coronaaj Posted August 31, 2010 Posted August 31, 2010 protzlav napisał(a):leonardo - jestem z Tobą ... <D.> Trzymaj sie dzielnie Leonardo....ja tez przez to przeszlam jak odszedl ukochany Baxi w 2008, Laura tez jak odszedl Bursztynek.... Quote
Igiełka Posted September 1, 2010 Posted September 1, 2010 [B][COLOR=black]Leonardo u Ciebie sunia miała wspaniałą opiekę i dostała więcej miłości niż przez całe swoje życie[/COLOR][/B] [B]Żegnaj Dafne- biegaj po zielonych łąkach za TM[/B] Quote
leonarda Posted September 1, 2010 Posted September 1, 2010 Jak będę w stanie, to jeszcze o Dafne napiszę. Na razie wciąż myślę, co zrobiłam źle. Nie mogę oglądać jej zdjęć. Nawet mój mąż zdążył ją pokochać i płakał po niej. Już pod koniec pierwszego dnia wiedzieliśmy, że zostanie na zawsze. Nie została. Quote
leonarda Posted September 1, 2010 Posted September 1, 2010 Kopiuję z naszego, katowickiego wątku, dla Waszej informacji: Miałam o tym nie pisać, bo po co. Ale teraz zobaczyłam, że jotka wspomniala... tak, zawsze będę myślała, że wszystko zrobiłam źle. Była propozycja, by zawieźć Dafne do kliniki w Warszawie. Że tam zrobią cuda. Ale to było drugiego dnia. Tego jej ostatniego dnia. Chciałam z nią pojechać. Ale tak bardzo wymiotowała na każdym zakręcie samochodem. Była taka wycieńczona. Głowa opadała jej w dół. I tak bardzo próbowała nie leżeć w tych wymiocinach, które właściwie były tylko wodą. Próbowała się podnosić, ale nie miała na to siły. Nie miałam sumienia fundować jej kilkugodzinnej, takiej podróży. Była konsultowana u trzech weterynarzy, w dwóch klinikach i u Szymańskich - tam telefonicznie, na podstawie badań. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że dopóki nie zostanie odtruta, nie można jej zrobić więcej badań ze względu na jej stan - niw wytrzyma. A i tak, jakiekolwiek będą inne wyniki - na razie nie ma innego leczenia. Więc nie pojechałam. W tej klinice w W-wie byłaby sama. Tego dnia nie miał jej kto odebrać nawet. Lekarz mi powiedział - nikt nie będzie siedział przy psie non stop. I ta podróż.. Chciałam z nią pojechać, gdy odrobinę dojdzie do siebie. Przyjechała do mnie trochę chodząc. Następnego dnia mogłam ją już tylko nosić. Byłam u lekarzy, którzy uratowali z podobnego stanu mojego psa. Potem u dr Czogałówny - właściwie stwierdziła podobnie, jak tamci. To były dwa dni. Tylko dwa dni. Nie chodziło o pieniądze, o czas, o nic. Gdyby ktoś mi powiedział, co mogę zrobić, zrobiłabym to. Ale nie zawiozłam jej do tej Warszawy, fakt. Bałam się o nią. A może powinnam była, mimo wszystko. Gdyby tam umarła, nie darowałabym sobie, że naraziłam ją na taką trudną dla niej podróż. Umarła tu - i nie mogę sobie darować, że jednak nie zaryzykowałam. Ale nikt z weterynarzy, których pytałam, nie powiedział, że na jej stan dodatkowe badania coś pomogą. Może po prostu było za późno. Kiedy wracałam po odwiezieniu Dafne do kremacji, dostałam telefon. Że nie posłuchałam, że trzeba było jechać. Że to przeze mnie. I - szczerze mówiąc - już zawsze będę myśleć, że może tak właśnie było. Quote
Iljova Posted September 2, 2010 Posted September 2, 2010 Ale dla mnie to nie tak nie można się obwiniać, że nie pojechało się gdzieś daleko, bo przecież w takim stanie jak była Dafne mogła nie przeżyć samej podróży nawet. Moim zdaniem zrobione zostało wszystko żeby ja uratować. Uważam, że to była słuszna decyzja, przynajmniej kiedy odchodziła była szczęśliwa, że jest przy niej ktoś kto ja bardzo kochał, odchodziła w DOMU i to było dla niej ważne. Leonardo ból pozostaje on nigdy nie znika, ale z czasem nauczysz się go akceptować. Dafne miała w końcu to czego potrzebowała najbardziej MIŁOŚĆ I CIEPŁY DOM, TO TY TY I TWÓJ MĄŻ DALIŚCIE JEJ TO WSZYSTKO. Quote
