierdził, że to zbyt łatwe, więc nawet nie raczył pójść za frisbee. Ku mojemu zaskoczeniu jednak latał za dyskiem, gdy ten był w powietrzu. No geniusz!
Jednak palnęłam się w łeb i przystąpiłam do tego wszystkiego od początku: od zachęcania psa do brania dysku w pysk. Nakręcałam, nakręcałam i uciekałam nim - a ten mój nie-w-pysku-trzymający pies zaczaił o co chodzi! Ba! Pod koniec sesji jak blisko rzucałam to biegł za frisbee i próbował coś zębami przy nim mącić. Jeszcze nie udawało mu się brać w zęby (a co dopiero przynosić), ale i tak jak na niego to po prostu... jestem w szoku.
Szkolenie w zabawę frisbee zaczęliśmy nie od początku, lecz praktycznie od środka (bo piesek tak chciał :D widocznie jest zbyt mądry 8) ), a poza tym dla mnie zaskoczeniem jest by ten pies ganiał za frisbee! I chciał jeszcze biegać, i jeszcze! Raaany, te smakołyki naprawdę mu zasmakowały (mnie zresztą też ). Albo ktoś podmienił mi psa.

Posted

Ty$ka napisał(a):
Ciesz się, że "prawie" widziałaś, bo takiego widoku nie życzę nikomu...
W porządku, choć jeszcze bardziej się stał przylepny. Niestety, psów dużych się boi :(. Na średnie i małe reaguje radością (ale nie podbiega bez zgody), ale na widok dużych przyciska się do mojej nogi...
A zdrowie to on ma :P

Jak tylko przyszłam to byłam zachwycona. Niestety, frisbee się nie wciśnie do niej, próbowałam już :(

Moja Luna niecierpiała 3 rotków sąsiadów. Tamte psy były źle wychowane i agresywne. Wpadła mi na ogród do sąsiada za jednym z nich. Ona nie miała mózgu :roll: niczego się nie bała... Ja wleciałam za nią na tył ogrodu. Nie myślałam wtedy o sobie zupełnie. Zobaczyłam tylko Lunę jak się jeży i cofa i trzy rotki. Jedna z córek sąsiada stała w koncie i się nie ruszała. Prosiłam : zawołaj psy to podejdę i zabiorę Lunę. Usłyszałam: ja się boję bo mnie ugryzą... Te psy słuchały tylko Pana. Zagryzły kilka psiaków na ogrodzie jak biedaki wlazły pod płotem... A ciągle furtka nie domknięta itd.
Ja sama nie wiem do dziś jakim cudem żyję ale stanęłam między psami, odciągałam Lunę i wyszłam.
Dopiero w domu puściły emocje.
Jak dorosła suka ONka, z którą Ptyś się wcześniej bawił. Skoczyła mi na psa a jej Właściciele stali i tylko wołali "nie wolno, zostaw..." to też byłam przerażona. Ale ryzykując moje nogi stanełam między suką a moim psem. Ptyś tylko patrzył a suka dała sobie siana w końcu.
Tak, że chyba Cię troszkę rozumiem.

Chyba nie da się podmienić takiego psa jak Twój :diabloti:

Posted

[quote name='Ptysiak']Moja Luna niecierpiała 3 rotków sąsiadów. Tamte psy były źle wychowane i agresywne. Wpadła mi na ogród do sąsiada za jednym z nich. Ona nie miała mózgu :roll: niczego się nie bała... Ja wleciałam za nią na tył ogrodu. Nie myślałam wtedy o sobie zupełnie. Zobaczyłam tylko Lunę jak się jeży i cofa i trzy rotki. Jedna z córek sąsiada stała w koncie i się nie ruszała. Prosiłam : zawołaj psy to podejdę i zabiorę Lunę. Usłyszałam: ja się boję bo mnie ugryzą... Te psy słuchały tylko Pana. Zagryzły kilka psiaków na ogrodzie jak biedaki wlazły pod płotem... A ciągle furtka nie domknięta itd.
Ja sama nie wiem do dziś jakim cudem żyję ale stanęłam między psami, odciągałam Lunę i wyszłam.
Dopiero w domu puściły emocje.
Jak dorosła suka ONka, z którą Ptyś się wcześniej bawił. Skoczyła mi na psa a jej Właściciele stali i tylko wołali "nie wolno, zostaw..." to też byłam przerażona. Ale ryzykując moje nogi stanełam między suką a moim psem. Ptyś tylko patrzył a suka dała sobie siana w końcu.
Tak, że chyba Cię troszkę rozumiem.

Chyba nie da się podmienić takiego psa jak Twój :diabloti:
Wooow, Ty też miałaś niezłe starcia i wrażenia z psami... Nie zazdroszczę.

