Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

  • Replies 338
  • Created
  • Last Reply

Top Posters In This Topic

Posted

ciotJurandowe...to była droga przez mękę.... jeszcze przed wyjazdem złapałam gumę...jak to blondi oczywiście w zapasie tez flak.......całe szczęście wpadł na mnie wybawca...mąż Nescci..napompował zapasik a pan wulkanizator zrobił resztę....pomyślałam sobie, że teraz to już nic się nie może stać.... o 13tej zapakowałam mamę z Bobim do auta i pojechałam po Juranda....jechała z nami tez Kasia(kaszexx) - przypadło jej zaszczytne miejsce z tyłu razem z napalonym Jurandem na kanapie....Jurek bzykał wszystko...siedzenia, podłogę, nogę Kasi...wskakiwał pod tylną szybę i pykał zagłówki a całą drogę wył arie operowe... na początku było śmiesznie ale po 100 km i kilku objazdach już nam głowy pękały....znów pomyślałam....gorzej nie będzie...pomyliłam się.... jakieś 50 km przed Wrocławiem przypomniało mi się jak mój Jarek mówił tydzień temu:"pamiętaj..wlej płynu do chłodnicy"...lepiej późno niż wcale...płyn dolałam, ale korek od zbiorniczka z płynem wypadł mi z reki w wleciał pod akumulator..30 minut próbowałyśmy go wyciągnąć....oczywiście się nie udało...a wizyta umówiona na godzinę, my na tych objazdach straciłyśmy sporo czasu.... nie miałam ani pół klucza żeby ten akumulator uwolnić.....mój chłop się na mnie darł przez telefon, że jak pojadę bez korka to on mnie zaciuka......Jurand co podleciał to bzykał mi łydkę.... nie wytrzymałam i jednak postanowiłam jechać bez korka zębami potargałyśmy stare prześcieradło na którym wożę psy....i z tych kawałków oraz starej zakrętki zmajstrowałyśmy nowy korek....wypasiony szkoda że nieszczelny....z obiema gałkami wlepionymi we wskazówkę temperatury pojechałyśmy dalej....spoko jazda...nic się nie dzieje na 10 km przed Wrockiem tak się wyluzowałam że odkleiłam oczy od tej wskazówki i się zagotowało..... no to postój....zaraz na wjeździe do miasta....korek obrzydliwy...my na poboczu, moja mama już zrezygnowana, że nie zdążymy....auto się gotuje...stałyśmy tam ponad 20 minut i czujecie że nikt się nie zatrzymał żeby pomóc...a wszyscy nas w tym korku żółwim tempem mijali....w końcu się schłodziło...wylałyśmy wszystkie butelki wody zabrane na drogę....brudna po łokcie z nowym "ulepszonym" korkiem pojechałam dalej.... na dworze ponad 20 stopni a my ogrzewanie włączone na full, żeby się fura nie grzała...Jurand wyje, my upocone jak prosiaki... w głowie wizja że jedziemy na darmo bo miałyśmy być między 16 - 18 a nawigacja pokazywała że będziemy po 18tej.... już nam zwisało to że nie będzie czym wracać do domu, byle by ta wizyta się odbyła....co chwilę ktoś na nas trąbił i pokazywał ze nam kapie spod maski...ja już wpadłam w śmiech histeryczny....na szczęście wet jeszcze był....jak nas zobaczył to zaproponował żebyśmy się wyciszyły na chwilę...hehehe..zbadał chłopaków i nie wziął ani grosza za wizytę...chyba z litości...tylko nie wiem czy się bardziej litował nad ślepymi czy nad wyglądającymi na psychiczne babami które w kółko mówiły tylko o chłodnicy... sąsiadem profesora Kiełbowicza jest mechanik który uratował nasz powrót do domu i uwolnił korek który jakimś cudem nie wyleciał i nadal leżał pod akumulatorem.... ta wycieczka trwała prawie dziesięć godzin...jak wróciłam wczoraj to już nie miałam siły pisać....

