Kasie Posted April 15, 2008 Author Posted April 15, 2008 Jestem spokojna i smutna. Tak trzeba było. Ale takie decyzje są zawsze trudne. Gdy Hefren do nas przyjechał, przywiozłam go z mężem Camary, gdy mój tata zobaczył go pierwszy raz to powiedział ze ten pies długo nie pożyje. Pomylił się. Spędził z nami prawie półtora roku. Był chory, kaleki. Nigdy dobrze nie chodził, nie słyszał. Os samego początku wczuł się w nasz dom. Spodobał mu się ogród, uwielbiał trawę, polubił te kilka kur. Zawsze śmialiśmy sie że Hefren siedzi z kurami. Przywłaszczył sobie kuchnie na parterze której dzielnie bronił. Lubił drzewka w ogrodzie. Nie mógł ich posikiwać ale mógł pod nimi leżeć. Nie był psem przytulanką. Lubił być głaskany, czesany. Ale był psim indywidualistą. Tak jak kaukazy. Można stać dwa metry od niego i nie podchodził. Po co? To nie był mój pies. To był pies rodziców. Zwłaszcza taty. On mówił do niego: Widzisz Hefren, i Ty i ja obaj jesteśmy kulawi. Siedzieli razem w ogrodzie. To tata wypuszczał go do ogrodu, to głównie tata go karmił. Jak Hefren go widział, wystarczył ruch głowy taty i on szedł za nim, jakby rozumieli się bez słów. Mama była tą od interesujących kieszeni ze smakusiami. Oj, tego to on się bardzo szybko nauczył ;) Mnie tolerował, znał, poznawał. Ale byłam dla niego obojętna. Jako ta od mordowania: coś do uszu wlewałam, ciągłam za sierść, jak były jakieś ranki to polewałam czymś szczypiącym, zawsze coś dziwnego robiłam. Czasami słyszałam, ze ten pies się męczy, tak ludzie mówili. Bo nie może chodzić, bo sie czołga. Tak, to prawda. Ale patrzyłam na jego oczy: ciągle zainteresowane, ciągle czegoś szukające. I rozmawiałam z rodzicami. Na pytanie co z Hefrenem mówili że jest ok. Od jakiś dwóch tygodni było gorzej. Osłabł. Udawałam ze tego nie widzę. Nie słyszę. Wiedziałam. Ale nie chciałam. Wróciłam wczoraj rano do domu. Pytam jak z Hefrenem. Ale nie usłyszałam odpowiedzi. Rodzice spuścili głowy. To był ten moment... Hefren kilka dni temu wyszedł do ogrodu. I już nie wrócił do domu. Położył sie w kąciku. Bywały już takie sytuacje, ale wtenczas ładowaliśmy go na koc i przenosiliśmy na noc do jego kuchni. Rano zawsze sam wychodził, to były chwilowe niedyspozycje. Tym razem było inaczej. Nie pozwalał sie dotknąć. Był słaby ale próbował łapać nas za ręce. Bolało go... Załatwiał sie pod siebie leząc... Rodzice zrobili wokół niego parawan w ogrodzie zeby nie wiało, przykrywali go, zmieniali szmaty pod nim. Ale... Jeszcze w niedziele jadł. Wczoraj juz nawet smakusiów nie chciał... Poprosiłam Anie o pomoc. Przyjechała wczoraj wieczorem. Popatrzyła na niego i powiedziała że ja muszę podjać dezyzje. Wiedziałam jaka będzie. On już na nas nie patrzył, po prostu sobie lezał z zamglonymi oczami. Głaskałam go i drapałam za uchem, gdy Ania dała mu zastrzyk. Tata też stał przy nim. Zasypiał powoli... Gdy już głęboko spał, Ania poprosiła mnie abym poszła do domu. Został przy nim tata i Ona. Pomogli mu odejść. Tak trzeba było. Jest mi smutno. Ale i lekko. Hefren już się nie męczy, miał godny ostatni okres zycia, nie był psem niczyim, był nasz. I to jest najważniejsze. Dziękuje Wam wszystkim za wszelką pomoc przez cały czas gdy Hefren BYŁ Z NAMI. Quote
mar.gajko Posted April 15, 2008 Posted April 15, 2008 Każdy stary, samotny porzucony pies marzy o tym co przytrafiło się Hefrenowi. Nie odchodził sam. W brudzie, samotności. Był kochany, zadbany. Kasiu trzymaj się. Hefren ['] pozdrów moja Janusię i Sabcię i Lenkę... Quote
