Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

Jakoś tak ostatnio zebrało mi sie na wspomnienia, a że w sumie niewiele do tej pory napisałam o mojej Pierwszej, nadeszła chyba na to pora :p.

Moja Pierwsza czyli Joko, córka Championów :cool3: , niosąca w swym DNA geny Pudla i węgierskiego owczarka Puli, wyczekana, wytęskniona, wybłagana, czarna, kudłata psina. Pies o niezwykłej inteligencji, fantastycznej osobowości, przepięknych orzechowych oczach i cudownym uśmiechu . Kochałam tego psa niesamowicie, kochałam ją bo była moim pierwszym wyczekiwanym psem, na którego zgodzili sie moi rodzice, ale nie tylko za to. Przecież, mogło się okazać, że ten pies jest na przykład dominujący, że gryzie, że zaczepia, że niszczy że... no nie wiem co jeszcze, ale mogło się okazać, że jest wiele różnych rzeczy, które kładłyby się cieniem na naszych wzajemnych stosunkach. A tymczasem Joko okazała się być psem niesamowicie przyjacielskim, pro-ludzkim, psem uwielbiającym zabawę, długie spacery, albo ciche, wspólne siedzenie na kanapie. Nigdy nie była natarczywa, zawsze wiedziała jak zareagować. Miała cechy naprawdę ludzkie. Ona doskonale wiedziała kiedy jestem smutna, kiedy mam kłopot, kiedy jestem radosna, kiedy jestem zajęta, potrafiła się odnaleźć w każdej sytuacji. Nigdy „koledzy z podwórka” nie byli dla niej ważniejsi niż ja. Wręcz przeciwnie, ona zdecydowanie przedkładała towarzystwo człowieka, nad towarzystwo innych psów. Innych psów raczej unikała, wolała nie wchodzić im w drogę, od czasu wypadku...
...



Z Joko prawie nigdy nie używałam smyczy, smycz nosiłam i owszem, ale z reguły w kieszeni kurtki, albo zwyczajnie w ręce . Smycz nie była potrzebna bo Joko nigdy, przenigdy się nie oddalała. Największą odległość jaką mogła osiągnąć w oddaleniu od człowieka to było jakieś 5 – 10 metrów. Spacery z nią to była sama przyjemność! , bywało i tak, że przez cały spacer nie musiałam odzywać się do niej nawet słowem. Żadne „stój!”, „chodź!”, „zostaw!”, „do nogi!” nic takiego. Wystarczyło gwizdnąć, a pies juz był przy mnie, wpatrzony swymi cudownymi oczami... strasznie mi brak tych oczu...:-( mimo, że to już ponad 12 lat odkąd jej nie ma... do ostatniej chwili patrzyłyśmy sobie w oczy, ja powstrzymując łzy, starając się uśmiechać na tyle na ile było to możliwe, Ona z ufnością i ... jestem tego pewna, z miłością.



Kochała mnie. Tego jestem pewna. Gdy wyjeżdzałam na kolonie, Joko zakopywała się w moja pościel, wtulała się w moją piżamę i znosiła do mojego łóżka smakołyki. Tak było za każdym razem, chociaż, tylko za pierwszym udało jej się te „smakołyki” przechować aż do mojego powrotu :razz: ... za pierwszym razem pies przez 3 tygodnie skutecznie znosił do mojego łóżka wszystko co dostał od mamy, i na dzień przed moim powotem, gdy mama postanowiła zmienić pościel, znalazła tam: kości, kawałki mięsa, kanapek, białego sera (już co prawda nie białego...) ba! Nawet truskawki.... to wszystko leżało sobie zakopane w odmętach pościeli przez 3 tygodnie... :mdleje:

Za każdym kolejnym moim wyjazdem, mama robiła codziennie kontrolę zawartości mojego łóżka, co nie spotykało się z zachwytem mojej Joko, jednak z uporem codziennie mama odkrywała tam coś nowego :evil_lol: .