Na koniec Jurand dostał wypasiona nową smycz bo starą zjadł ledwo ruszyliśmy...

Posted

Ups... podróż pełna wrażeń i przygód... nie ma co.... I wiesz, jakoś wcale, ale to wcale Ci nie zazdroszczę...
Ja podobną, pełną przygód podróż odbyłam w 1986 roku i pamiętam ją do dziś - dokładnie i z detalami...
A co z chłopakami? Jurandem i Boboisiem?

Posted

a Teraz będzie mniej zabawnie.....ja wiem ze każdy tu czeka na super wieści...ale nie jestem w stanie takich przekazać.... nie będzie operacji...przykro mi...zaćma w obu oczkach takiej samej wielkości więc zmiany te nastąpiły jednocześnie...na pewno nie w wyniku urazu...to profesor Kiełbowicz wykluczył..... powiedział że owszem zaćma dojrzała...można zdejmować ale tam nie ma z czym szaleć pod spodem...bo Jurand zbyt długo był ślepy...do oka przez tą zaćmę nie docierało nic...żaden promyk światła, oko nie ćwiczyło...nie pracowało...spowodowało to atrofie....nieużywany organ zanika....i nie zregeneruje się..... profesor powiedział, że przecież tu ważne jest szczęście tego psiaka a nie jego krzywdzenie....po co robić mu operację pełna ogromnego bólu tylko dla samego faktu zrobienia jej....stwierdził, ze jeśli widziałby tu jakąś nadzieje to nie ma sprawy..operuje...niestety.....
pocieszające jest to , że Jurek ma juz swojego człowieka....Nescca i Lu_Gosiak sa w kontakcie z panią która jest zainteresowana adopcja, wszystko jest na dobrej drodze....Chłopak będzie kochany mimo swojej ślepoty...a wierzcie mi..obserwując Bobiego który jest u mnie już pół roku (i chyba to będzie jego dożywotni bdt:) wiem ze ślepy piesek moze korzystać z życia i nie jest to dla niego taka strata jak dla człowieka...jeśli na wstępie ma odpowiedniego przewodnika to szybciutko pozna otoczenie i będzie śmigać jak widzący psiaczek.....

jak postawiłysmy Juranda na stół to Profesor się spytał ile miesięcy ma ten szczeniaczek...heheheh...dopiero jak się lepiej przyjżał to złapał sie za głowe...to fryzura Juranda i jego narwany temperament czyni go młodzieniaszkiem:)

za 3 dni można już chłopaka kastrować, umówimy go na niedługi termin....
dostał receptę od profesora: ma kropelki do oczków i maść w celu złagodzenia stanu zapalnego ...profesor kazał obserwować Juranda czy w ciągu dnia źrenice kurczą się czy pozostają w takim samym stanie...bo w gabinecie nie można było tego zbadać , podobno jak pies się ekscytuje to możliwe jest nie zwężanie się źrenic...a Jurand był podekscytowany na maxa.... ale po co profesorowi ta wiedza ....nie oświecił nas, był w tej kwestii tajemniczy, może więc nas czymś jeszcze zaskoczy....

Posted

Sarunia-Niunia napisał(a):
Ups... podróż pełna wrażeń i przygód... nie ma co.... I wiesz, jakoś wcale, ale to wcale Ci nie zazdroszczę...
Ja podobną, pełną przygód podróż odbyłam w 1986 roku i pamiętam ją do dziś - dokładnie i z detalami...
A co z chłopakami? Jurandem i Boboisiem?


o Bobim napisałam u Bobiego:)...tez się tam pożaliłam moją wycieczka:)

Posted

Sarunia-Niunia napisał(a):
No, więc Jurand nie widzi, za to nadrabia to swoim szalonym temperamentem!!!
Coś za coś!!! Niech chłopak będzie szczęśliwy w swoim świecie!!!