__Lara Posted September 2, 2010 Author Posted September 2, 2010 [B]leonardo kochana, nie możesz tak myśleć. Zrobiłaś wszystko dla tej suni, decyzję o niejechaniu podjęłaś rozsądnie, ten psiak mógł tego nie przeżyć :( i dodatkowo cierpieć. Byłaś i jesteś bardzo dzielna! [/B] Quote
maciaszek Posted September 2, 2010 Posted September 2, 2010 Do tego, co napisałam na wątku katowickim dodam jeszcze to: życzę Ci, żebyś poukładała to wszystko w swojej głowie, żebyś nauczyła się o całej tej sprawie myśleć w kategoriach "jak to dobrze, że wzięłam Dafne, dzięki temu mogła odejść godnie i blisko człowieka", a nie "co mogłam jeszcze zrobić i dlaczego tego nie zrobiłam". Wiem, że to cholernie trudne, że wątpliwości są i będą, ale życzę Ci, żeby nie wyściubiały nosa na światło dzienne zbyt często, a ich miejsce powoli zaczęły zajmować ciepłe i uśmiechnięte wspomnienia o Dafne. Quote
Iljova Posted September 2, 2010 Posted September 2, 2010 Zgadzam się z maciaszek, słusznie napisane. Quote
leonarda Posted September 2, 2010 Posted September 2, 2010 Spróbuję poukładać. Dostałam też wiadomość i myślę, że słowa, o których pisałam, były rzucone w emocjach, w żalu po śmierci Dafne. Trafiły mocno, ale mogę zrozumieć, że taka wiadomość mogła je wywołać. To już nieważne. Chciałabym wierzyć, że Dafne naprawdę gdzieś biega, wesoła, po łąkach. Albo śpi z głową na czyjejś ręce. Tak robiła tutaj. Była nieprawdopodobnie uważna, grzeczna i mądra, przy tym całym smutku i chorobie. I póki jeszcze miała siłę, machała ogonem. Pewnie już o tym pisałam, ale tak mam to ciągle przed oczami. Quote
maciaszek Posted September 2, 2010 Posted September 2, 2010 [quote name='leonarda']I póki jeszcze miała siłę, machała ogonem. Pewnie już o tym pisałam, ale tak mam to ciągle przed oczami.[/QUOTE]Rozumiem Cię. Ja do dziś pamiętam (a minęło już prawie 7 lat) jak cieszył się na mój widok jamnik rodziców. Siedział w samochodzie z tatą, a ja i mama byłyśmy u wetki (nota bene dr Czogałówny). I kiedy przyszłam, żeby go zabrać do uśpienia on mnie powitał, jakby mnie z rok nie widział, choć już ledwie się ruszał... :(. Ucieszył się, a ja zabrałam go na śmierć. I choć wiem, że tak dla niego było lepiej to jakoś do dziś nie mogę się z tego "otrząsnąć". Quote
Iljova Posted September 2, 2010 Posted September 2, 2010 To zawsze jest bardzo bolesne, ale ból jest częścią naszego życia i trzeba próbować go zaakceptować i nauczyć się z nim żyć dalej dla innych ludzi i zwierząt. Czasami nie ma wyjścia i trzeba podjąć ostateczna bardzo trudną decyzję. Quote
coronaaj Posted September 2, 2010 Posted September 2, 2010 [quote name='__Lara'][B]leonardo kochana, nie możesz tak myśleć. Zrobiłaś wszystko dla tej suni, decyzję o niejechaniu podjęłaś rozsądnie, ten psiak mógł tego nie przeżyć :( i dodatkowo cierpieć. Byłaś i jesteś bardzo dzielna! [/B][/QUOTE] Laura ma racje, zrobilas wszystko co w Twojej mocy, a podroz psa w takim stanie do W-wy...to nie wiem ja bym postapila jak TY!!! Najlepszym lekarstwem jest inny psiak co potrzebuje Twojej pomocy....Zulus zaleczy ci rany ale zawsze o Dafni bedziesz pamietac...ja mam Baxiego w domu w malej urnie z Jego zdjeciem...takze wrocil do domku....stoi na barze z fotografia psa mojej przyjaciolki tez za TM....maz od czasu do czasu do Baxiego gada jak przechodzi kolo barku.... Quote
SiostraLeonardy Posted September 3, 2010 Posted September 3, 2010 [quote name='leonarda']Kopiuję z naszego, katowickiego wątku, dla Waszej informacji: Miałam o tym nie pisać, bo po co. Ale teraz zobaczyłam, że jotka wspomniala... tak, zawsze będę myślała, że wszystko zrobiłam źle. Była propozycja, by zawieźć Dafne do kliniki w Warszawie. Że tam zrobią cuda. Ale to było drugiego dnia. Tego jej ostatniego dnia. Chciałam z nią pojechać. Ale tak bardzo wymiotowała na każdym zakręcie samochodem. Była taka wycieńczona. Głowa opadała jej w dół. I tak bardzo próbowała nie leżeć w tych wymiocinach, które właściwie były tylko wodą. Próbowała się podnosić, ale nie miała na to siły. Nie miałam sumienia fundować jej kilkugodzinnej, takiej podróży. Była konsultowana u trzech weterynarzy, w dwóch klinikach i u Szymańskich - tam telefonicznie, na podstawie badań. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że dopóki nie zostanie odtruta, nie można jej zrobić więcej badań ze względu na jej stan - niw wytrzyma. A i tak, jakiekolwiek będą inne wyniki - na razie nie ma innego leczenia. Więc nie pojechałam. W tej klinice w W-wie byłaby sama. Tego dnia nie miał jej kto odebrać nawet. Lekarz mi powiedział - nikt nie będzie siedział przy psie non stop. I ta podróż.. Chciałam z nią pojechać, gdy odrobinę dojdzie do siebie. Przyjechała do mnie trochę chodząc. Następnego dnia mogłam ją już tylko nosić. Byłam u lekarzy, którzy uratowali z podobnego stanu mojego psa. Potem u dr Czogałówny - właściwie stwierdziła podobnie, jak tamci. To były dwa dni. Tylko dwa dni. Nie chodziło o pieniądze, o czas, o nic. Gdyby ktoś mi powiedział, co mogę zrobić, zrobiłabym to. Ale nie zawiozłam jej do tej Warszawy, fakt. Bałam się o nią. A może powinnam była, mimo wszystko. Gdyby tam umarła, nie darowałabym sobie, że naraziłam ją na taką trudną dla niej podróż. Umarła tu - i nie mogę sobie darować, że jednak nie zaryzykowałam. Ale nikt z weterynarzy, których pytałam, nie powiedział, że na jej stan dodatkowe badania coś pomogą. Może po prostu było za późno. Kiedy wracałam po odwiezieniu Dafne do kremacji, dostałam telefon. Że nie posłuchałam, że trzeba było jechać. Że to przeze mnie. I - szczerze mówiąc - już zawsze będę myśleć, że może tak właśnie było.[/QUOTE] No musze sie wtrącić. Ten kto wykonał telefon był jak widać bardzo słabo zorientowany w stanie zdrowia Dafne. Wiem z doświadczenia jak wygląda i zachowuje sie pies który odchodzi. Przezyłam to na własnej skórze. I wtedy w nocy próbowałam jej wytłumaczyć że zawiezienie Dafne do lekarza już nic nie da że nawet na cud jest za późno..... Leonarda jednak musiała zrobić wszystko co możliwe. Dlatego oburzające są zarzuty że w Warszawie odbyłby sie jakiś cudowny rytuał uzdrawiania. Myślę że takie przypadki jak Dafne są im potrzrebne do celów czysto badawczych i poznawania skutków jakie niesie dla organizmu psa takie zatrucie. Ale pewnie się zgodzicie że dobro psa powinno być na pierwszym miejscu. Kiedy zabierali ją do sali pod ten tlenowy namiot jej spojrzenie mówiło wszystko..... i nie było w nim ani strachu ani rozpaczy. Dlatego Iza żadnych wyrzutów sumienia czy też poczucia że czegoś nie zrobiłaś byłam tam z Tobą i wiem ile Cie to kosztowało emocjonalnie. To tyle Quote
Iljova Posted September 3, 2010 Posted September 3, 2010 Tak bardzo bym chciała odpędzić od Ciebie Leonardo te myśli, ale nie wiem jak. Nie myśl już o tym głupim i chorym telefonie. Myśl o Dafne, jakie były jej chwile przy Tobie, jaka była szczęśliwa i że też Cię kochała tak jak Ty ją. Pamiętaj ją właśnie taką. Niech trochę ulgi przyniesie Ci świadomość że teraz jest już wolna od bólu i cierpienia, że jest spokojna w kolorowej krainie radości! Pamiętaj też o tym że wszyscy (chyba mogę wypowiedzieć się w imieniu pozostałych osób i nie będą miały mi tego za złe), którzy tutaj są są Ci ogromnie wdzięczni za wszystko co zrobiłaś dla Dafne i za to co Jej ofiarowałaś. To wszystko jest bezcenne! Quote
Igiełka Posted September 3, 2010 Posted September 3, 2010 [COLOR=black]Podobnie myślę co pozostałe Cioteczki w tym wszystkim Leonardo nie ma rzadnej Twojej winy.[/COLOR] Quote
coronaaj Posted November 1, 2010 Posted November 1, 2010 [quote name='Igiełka']Podobnie myślę co pozostałe Cioteczki w tym wszystkim Leonardo nie ma rzadnej Twojej winy. Ja tez...Dafne biegaj szczesliwa za TM.... Quote
Izabela124. Posted November 1, 2010 Posted November 1, 2010 Dafne ['][']['] Pies jest cnotą, która nie mogła zostać człowiekiem.. Quote
Igiełka Posted November 2, 2010 Posted November 2, 2010 Dafne biega szczęśliwa za TM. Izabela piękne i prawdziwe zdanie Quote
Iljova Posted November 6, 2010 Posted November 6, 2010 Pamiętam ciągle o Dafne i o Tobie Leonardo, o tym jak wiele dla niej zrobiłaś. Teraz już bez cierpienia i bólu biega sobie beztrosko za TM. Czas tak szybko mija dopiero w tych dniach dotarło do mnie, że minęły 2 miesiące od odejścia Dafne, a ja czułam jakby to było niedawno, kilka najwyżej kilkanaście dni temu. Każdego dnia pamiętam o wszystkich tych psiakach które poznałam wirtualnie i które odeszły. ** ** ** ** ** ** ** ** ** ** Nie mogłam być wcześniej bo nie mam netu, teraz korzystam na chwilę u znajomych. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.