Oczywiście, że się nie da :eviltong:

[quote name='Ada_Mirra']http://i805.photobucket.com/albums/yy335/kmlz/Bazarek/b052.jpg oo za ile takie cudo? :-D

jak po olimpiadzie? ja kciuki trzymałam :loveu:

Za ile sobie wylicytujesz :razz: Szukaj po bazarkach :P

Widać, że tylko Ty :(. Nie przeszłam dalej, napisałam nieźle, ale straciłam parę punktów, by nie przejść dalej :placz:

[quote name='Ptysiak']Hej hej :smile:

Znów Was wcięło... :-(
Hej ;)

No tak bywa. ;P

[quote name='whiteterrier']Witamy ! :smile:
Witamy ciepło :loveu:

[quote name='phase']Zaszłam do Was z nadzieją, że zobaczę fotki Moruińskiego a tu brak. Buuuu.

Bo Morusiński przez ostatnie dni nie wychodzi z budy - non stop pada i pada :eviltong:

Posted

[quote name='Ty$ka']Wybaczcie, że nie odpiszę dziś na Wasze posty, ale nie mam do tego głowy... zrobię to następny razem, gdy emocje opadną...

Dzisiaj mam pechowy dzień i jeszcze jestem w szoku - brałam już lek uspokajający, ale średnio na mnie działa . Z drugiej strony jednak dość szczęśliwy, bo pokazuje, że są dobrzy ludzie na tym świecie...
Wszystko zaczęło się niewinnie. Poszłam z kundlem na spacer i zobaczyłam na ulicy białęgo haszczaka. Ja, jak to ja, chciałam ogarnąć co to za pies. Czworonogi przywitały się, nie miały złych intencji, no może północniak był zbyt upierdliwy, ale to akurat normalne jak z moich obserwowań wynika. Dopiero, gdy skręciliśmy na jedną z ulic skojarzyłam sobie, że skądś tego psa znam... i już wiedziałam skąd - to ten łańcuchowy. No nic, nie robił krzywdy Morusowi, więc uśpiło to moją czujność. Wtem z naprzeciwka nadjeżdżał sobie 11latek na rowerze i dawaj wołać na psa "Dingo". Rozpoczęła się rozmowa:
- Hej! To Twój pies?
- Tak, to mój... - odpowiedział trochę niepewnie, jednocześnie zjeżdżając na chodnik, by złapać psa - Do domu Dingo! Do domu!
Niestety, było to zbyt ostre... ja poczułam się niepewnie, mój pies też się skulił w sobie, a owy Dingo dawaj rzucił się na mojego psa. Bez ostrzeżenia - po prostu szedł sobie łapa w łapę z Morusem i nagle trach! za szyję! Do gleby i za szyję! I dawaj potrząsać nim jak zdobyczą. Ja w szoku przypatruję się jak morduje mi psa, chłopaczek nie w mniejszym - oboje nas zamurowało w ziemię. Nagle się ocknęłam i zaczęłam wrzeszczeć:
-ON morduje mi psa! Mordujeee!
Przez ten swój własny krzyk (i pisk mojego mordowanego psa) w końcu się ocknęłam i wiele ryzykując (haszczak był w amoku) skoczyłam na białasa. Złapałam za szyję i bezskutecznie próbowałam odciągnąć napastnika. Rzuciłam więc wszystko w cholerę i widząc jak mój pies lada chwila będzie martwy (te potrząsanie i próby dostania się do tętnicy oraz pisk zabijającego psa był straszny) wpadłam w amok, skoczyłam na białasa (niewiele już mnie obchodziło, że mogę przepłacić to własnym życiem lub zdrowiem), za szyję i do gleby całym swym cielskiem. Jak dobrze, że do drobnych nie należę... po paru sekundach (dla mnie to była jak wieczność) prób ratowania własnego psa (który już był dwoma łapami po tamtej stronie... już nawet nie próbował się bronić) w końcu powaliłam haszczaka (a bardziej mixa akity i husky) na ziemię, jednocześnie wyjmując swojego psa z jego paszczy... Nie wiem jak to wszystko ogarnęłam, ale to była chwila. Wkurzona na północniaka dalej go przytrzymywałam do ziemi (by się uspokoił) i mocno trzymając go za fraki kiwnęłam na nastolatka, który był nie mniej przerażony niż ja zaistniałą sytuacją. Gdy był gotów wstałam z psa (non stop trzymając go za skórę i byłam gotowa na to, że zaraz znów na niego skoczę) i przekazałam chłopakowi, który idąc przykładem też złapał psa za skórę. Żal mi było chłopaka, był w szoku, jestem niemal pewna, że w tej chwili nienawidził swojego psa, bo przez zęby cedząc powiedział, że to głupi jest. Jednak zaraz, widząc że dopadłam swojego psa i sprawdzam czy nic się nie stało zapytał się czy wszystko OK. Powiedziałam, że tak i że nic się nie stało - że widocznie Dingo chciał bronić go przed moim psem. Bo co miałam powiedzieć jak widziałam, że chłopak omal nie zemdleje z wrażenia? Jednak był dość zły na psa, bo trzymał go mocno i porzucając rower, poszedł przykuć go do budy...