Podczas tych moich wyjazdów, albo gdy byłam chora Joko odbywała najkrótsze spacery pod słońcem. I bynajmniej nie z winy moich rodziców, a raczej z własnej woli. Gdy wyjeżdzałam, ochoczo wychodziła na dwór, ale zaraz przy klatce rozglądała się, łapała wiatr i... już chciała wracać do domu. Gdy natomiast byłam chora, wyciągnięcie jej na dwór graniczyło z cudem. Przecież ona też była chora... przecież ona powinna leżeć ze mną w łózku i ciężko wzdychać, a nie głowę jej zawracaja jakimiś spacerami! No i dochodziło do tego, że żeby mój pies normalnie mógł się załatwić, zwlekałam się z łóżka i wychodziłam z nią na dwór...:roll:

Joko miała jedną słabość. Była nią działka. I to był jedyny moment, kiedy dopuszczała wyjście beze mnie. Wystarczyło, żeby mój tata powiedział „Joko, jedziemy na działkę” a pies już cały w merdaniach i z uśmiechem na kudłatej mordzie siedział przy drzwiach. :lol:
Wychodzili potem razem, mój tata i mój pies, noga w łapę, maszerowali dziarsko do tramwaju. Tramwajem Joko również podróżowała bez smyczy. Były to czasy, gdy za psa należało skasować bilet, jednak mój tata miał swoje "zasady" :cool3: ... i pies jeździł na gapę ;) wskakiwała do tramwaju, lokowała się pod siedzeniem i tak spędzała całą drogę na działkę. Jakimś szóstym zmysłem doskonale wyczuwała gdzie się właśnie znajduje, bo gdy dojeżdzali do przystanku, na którym powinni wysiąść, Joko wynurzała się spod fotela i ustawiała przy drzwiach. Nigdy się nie pomyliła.:p

...




Ta jej miłość do działki stała się kiedyś powodem wypowiedzenia wojny pomiędzy nią a moim tatą. Pewnej soboty, tata ubrał się w kurtkę, w której zwykle wybierał się na działkę, zapakował swoją również „działkową” torbę i poszedł... na dach, ustawiać antenę telewizyjną. O tym drobnym fakcie Joko nie wiedziała :roll: . Prawdopodobnie odczuła silne wzburzenie na myśl, że mój tata wybrał się sam na działkę, zapominając o niej, i w akcie zemsty otworzyła sobie szafę w przedpokoju, wyciągnęła wszystkie jego buty i skutecznie wyżarła mu pięty we wszystkich „wyjściowych” butach. Co ciekawe, jej ofiarą padły buty tylko lewe... ale za to od 6 par... :mdleje:

W tym czasie mój tata zakończył swoje podniebne działania i zszedł do domu z zamiarem zabrania grzecznego pieska na działkę, który to zamiar zamarł z momentem przekroczenia progu mieszkania... nie wiem co się wtedy działo, bo mnie tam nie było, ale gdy wróciłam do domu, 5 razy usłyszałam dokładną historię butów, zakończoną za każdym razem pytaniem „i co ja teraz k... będę nosił?!” :motz: a sukę znalazłam głęboko zbunkrowana pod moim biurkiem. Oczywiście za karę na działkę nie pojechała...
Podsumowując niszczycielskie zapędy mojej Joko, nie było tego wiele :evil_lol: , przez całe swoje życie, na swoim koncie miała zaledwie: w sumie 8 butów męskich pojedyńczych, zawsze lewych; połowę moich maskotek; banknot 100 złotowy z Waryńskim (to było w 87 roku) oraz 3 smycze skórzane, ale to moja wina, bo naszą ulubioną zabawą było szarpanie się na tych smyczach podczas spacerów. Do czegoś w końcu trzeba smycz zużytkować nie? ;)