żałuje że go nie nagrałam..on nam śpiewał całą drogę...to nie było zwykłe wycie ale jakby nucił piosenkę...hehehe...zasnął dopiero w drodze powrotnej jak byłyśmy 20 km od dt... ale po 5 minutach się obudził i dalej nucił:)

Posted

niewidomy pies świetnie sobie radzi , miałam ślepego psa wiele lat i trzeba tylko było uważać żeby nie przestawiać zbyt często np mebli , bo uczył się od nowa ,przy schodzeniu po schodach pilnował go drugi pies , na tarasie to samo , choć były pełne barierki , ale i tak go pilnował żeby nie podchodził za blisko końca tarasu...
jeśli źrenice się kurczą tzn, że oko pracuje i jest szansa na choć częściowe odzyskanie wzroku po zdjęciu zaćmy

Posted

[quote name='lilk_a']niewidomy pies świetnie sobie radzi , miałam ślepego psa wiele lat i trzeba tylko było uważać żeby nie przestawiać zbyt często np mebli , bo uczył się od nowa ,przy schodzeniu po schodach pilnował go drugi pies , na tarasie to samo , choć były pełne barierki , ale i tak go pilnował żeby nie podchodził za blisko końca tarasu...
jeśli źrenice się kurczą tzn, że oko pracuje i jest szansa na choć częściowe odzyskanie wzroku po zdjęciu zaćmy[/QUOTE]

tak właśnie się domyślałam.....profesor wolał nam nie robić nadziei zanim tego nie sprawdzi...

Posted

[quote name='danavas']ciotJurandowe...to była droga przez mękę.... jeszcze przed wyjazdem złapałam gumę...jak to blondi oczywiście w zapasie tez flak.......całe szczęście wpadł na mnie wybawca...mąż Nescci..napompował zapasik a pan wulkanizator zrobił resztę....pomyślałam sobie, że teraz to już nic się nie może stać.... o 13tej zapakowałam mamę z Bobim do auta i pojechałam po Juranda....jechała z nami tez Kasia(kaszexx) - przypadło jej zaszczytne miejsce z tyłu razem z napalonym Jurandem na kanapie....Jurek bzykał wszystko...siedzenia, podłogę, nogę Kasi...wskakiwał pod tylną szybę i pykał zagłówki a całą drogę wył arie operowe... na początku było śmiesznie ale po 100 km i kilku objazdach już nam głowy pękały....znów pomyślałam....gorzej nie będzie...pomyliłam się.... jakieś 50 km przed Wrocławiem przypomniało mi się jak mój Jarek mówił tydzień temu:"pamiętaj..wlej płynu do chłodnicy"...lepiej późno niż wcale...płyn dolałam, ale korek od zbiorniczka z płynem wypadł mi z reki w wleciał pod akumulator..30 minut próbowałyśmy go wyciągnąć....oczywiście się nie udało...a wizyta umówiona na godzinę, my na tych objazdach straciłyśmy sporo czasu.... nie miałam ani pół klucza żeby ten akumulator uwolnić.....mój chłop się na mnie darł przez telefon, że jak pojadę bez korka to on mnie zaciuka......Jurand co podleciał to bzykał mi łydkę.... nie wytrzymałam i jednak postanowiłam jechać bez korka zębami potargałyśmy stare prześcieradło na którym wożę psy....i z tych kawałków oraz starej zakrętki zmajstrowałyśmy nowy korek....wypasiony szkoda że nieszczelny....z obiema gałkami wlepionymi we wskazówkę temperatury pojechałyśmy dalej....spoko jazda...nic się nie dzieje na 10 km przed Wrockiem tak się wyluzowałam że odkleiłam oczy od tej wskazówki i się zagotowało..... no to postój....zaraz na wjeździe do miasta....korek obrzydliwy...my na poboczu, moja mama już zrezygnowana, że nie zdążymy....auto się gotuje...stałyśmy tam ponad 20 minut i czujecie że nikt się nie zatrzymał żeby pomóc...a wszyscy nas w tym korku żółwim tempem mijali....w końcu się schłodziło...wylałyśmy wszystkie butelki wody zabrane na drogę....brudna po łokcie z nowym "ulepszonym" korkiem pojechałam dalej.... na dworze ponad 20 stopni a my ogrzewanie włączone na full, żeby się fura nie grzała...Jurand wyje, my upocone jak prosiaki... w głowie wizja że jedziemy na darmo bo miałyśmy być między 16 - 18 a nawigacja pokazywała że będziemy po 18tej.... już nam zwisało to że nie będzie czym wracać do domu, byle by ta wizyta się odbyła....co chwilę ktoś na nas trąbił i pokazywał ze nam kapie spod maski...ja już wpadłam w śmiech histeryczny....na szczęście wet jeszcze był....jak nas zobaczył to zaproponował żebyśmy się wyciszyły na chwilę...hehehe..zbadał chłopaków i nie wziął ani grosza za wizytę...chyba z litości...tylko nie wiem czy się bardziej litował nad ślepymi czy nad wyglądającymi na psychiczne babami które w kółko mówiły tylko o chłodnicy... sąsiadem profesora Kiełbowicza jest mechanik który uratował nasz powrót do domu i uwolnił korek który jakimś cudem nie wyleciał i nadal leżał pod akumulatorem.... ta wycieczka trwała prawie dziesięć godzin...jak wróciłam wczoraj to już nie miałam siły pisać....