A my? Ja najpierw sprawdziłam Morusa stan (dzięki Bogu, że ma grubą skórę i sporą warstwę futra - oprócz powyrywanego futra żdanych obrażeń nie widzę, ale jutro obejrzy go wetka) i w szoku poszłam z nim do lasu... Odreagować. On - bo pchał mi się ze strachu na ręce; ja - bo skapitulowałam i się rozryczałam z emocji po wszystkim. Po drodze głośno chwaliłam Siłę Najwyższą, że Morus żyje i poszliśmy do lasu... Dopiero tam się uspokoiłam i wyszłam z szoku, i dopiero wtedy zrozumiałam, że zgubiłam telefon... Niby to nic, ale tam mam wszystko - hasło do konta bankomatowego, hasła, kody, numery, zdjęcia... no wszystko... W złych rękach - brrr... nie kończyłam tej myśli. Niewiele myśląc poleciałam z psem (który już ochłonął) do miejsca tragedii. Po drodze spotkaliśmy Cheebowych (piękny jest! psa mam na myśli ), ale nie wiem czy nas poznał czy nie... Nie miałam czasu się zatrzymywać, pomijając fakt, że wyglądałam jak 7 nieszczęść: przemoczona, zapłakana, blada, niekontaktująca ze światem i do tego rozmazana i rozczochrana... Poleciałam. Szukałam przez parę minut telefonu, ale go już nie było... Byłam w takim stanie, że dostałam drgawek. Telefon to pikuś, ale dane, które w nim są już nie! Znów ogarnęła mnie rozpacz i poszłam do domu jak zbity pies. I choć zaczęłam powątpiewać, w duchu prosiłam Boga, by jednak telefon znalazł ktoś uczciwy... Ledwie przyszłam do domu, siadłam i się rozryczałam - dopiero teraz dotarło do mnie to wszystko, co się działo na spacerze... to za dużo. Nawet dla takiej twardzielki jak ja... W skrócie opowiedziałam Mamie całe zajście, która skwitowała jednym: "O Chryste! Gdyby tobie się coś stało"... ale ja na to, że pies... że musiałam... że co tam ja... Mama zadzwoniła do Taty, by zablokować kartę sim. A tu - cud! Tato wie o wszystkim - telefon już jest. Dziewczyny jakieś znalazły i zadzwoniły do niego. Ulga. Aż sobie przysiadłam. Jak już telefon miałam w ręku to znów emocje wzięły. Nie wiem co mi się stało, może zbyt dużo jak na jeden raz, ale łzy szczęścia mieszały się ze złością i łzami bólu wspomnień. Byłam w takim stanie, że Mama musiała mi wpakować tabletki uspokajające, by dało się ze mną rozmawiać... Właśnie, czekała mnie jeszcze poważna rozmowa. Jednak już powoli wracał do mnie rozum i udało mi się przekonać Mamę, że spacery są mi potrzebne (choć w tamtej chwili nie było to przekonujące ) i naprawdę będę uważać. Choć szczerze to nie dziwię się Jej i Tacie, że martwią się o mnie - bo wiedzą, że ja lubię pchać się w tarapaty, a za swoim psem pod tir skoczę jak będzie trzeba... Dlatego doskonale rozumiem Ich obawy. I strasznie żal jest mi patrzeć jak Mama to wszystko przeżywa... pewnie nie dowiedziałaby się o tej napaści na Morusa, gdyby nie ten nieszczęsny telefon...
Ale nie wiecie jak jestem teraz szczęśliwa, że tak wszystko się skończyło. I nadal nie mogę uwierzyć, że wszystko działo się godz. temu; że to nie jest zły sen... Naprawdę nikomu nie życzę widoku jak zabijany jest Wasz własny pies. A pisku i tego widoku mordu Morusowego nigdy nie zapomnę... Jeszcze teraz dźwięczy mi w uszach i stoi przed oczami. Jak dobrze, że Ktoś nade mną czuwa.

Rozumiem co czujesz, bo ja sama przechodziłam przez to... naprawdę wiele razy. I to od dziecka, bo już jako 10latka rozdzielałam gryzące się psy - np. mojego Fredka wielkości beagle i dobermana sąsiadów, który rzucał nim jak szmatką :lol:
Potem... hmm... trochę przywykłam. Jeśli miałabym zliczyć takie sytuacje tylko z tego roku, to Nitka była gryziona na poważnie 4 razy (liczę te przypadki, kiedy pies rzucał nią jak szmacianą lalką, inne mało znaczące pojedynki pomijam), Łati raz dostał naprawdę konkretny łomot od dwóch sporo większych od siebie kastratów, których bezczelnie próbował zdominować + raz, kiedy co prawda psy się nie gryzły, tylko bawiły, ale Nitka skonczyła z przedziurawioną tętniczkę :evil_lol:
Można się przyzwyczaić :diabloti:

A tak serio - mam nadzieję, że już doszliście do siebie oboje z Morusem ;)

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


×
×
  • Create New...