Czy to dużo? No fakt, te buty ... jak łatwo zauważyć „dobiła” do 8-miu... na przestrzeni lat zdołała bowiem wykończyć mojemu tacie dodatkowe 2 pary, ale nie wywarło to już na nim takiego wrażenia jak tamto zajście, gdy za jednym podejściem w zaledwie 40 minut stracił wszystkie swoje „wyjściowe” buty, w tym od ślubnego garnituru... na mnie natomiast największe wrażenie wywarł ten banknot 100-złotowy, bo to było kurka moje kieszonkowe :roll: ... ileż to ja się mamie naściemniałam, że mi taki wydali w sklepie... ech.... a wszystko by bronić honoru swojego „już zdążyłaś wydać?!” i psa ... jej się upiekło, ja się nasłuchałam, ale stówe odzyskałam :p

Joko nie chadzała na smyczy, nie dostępowała również zaszczytu noszenia kagańca poza jednym malutkim wyjątkiem... otóż Joko, moja ostoja spokoju, moja owieczka w psim ciele, na codzień zrównoważona i raczej romantyczna, w obliczu wizyty u weterynarza zmieniała się w komandosa podczas akcji z jednym tylko celem „zabić każdego kto się zbliży” , i jedynym sposobem zabezpieczenia weterynarza było założenie jej kagańca.
Tym samym zasłużyła sobie na miano „Doktor Jekyl Mister Hyde”, tyle, że dla niej bodźcem do „przemiany” były drzwi wejściowe do Gabinetu. Na szczęście niemal przez całe jej życie weterynarza odwiedzaliśmy rzadko. Głównie były to szczepienia, zatem trudno się dziwić, że reagowała taką awersją do kogoś, kto za każdym razem wbijał jej w tyłek igłę.:niewiem:

Raz jednak Joko miała znacznie poważniejszą przygodę z weterynarzem. Było to podczas letnich wakacji, u mojej babci, gdy Joko wówczas zaledwie 1,5 roczna wybrała się z moją mamą i jej przyjaciółką na spacer celem zakupu truskawek. Oczywiście truskawki miała zakupić moja mama, dla Joko miała to być zwykła miła przechadzka po wsi, niestety taka nie była... na wsi, jak to na wsi, chodniczki są wąskie, podwórka otwarte, ulicami z rzadka coś jeździ – tak było przynajmniej te kilkanaście lat temu. W pewnym momencie, Joko na swoje nieszczęście weszła na czyjeś podwórko, gdy nagle zza domu wyleciał na nią ogromny „wilczur” ze straszliwym jazgotem, zapewne w jej mniemaniu pałający żadzą krwi. Joko tak się przelękła, że w dzikim pędzie wyskoczyła z terenu nieprzyjaciela wprost na ulicę... pech chciał, że ulicą którą "nigdy nic nie jeździ" akurat przejeżdzała żółta skoda... babka za kierownicą nawet nie zahamowała :angryy: , zatrzymała się za to kilka metrów dalej, wyskoczyła z auta i zaczęła oglądać swój zderzak... podczas gdy na środku jezdni w kałuży krwi wiła się i skowytała moja sunia, a moja mama po chwilowym wmurowaniu w ziemię rzuciła się jej na ratunek, babsko ze skody zakończywszy ogląd swojego "uszkodzonego" auta zaczęło domagać sie od mojej mamy odszkodowania za wgniecenie... to był zdaje się pierwszy raz gdy moja mama wyrzuciła z siebie pełną wiązankę słów powszechnie uzywanych za niecenzuralne, nawet sie nie powtarzając... Joko została przyniesiona do domu przez moją mamę i jej przyjaciółkę, a ja wówczas rozkoszująca się słodkim porannym lenistwem ośmiolatka zostałam wyrwana z łóżka rozpaczliwym krzykiem mojej mamy „otwórz drzwi!!!”...
Joko miała szczęście, wiejski ale za to prawdziwy z powołania weterynarz, przyjechał najszybciej jak mógł, pozszywał i stwierdził, że nie ma uszkodzeń kości! Jedynie mięśnie uległy rozerwaniu. Przez kolejne 3 tygodnie suka dochodziła do siebie, zakazane były długie wycieczki, pies dostąpił zaszczytu spania w łóżku i zajadania swojego największego przysmaku – szprotek w oleju...