Na koniec Jurand dostał wypasiona nową smycz bo starą zjadł ledwo ruszyliśmy...[/QUOTE]

kiedys miałam adres do Joanny Chmielewskiej.
Moze wysłac jej to?
Chyba kupiłaby ten opis, jeśli wczesniej nie padłby ze śmiechu

Poczekajmy z wszelkimi krokami do wyjasnienia tajemnicy Profesora (brzmi jak tytuł książki)

Posted

Danavas - miałaś wycieczkę, której Ci wcale nie zazdroszczę.

A co do postoju, to mój mąż miał kilka lat temu wypadek i nikt się nie zatrzymał. Polska rzeczywistość....

A co do Juranda, to jest mi bardzo przykro, ze nie można operować jego oczek. Miałam taką wilką nadzieję, ze teraz, kiedy jest na wolności, ma wspaniałą opiekę i ludzi, którzy zaraz go zabiorą do siebie - będzie mógł po prostu zobaczyć to wszystko co przez lata było dla niego tylko zagadką, niewiadomym.

Szkoda, ze taka jest decyzja profesora, i że nie można mu przywrócić wzroku.

Ale cieszę się, ze domek jest blisko!

Posted

[quote name='MALWA']Ja zaglądam raz po raz.

Inni pewnie też, tyle że są w ukryciu....[/QUOTE]

dokładnie ;) np. ja :D

Ja to sie cieszę że mały ma dom, bardzo szkoda że nie widzi ale co tam, kochają go takiego jakim jest a on żyje pełnią życia, śpiewa, bryka i bzyka czegusz chcieć więcej ? :D

Posted

Jestem i ja u Jurandka.Podróż miałyście,mało powiedziane,koszmarrrrrrrrną!A wiadomości o oczkach Juranda..no cóż każdy z nas miał przecież cichą nadzieję...Ale skoro wiadomo już co i jak,to tylko teraz cieszyć się z nowego domku,w którym Jurandzik na pewno na nowo się odnajdzie i będzie szczęśliwy!

Posted

niestety u Juranda operacji nie bedzie:(..nie bedziemy na Nim eksperymentowac ...bardzo dobrze sobie radzi, szkoda, ze nie mozemy przywrócic Mu wzroku, ale najwazniejsze, ze jest kochany i On na pewno to czuje:)
teraz jeszcze ma leczony ten stan zapalny oczka - juz jest poprawa
jak nie bedzie zadnych nowych niespodzianek to w przyszlym tygodniu bedzie kastrowany

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


×
×
  • Create New...