anula1959 Posted April 15, 2008 Posted April 15, 2008 Kasieńko , za wszystko co Ty i Twoi rodzice zrobiliście dla Hefrenika serdecznie Wam dziękuję , jesteście po prostu dobrymi ludźmi.........:glaszcze: Hefrenku [*] Quote
kinga Posted April 15, 2008 Posted April 15, 2008 Kasiu, pięknie o nim napisałaś. jeśli nawet nie był z szacunkiem traktowany za życia, odzyskał tę godność na starość... miał najpiękniejszą starość, jaką może mieć pies - po pieskim życiu marzy mi się, aby te "moje", ukochane starsze ze schroniska - mogły odchodzić podobnie. Moze choć paru się uda... Quote
KWL Posted April 15, 2008 Posted April 15, 2008 To chyba największa sztuka, pozwolić godnie odejść. Przywrócić godność staremu psu. Pozwolić mu się cieszyć. Żegnaj Hefren. Quote
Guest Elżbieta481 Posted April 15, 2008 Posted April 15, 2008 To wielka sprawa,pozwolić ukochanemu zwierzęciu godnie odejść.Tak do nas mówił weterynarz gdy żegnalismy Mela.Powiedział ,,mądry człowiek wie kiedy pożegnac trzeba przyjaciela,,Dzięki Wam stary pies odszedł godnie,pozostawiając zbolałe ludzkie serca.Wiem jaka to trudna decyzja,dziekuję każdemu kto zrozumiał mądrośc takich decyzji,każdemu kto nie przez egoizm skrócił cierpienia. Bardzo mocno przytulam do serca. Elżbieta Quote
black_cat Posted April 15, 2008 Posted April 15, 2008 Tak bardzo mi go żal, mimo że sie juz nie męczy :( tak mi go szkoda, nieszczęśliwe życie miał, dobrze ze na koniec znalazł prawdziwych przyjaciół. :( czytam i rycze, Hefrenku mam nadzieje ze juz ciebie nic nie boli :( Quote
PaulinaT Posted April 16, 2008 Posted April 16, 2008 Nadszedł jego czas. A Ty Kasiu podjęłaś jedyną słuszną decyzję. Przytulam. Hefren (*) Quote
Bunia1 Posted April 16, 2008 Posted April 16, 2008 Kasiu sercem jestem z Wami. Herfenku biegaj szczęśliwy tam gdzie nie ma starości ani bólu. Kiedy przyjdzie czas na Daresa-Bunia ( a niestety zbliża się nieubłaganie) mam nadzieję, że zaopiekujesz sie nim. Kasiu mocno mocno ściskam. Quote
Kasie Posted April 17, 2008 Author Posted April 17, 2008 Miło wiedzieć ze pamiętacie... Nadsłu****e go: czy może nie szczeka tak bezgłośnie na dole. Wyglądam przez okno w swoim pokoju czy może on już nie wyszedł do ogrodu? Tak mimowolnie. :-( Quote
Kasie Posted April 17, 2008 Author Posted April 17, 2008 Ryszard Tober Historia, którą pies opowiedział ostu. Schronisko to znajdowało się na obrzeżach miasta. Nie należało może do największych, nie mniej jednak było jedynym w okolicy. Dojechać tam samochodem było trudno, gdyż od strony ulicy było niewidoczne, a samego dojazdu trzeba było szukać w bardzo gęsto porośniętej krzakami „ścianie” zieleni po prawej stronie. Raz w tygodniu wyjeżdżał stamtąd samochód z okratowanymi oknami, w którym siedziało dwóch mężczyzn, ubranych w bladozielone kombinezony. Samochód wracał po kilku godzinach wypełniony zwierzętami, które błąkając się samotnie po mieście, były wyłapywane przez mężczyzn w zielonych kombinezonach. Potem zamykano je w osobnych klatkach. Niewielkich tak, aby mogły zrobić tylko kilka kroków ewentualnie pospacerować sobie w kółko, gdyby potrzebowały ruchu. Ale czym może być taka klatka dla zwierzęcia, które jest przyzwyczajone do wolności i wolnej przestrzeni? Pewnego razu samochód powrócił z cotygodniowej wyprawy z miasta. W schronisku rozległo się szczekanie psów. Ujadały już na sam widok samochodu. Wiedziały, że znowu przywieziono nową „dostawę”. Pracownicy wypakowali niewielkie klatki, w których transportowano zwierzęta, a następnie zwierzęta zostały przeniesione do nowych „domów”. Jednym ze zwierząt był stary pies. Trudno było by zakwalifikować go do