Czas leczy rany, zarówno te na duszy jak i na ciele. Ale nie w przypadku mojego psa... Rana na duszy nie zaleczyła się nigdy. Od tamtej pory Joko starała sie omijać wszelkie psy, poza swoimi starannie wyselekcjonowanymi przyjaciółmi. Wydaje mi się, że dla niej, skojarzenie było proste - pies, atak, uderzenie, ból... Co do ran cielesnych, przez wiele miesięcy przy dłuższych spacerach Joko przystawała, podnosiła nogę i popiskiwała cichutko patrząc na nas z niemą prośbą w oczach. Widać było że ją boli, więc braliśmy ją na ręce i tak kontynuowaliśmy spacer. Nawet w kilka lat po wypadku, Joko zachowywała się tak samo, więc za każdym razem, bez dyskusji była brana na ręce, co przy jej gabarytach (15 kilo) na dłuższą metę nie było takie łatwe, jednak czego się nie robi dla zdrowia i szczęścia ukochanego pieska :p ... ale do czasu... pewnego dnia prawda bowiem wyszła na jaw... okazało się, że ta cholera jest cwańsza niż przewidują to podręczniki o psach... otóż pewnego dnia miało miejsce zadziwiające zjawisko. Podczas spaceru, w nieco niesprzyjających warunkach atmosferycznych Joko jak zwykle „zakulała” kilka razy, przystanęła, pisnęła i wpatrzyła się tym cierpiętniczym wzrokiem „booli”... już miałam wziąć na ręce gdy nagle spojrzałam i spostrzegłam coś dziwnego... .... podniosła nie tą nogę co trzeba! Tej cholerze się pomyliło!!!
Od tamtej pory zyskała ksywkę symulantka-wyzyskiwaczka...


Ech... długo bym mogła opowiadać o mojej Joko. O tym jak sama sobie wyrywała marchewkę na działce, o tym jak „upiła” się wiśniami wyrzuconymi na kompost, o tym jak wyczekiwała powrotu mojego taty siedząc na stole na działce, bo tam miała lepszy widok, o tym jak to naprawdę było z gonieniem kotów, o tym jak zaciekle broniła swej cnoty, o tym jak wychowała małego kociaka na porządnego psa, o tym jak zawsze siadała przed sklepem bez żadnego hasła z mojej strony i czekała... o tym jak bardzo bardzo ją kochałam i o tym jak straszliwie mi jej brak.
Mam teraz trzy psy, mam swój Klan Czarnych, ale żadne z nich nie jest nią... żadne z nich nie jest w stanie uleczyć tej dziury w sercu, którą ona pozostawiła... i tak jak z reguły jestem sceptyczna wobec takich opowieści, tak mam nadzieję, że jest choć trochę prawdy w słowach „powróci do mnie w innym futerku”

Posted

niesamowita, barwna, wzruszająca, wywołująca uśmiech na twarzy i pięknie "ubrana" w słowa opowieść :p
Joko była naprawdę wspaniałym psem :loveu:

jambi_
„powróci do mnie w innym futerku”

życzę Ci tego z całego serca :fadein::smile:

Posted

Zawsze mówiłam, że moja Joko to taki „pies dla początkujących” – praktycznie bezproblemowy, mający w sobie coś z „wiejskich burków” – bynajmniej nie mam na myśli nic złego! Ale wiejskie psiaki mają coś takiego w sobie, że przecież nikt ich nic nie uczy, nikt nie myśli o żadnych szkoleniach czy czymkolwiek takim, mało kto prowadza je na smyczy – oczywiście mówię tylko o tych „luźno latających” nie o biedach skazanych na żywot łańcuchowy. Te psy same uczą się tego aby być przy swoim człowieku, same się pilnują, idą za swoim Panem.
Taka była moja Joko. Poza głupkowatymi sztuczkami „podaj łapkę” „Joko zaśpiewaj” nikt jej niczego nie uczył! Dlatego podkreślam jej niezwykłą inteligencję, nie wykluczone, że zawdzięczała ją swym protoplastom – Pudle wszak należą do najilteligentniejszych psów, a owczarki wcale im w tym nie ustępują. Joko zachowywała się tak, jakby rozumiała każde nasze słowo, w lot łapała skojarzenia – jeśli jakiś zwrot kojarzył jej się z czymś – jak np. to „ojcowskie” „Joko idziemy na działkę?” to bardzo szybko zapamiętywała o co biega.
A propos biegania, Joko miała jedną cechę, którą ewidentnie odziedziczyła po mamie owczarku. Ona zaganiała. Wyglądało to tak, że gdy na przykład szłam z nią na spacer, Joko wybiegała kilka metrów w przód, po czym zawracała, przebiegała za moimi plecami i znowu do przodu, i tak co chwila. Tym sposobem, na 5 kilometrów mojego spaceru, pies robił co najmniej 10
Każdego z domowników traktowała inaczej. Ja miałam zaledwie 8 lat (a nawet niecałe) gdy Joko zamieszkała z nami, była moją przyjaciółką, obrońcą, stróżem, kompanem, przytulanką. Spała zawsze ze mną. Mojego Tatę kochała i szanowała – bo chyba tak to trzeba nazwać. Zawsze towarzyszyła mu przy kolacji, którą tata z racji pracy zjadał bardzo późno, a potem myk do mojego łóżka. Śniadania tata jadał sam, bo w tym posiłku odmawiała uczestnictwa - ona wtedy jeszcze spała :lol:. Na spacery z nim nie chodziła – poza wyjazdami na działkę. Moja mama była od karmienia, spacerów z mamą odmawiała wogóle, chociaż zawsze gdy mama wracała do domu pies odstawiał szalony taniec radości zakończony przewrotem na plecy i wystawieniem brzucha do głaskania :lol:

To był pies, którego z powodzeniem mógłby mieć każdy niedoświadczony w psiarstwie człowiek. Ona nie potrzebowała osobnika doświadczonego, bo i po co? Sama potrafiła świetnie myśleć ;)

Posted

[quote name='jambi_']To był pies, którego z powodzeniem mógłby mieć każdy niedoświadczony w psiarstwie człowiek. Ona nie potrzebowała osobnika doświadczonego, bo i po co? Sama potrafiła świetnie myśleć ;)

i teraz wypada dodać, że jaki właściciel taki pies ;)

Posted

Niesamowita opowieść. Przeczytałam jednym tchem i strasznie zatęskniłam za moim pierwszym ehhh

[quote name='jambi_'] tak mam nadzieję, że jest choć trochę prawdy w słowach „powróci do mnie w innym futerku”

I tego Ci życzę Tobie, sobie i wielu z nas.

Posted

Cały dzień czytałam, ale doszłam do końca z tym ,że rano miałam do przeczytania 70 stron a wieczorem już 71 ;P.Świetnie się czyta.Pozdrowienia dla klanu.

Posted

Fides79 napisał(a):
i teraz wypada dodać, że jaki właściciel taki pies ;)


:hmmmm: to komplement? :lol:


Saththa napisał(a):
Niesamowita opowieść. Przeczytałam jednym tchem i strasznie zatęskniłam za moim pierwszym ehhh


:fadein: a jaki był Twój pierwszy Saththa?


WATACHA napisał(a):
Cały dzień czytałam, ale doszłam do końca z tym ,że rano miałam do przeczytania 70 stron a wieczorem już 71 ;P.Świetnie się czyta.Pozdrowienia dla klanu.


Witaj WATACHA! :multi: Miło mi, że zajrzałaś, a jeszcze milej że poświęciłaś mi cały dzień :lol: Dziękuję - i za pozdrowienia i za miłe słowa :)

Posted

Witaj WATACHA! :multi: Miło mi, że zajrzałaś, a jeszcze milej że poświęciłaś mi cały dzień :lol: Dziękuję - i za pozdrowienia i za miłe słowa :)[/QUOTE]


No nie tak cały, bo przecież kanapki latałam sobie robić.Ja ani nie papierosowa, ani nie kawowa.