jakiejkolwiek rasy. Był to prawdopodobnie mieszaniec owczarka niemieckiego z wyżłem. Jako jedyny zachowywał się spokojnie. Był stary, co widać było po nim, i totalnie zrezygnowany. Sprawiał wrażenie jakby widział już na świecie bardzo wiele i nic nie było by w stanie go zaskoczyć. A może po prostu nie chciało mu się nawet żyć i było mu obojętne, co z nim zrobią. Został umieszczony w klatce sąsiadującej z ogrodzeniem schroniska tam, gdzie nie było w ogóle żadnych „lokatorów” w sąsiedztwie. Tuż za ścianką jego nowego mieszkania rósł oset. Przez całe dnie pies leżał przy tej właśnie ścianie i smutnym wzrokiem patrzył na roślinę. Wyglądało to tak jak gdyby rozmawiali ze sobą, tego jednak nikt nie mógł stwierdzić. Oset kołysał się leniwie na wietrze i nachylał się w kierunku klatki z psem. On również był już stary. Rósł tam już ładnych parę lat. Polubił swojego nowego sąsiada. Tak więc kwitła przyjaźń pomiędzy psem i ostem. Pewnego dnia pies zaczął z nim rozmawiać. Nie mogli się co prawda porozumieć w żadnym języku. Pies mówił po psiemu, a oset odpowiadał mu delikatnym szumem swoich kolców na wietrze, jednak uznał, że jeśli się przed kimś wygada, ulży mu na duszy. Była to opowieść smutna, a opowiadała o całym swoim życiu do momentu, kiedy znalazł się w schronisku. „Wiem, że mnie słyszysz. Rozumiem, że nie możesz mi odpowiedzieć, a może możesz tylko ja ciebie nie rozumiem. Kiedy byłem mały pewien człowiek przyniósł mnie do swojego domu. Nie pamiętam niestety moich rodziców. Człowiek ten miał żonę i syna, który był jedynakiem. Nie wiem, czemu nie mieli więcej dzieci. Być może zbyt byli zapatrzeni w swojego potomka, który wydawać by się mogło był dla nich całym ich życiem. Spełniali wszystkie jego zachcianki. Zawsze dostawał to czego chciał. Ja byłem jedną z jego zachcianek. Chciał mieć psa, więc jego ojciec wystarał się o psa. Pamiętam jak się z nim bawiłem piłką, a potem, kiedy byłem większy chodził ze mną na spacery. Najbardziej lubiłem te jesienne, długie wycieczki do parku, albo na łąkę za miastem, tuż koło lasu. Biegałem po suchych liściach w promieniach jesiennego słońca. Ja też go kochałem i być może to właśnie ta miłość mnie zaślepiła do tego stopnia, że nie zauważałem rzeczy oczywistych dla innych. Chłopak rósł szybko, zmężniał nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem się starzeć. Wtedy być może po raz pierwszy przejrzałem na oczy. Mój pan nie traktował mnie już tak jak kiedyś przestał się mną interesować, już nie wyprowadzał mnie na spacery. Od czasu kiedy zaczęli przychodzić do niego inni chłopcy w jego wieku nie miał już dla mnie czasu. Owszem dostawałem jeść, ale miska, w której dostawałem jedzenie, nie była już myta, a ta, w której była woda po prostu stała sobie. A jeśli już przypomniał sobie, że chce mi się pić, wlewał mi jakiegoś zatęchłego płynu, który kiedyś być może był wodą. Wcześniej spałem tuż przy jego łóżku, ale i tam przestał mnie wpuszczać. Znalazłem sobie miejsce na wycieraczce przy drzwiach. Ciągle miałem nadzieję, że kiedy przyjdzie ze szkoły pogłaszcze mnie po łbie i wyprowadzi na spacer. Na próżno. To był jednak dopiero początek ciężkich dni, które nadchodziły. Wraz z kolegami zaczął znajdować jakąś dziwną dla mnie przyjemność w znęcaniu się nade mną. Jego rodzice nie reagowali na to. Nadal byli zapatrzeni w swoją „latorośl”. Czasami, kiedy wracał ze szkoły i łasiłem się do niego, żeby chociaż trochę mnie pogłaskał kopał mnie w bok, kiedyś złamał mi nawet żebro i miałem trudności z poruszaniem się. Zrosło się, co prawda, ale jeszcze