Posted

WATACHA napisał(a):
No nie tak cały, bo przecież kanapki latałam sobie robić.Ja ani nie papierosowa, ani nie kawowa.


:lol: to teraz już wiem napewno że przeczytałaś całość :lol: u mnie wszystkie niemal historyjki są albo "na papierosa" albo "na kawke i papierosa" :evil_lol: ale widać moga być i na kanapkę :cool3: to ja Wam kiedyć walnę taka opowieść, że cały obiad będziecie mogły przy tym zjeść :evil_lol: ... tylko.... wene musze mieć :roll: juz kilka razy miałam się zabrać do opowieści o strzyżeniu, którą opiecywałam Sathth - Sathth... no, Pani od Tazza :eviltong:, cały czas "zalegam" z jedną historyjką obrazkowa o przyczajonym sznaucerze :oops: a pozostaje jeszcze kwestia obiecanego "optymistycznego nastroju", którego czasem zwyczajnie mi brakuje :shake:

Posted

:hmmmm: to komplement? :lol:


tak właśnie, to komplement ;)

...Sathth - Sathth... no, Pani od Tazza :eviltong:...


trzeba było napisać, że Sandrze obiecywałaś i było by prościej :lol:

Posted

[quote name='jambi_']:




:fadein: a jaki był Twój pierwszy Saththa?



Ahhh niesamowity był... 12 kilowy jamnik Tami ;) Kiedys go Wam przedstawię :)

[quote name='jambi_'] juz kilka razy miałam się zabrać do opowieści o strzyżeniu, którą opiecywałam Sathth - Sathth... no, Pani od Tazza ,

Tak tak ja pamietam cały czas i czekam też czas cały wciąż i wciąż


[quote name='Fides79']
trzeba było napisać, że Sandrze obiecywałaś i było by prościej :lol:

Właśnie :evil_lol::evil_lol::evil_lol::evil_lol:

Swoją drogą zabrakło tylko "a" :cool3:

Posted

Saththa napisał(a):
Ahhh niesamowity był... 12 kilowy jamnik Tami ;) Kiedys go Wam przedstawię :)


Tak Sandro, ale jaki był? ;) pomijając że jamnik i że dwunastokilowy :lol:

Saththa napisał(a):
Tak tak ja pamietam cały czas i czekam też czas cały wciąż i wciąż


no wiem, no wiem :roll: ja tez pamiętam, tylko mi czasu brak!
bazarki, rozliczenia, paczki, obfotografować, opisać, w pracy mi (_,_) trują, młody chory, jak młody wyzdrowiał to sie stary połamał... i ciągle coś, jak nie urok to ... przemarsz wojsk :roll:

Saththa napisał(a):
Swoją drogą zabrakło tylko "a" :cool3:


a nie :eviltong: , bo to nie miało być "Saththa" tylko odmienione przez przypadki - "obiecałam -napisze tak jak bym to powiedziała - Satsze", to teraz jak to zapisać? :evil_lol:


malawaszka napisał(a):
zajrzałam pooglądać, a tu widzę trzeba kawę robić i czytać :lol: no nic to = wpadne jutro z rańca... z kawą :lol:


o mamusiu! :crazyeye: a co Ty Wasiu robisz tutaj o 2 w nocy??? sie śpi o tej godzinie, zwłaszcza w środku tygodnia... no chyba że ma sie ciekawsze zajęcia :cool3:
... ale to wtedy nie lata sie po dogomanii :eviltong: ciagle te psy i psy :evil_lol:

a jak już wpadniesz z tą kawką to zrób i dla mnie... ze szpitala wyszłam dopiero o 23.40, potem jeszcze poszukiwania apteki nocnej, potem odstawić połamańca do domu i wrócić do siebie, by kolejne 15 minut spędzić na bezskutecznym poszukiwaniu miejsca do zaparkowania w promieniu mniej niz kilometra od mojego bloku... w łózku zlądowałam w sumie dopiero przed 2-gą... a o 6-tej pobudka :mdleje:

Posted

jejku ! dobrze wyczytalam ze masz w domu polamanca????
no to szybkiego i bezproblemowego wyzdrowienia

a co do opowiesci o strzyzeniu to czekam zawziecie, najlepiej z pogladowymi zdjeciami prosze

Posted

Hmmm a więc jamnik jak nie jamnik. Wygląd jamnika charakter pluszowego misia. Nie wredny, nie złośliwy nie szczekacz, nie podjudzacz, nie awaturnik.. :loveu: Mogłam na luźnej smyczy przejść koło dużych ujadających na nas psów a Tami miał to w (_i_)... To takie lekkie przybliżenie charakteru tego piesa;)

Ja nie popędzam tej historyjki o strzyżeniu ja poczekam :)

a nie :eviltong: , bo to nie miało być "Saththa" tylko odmienione przez przypadki - "obiecałam -napisze tak jak bym to powiedziała - Satsze", to teraz jak to zapisać? :evil_lol:


Hmmmm niegdy z polskiego dobra nie byłam :lol: Myślę, żę najprościej Sandrze :lol: Gdybym pamietała kto do mnie napisał Saththa to bym poprosiła o odmianę :evil_lol::evil_lol::evil_lol:

Pozdrawiam ;)

Posted

jambi_ napisał(a):

o mamusiu! :crazyeye: a co Ty Wasiu robisz tutaj o 2 w nocy??? sie śpi o tej godzinie, zwłaszcza w środku tygodnia... no chyba że ma sie ciekawsze zajęcia :cool3:
... ale to wtedy nie lata sie po dogomanii :eviltong: ciagle te psy i psy :evil_lol:

a jak już wpadniesz z tą kawką to zrób i dla mnie... ze szpitala wyszłam dopiero o 23.40, potem jeszcze poszukiwania apteki nocnej, potem odstawić połamańca do domu i wrócić do siebie, by kolejne 15 minut spędzić na bezskutecznym poszukiwaniu miejsca do zaparkowania w promieniu mniej niz kilometra od mojego bloku... w łózku zlądowałam w sumie dopiero przed 2-gą... a o 6-tej pobudka :mdleje:


kończyłam pracę i czekałam aż się podrukuje :lol: a do tej pory nie miałam chwili, zeby zasiąść tu z kawką i poczytać :cry: i nadal nie mam bo musze jechac z Olka na rehab... :(

Posted

AnkaG napisał(a):
A ja zaczęłam czytać ... i przerwałam bo będę ryczeć ...

Kajcia po canivitonie troszkę lepiej.


Aniu, dlaczego???


Tekla64 napisał(a):
jejku ! dobrze wyczytalam ze masz w domu polamanca???? no to szybkiego i bezproblemowego wyzdrowienia
a co do opowiesci o strzyzeniu to czekam zawziecie, najlepiej z pogladowymi zdjeciami prosze


Tekla, tak, tyle że nie w domu - z jednej strony na szczęscie bo marudny bardzo ;) z drugiej niestety, bo przez to musze grzać na drugi koniec miasta w korkach ... :shake:

co do opowieści - bez zdjęć będzie jeśli już będzie, bo jakoś nigdy nie wpadłam na to, żeby focić w trakcie, moge ewentualnie wkleić "przed" i "po" taka swoista metamorfoza by jambi ;)

Saththa napisał(a):
Ja nie popędzam tej historyjki o strzyżeniu ja poczekam :)


nio, i prawidłowo ;) cierpliwość jest cnotą :p

malawaszka napisał(a):
kończyłam pracę i czekałam aż się podrukuje :lol: a do tej pory nie miałam chwili, zeby zasiąść tu z kawką i poczytać :cry: i nadal nie mam bo musze jechac z Olka na rehab... :(


Waszko, ja biję ukłony przed Twą pracowitością... :cool3:

Posted

tak mam nadzieję, że jest choć trochę prawdy w słowach „powróci do mnie w innym futerku”

o jak, ja też w to wierzę...
Że odnajdę w moim przyszłym sznaucerze choć część cech Kreona...

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

×
×
  • Create New...