od czasu do czasu, kiedy biegnę i zmęczę się dokucza mi ból. Pewnego razu wrócił do domu i jak co dzień podszedłem z pokorną miną do niego aby mnie pogłaskał. Zrobił to. Myślałem, że oszaleję ze szczęścia. Potem zabrał mnie na spacer. Szedł wraz z kolegami. Rozmawiali o czymś szeptem, było to chyba coś wesołego, bo co chwila wybuchali śmiechem. Potem jednak zrozumiałem, o co im chodziło. Dowiązali mi do ogona sznurek, a na jego drugim końcu, umieścili kilka puszek. Kiedy się ruszyłem usłyszałem za sobą hałas. Zacząłem biec. Hałas mnie nie opuszczał, cały czas mnie gonił i słyszałem jeszcze oddalające się ode mnie salwy śmiechu. Nie wiem jak długo biegłem. W końcu jednak zgubiłem gdzieś sznurek dowiązany do mojego ogona, ale byłem wyczerpany. W końcu jestem już stary. Wiedziałem, że się zgubiłem i nie znajdę drogi do domu. Położyłem się spać pod najbliższym drzewem. Musiałem odpocząć. Przez kilka dni błąkałem się po mieście głodny i wyczerpany. Zaglądałem do śmietników, mając nadzieję, że znajdę coś do jedzenia. W końcu kiedy byłem już skrajnie wyczerpany i nie miałem nawet siły ustać o własnych siłach podeszło do mnie dwóch mężczyzn w zielonych kombinezonach. Włożyli mnie do klatki i przywieźli tutaj. Nie jest to co prawda najprzyjemniejsze miejsce, ale zawsze to jakiś dom. Stary już jestem i nie wiem ile jeszcze pożyję.” Tak więc rozmawiał sobie pies z ostem wypłakując swoje żale. Co kilka dni pies przyciągał miskę z wodą w pobliże miejsca, gdzie rósł oset i łapą zagarniając wodę podlewał go. Przeżyli tak kilka dni, tygodni, miesięcy. Pory roku zmieniały się. Pewnego jesiennego poranka pies nie poruszył się już, nie przyciągnął też miski z wodą i nie podlał ostu. Oset patrzył na nieruchome ciało, które leżało w klatce. Potem przyszli ludzie w zielonych kombinezonach i zabrali je. Klatka znowu była pusta. Kilka dni później oset usechł. © Ryszard Tober Quote
mar.gajko Posted April 17, 2008 Posted April 17, 2008 Hefren, Kasiu, jak widzisz miał więcej szczęścia. U Ciebie. Quote
samoglow Posted April 17, 2008 Posted April 17, 2008 Zwierzaki, kwiatki. Kiedys mowilas, ze Twoje kochane psy spoczywaja pod drzewami....moze jedno z nich wyszumi w niebo opowiesc Hefrena? Bedzie miala szczesliwe zakonczenie, bo Ty uratowalas PSIA GODNOSC! Quote
KWL Posted April 17, 2008 Posted April 17, 2008 No i się cholercia wzruszyłem...w pracy... Hefren miał dobrą starość, miał swojego pana któremu mógł pomilczeć... Nie musiał opowiadać trawom i krzewom. Quote
niufa Posted April 17, 2008 Posted April 17, 2008 Dzięki takim osobom jak Ty Kasiu i Twoi rodzice można uwierzyć w dobro tego świata. Dziękuję za wszystko co zrobiliście dla Hefrena. Hefren ['] Quote
magdawi Posted April 18, 2008 Posted April 18, 2008 Łzy zalały mi klawiaturę jak to przeczytałam. Dlaczego zwierzęta muszą tak strasznie cierpieć i dlaczego niektórzy ludzie znajdują radość w znęcaniu się nad nimi? Często zadaje sobie to pytanie, ale nie słyszę odpowiedzi... Hefrenku śpij spokojnie. Za TM będziesz już zawsze szczęśliwy. Quote
black_cat Posted April 21, 2008 Posted April 21, 2008 Hefrenku, ja o Tobie pamietam, sliczniaku :loveu: Quote
black_cat Posted May 1, 2008 Posted May 1, 2008 Hefrenku, pewnie sie w ten weekend majowy wygrzewasz na sloncu prawda? w niebie sloneczko dla ciebie caly czas swieci, zeby ogrzac stare obolale kosci. co ja gadam obolale, juz nie bola prawda? juz jest ci lekko i cieplo. Opiekuj sie z nieba swoimi opiekunami, by mogli dalej pomagac. :calus: Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.