Jump to content
Dogomania

Jaaga

Members
  • Posts

    19199
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    104

Everything posted by Jaaga

  1. Rewelacyjnie, macie rzekę zaraz za blokami. To dobrze, że ludzie nie robią krzywdy bobrom i one sobie spokojnie żyją. Niesamowite spotkanie. U nas w okolicy nigdzie ich nie ma. Na polach wkoło domu mamy tylko zajęczycę z młodym, bażanta z żoną i sarenki.
  2. Miał w dwóch lecznicach mierzone ciśnienie w gałkach. W jednym jest minimalnie powiększone, w drugim dobre. Ciśnienie ponoć ma podwyższone w głowie. Wprowadzamy na to leki.
  3. Z Tanią na pierwszym zdjęciu jest mój Ciapciak, na kolejnym już są z Lindą. To jego jak większość psów Tania uwielbia i zachęca do zabawy. Kaj ma zrobione zdjęcia po kąpieli błotnej w oponie traktora. Myslałam, że padnę, jak go zobaczyłam w niej wylegującego się a potem ociekającego w korytarzu. To mały diabełek. Mały już w przenośni, bo rośnie i już jest wyższy od Tani. Stale coś broi, a potem spogląda aniołkowatym wzrokiem, że niby o co mi chodzi. Z Lindą jestem umówiona na konsultację ortopedyczną w Oświęcimiu na czwartek. Trzymajcie kciuki, zeby coś się dało z łapką zrobić.
  4. Tolu, to na pewno bóbr na osiedlu? Może ktoś wyrzucił nutrię lub uciekła? Koleżanka z Bytomia pisała mi zimą, że chodzi dokarmiac nutrie nad stawy, bo ponoć w większosci bytomskich stawów są już. Ktoś wyrzucił i się rozmnozyły. Nutrie właśnie nie boją się, a "na oko" od bobra różnią się ogonem, mają długi jak u szczura. Nasz yogi waży ok 12 kg, więc też jest podobnej wielkości, co bóbr. Jeśli bóbr, to oby nikt mu krzywdy nie zrobił. Dobrze, że kociaki tak atrakcyjnie dla ludzi umaszczone, to powinny szybko znaleźć domy.
  5. Stale myślę o adopcji dziewczyn. Nadia jest bez zmian. I przyszło mi do głowy, że może ogłosić najpierw Nadię i szukać jej jakiegoś cierpliwego domu z ogrodem, bez małych dzieci? Można jednocześnie ogłaszać obie, ale wiadomo, że znalezienie takiego domu będzie trudniejsze. Gdyby ktoś chciał Nadię, to zawsze można spróbować, czy sama da radę funkcjonować wśród ludzi. Jeśli nie, to mogłaby wrócić i wtedy trzeba by ogłaszać ją z Florką. Oczywiście sama Florka błyskawicznie pewnie znalazłaby dom, ale co wtedy z Nadią, gdyby bez niej nie dała rady funkcjonować. Więc może wyjściem jest próba w drugą stronę? Gdyby Nadia się zaaklimatyzowała, to wtedy można szukać domu dla Florki. Napiszcie, co o tym sądzicie, bo ja już nie mam na nią i jej nieufność pomysłów. Nadia nie nawiązuje relacji z innymi psami poza Florką. Gdyby miała być wyadoptowana, to raczej nie do domu, gdzie jest inny pies, bo małe czasem próbuje terroryzować. Nie może też zamieszkać z ptakami, bo jako jedyny z psów, jakie u nas były i są od 3 lat, stale próbuje zabić naszego kogutka Pietruszkę. Dwa razy już go dorwała, więc nie ma co ryzykować, że komuś zadusi np. papugę czy innego pierzastego stworka. Z kotami kontakt ma tylko przy mnie, to trudno mi powiedzieć, ale chyba też nie ryzykowałabym. Nadia jest śliczną, małą suczką, może akurat zakocha się w niej ktoś odpowiedni albo nawet da się namówić na obie.
  6. Szkoda, jest tyle sprawdzonych psiaków w domach tymczasowych, a na pewno drugi pies poprawiłby życie Abi. Od jakiegoś czasu często moi klienci swoim pupilkom sprawiają drugiego psa i wszyscy są zadowoleni z tej decyzji. Nawet przykład adopcyjny z wczoraj. Wyadoptowaliśmy problematyczną Mimi. Pani sobie z nią poradziła, przyzwyczaiła do smyczy, ale Mimi stale piszczała, nie chciała być sama, była wybredna i problematyczna z jedzeniem. W piątek pani doadoptowała naszą tymczasowiczkę Mysię i wczoraj była pełna zachwytu. Dzieczyny po dwóch dniach dogadały się, są przyjaciółkami a Mimi przestała jojczeć, marudzić i wybrzydzać. Naszego Jimmiego nie wyobrażam sobie tylko z nami.
  7. Wczoraj z okazji adopcji Mysi i faktu, że Tania wkrótce też wyjedzie do domu, zrobiło mi się jakoś tak sentymentalnie i wzięło mnie na wspominki. Wiosną zeszłego roku na profilu FB schroniska wypatrzyłam zaniedbanego, wycieńczonego, wydawało się staruszka. Oczywiście, nikt z prowadzących profil nie zamierzał udzielić mi żadnej informacji odnośnie psa. Zwróciłam się o pomoc tu, na dogo. Tu błyskawicznie zorganizowano przyjazd do mnie pierwszego zamojszczaka, jak się potem okazało Olliego w kwiecie wieku, a nie staruszka na którego wyglądał. Od tego czasu do dziś z Zamościa na BDT i PDT przyjechało do nas 14 psów i kot. Wcześniej zaglądałam na zamojski wątek, podziwiałam że nie ma tu żadnych waśni, hejtu, a pomoc jest tak świetnie wspólnie zorganizowana i skuteczna. Przez ten rok z okładem osobiście mogłam w tym uczestniczyć. Spotkałam się z pomocą także dla naszych niezamojskich zwierzaków, co bardzo doceniam. Muszę przyznać z radością, że jakoś mieliśmy zawsze szczęście do zamojszczaków. Zwierzaki są super i nie czekają długo na adopcje. Wyjątkiem jest tylko Fado, u którego na razie nie zapowiada się na dom. Były i smutne momenty. Na zawsze w naszych sercach zostanie Limba, która u nas przegrała z rakiem po kilku miesiącach. Jednak pocieszenie daje fakt, że w tym ostatnim czasie żyła normalnie, z rodziną, dzięki pomocy wielu ludzi bez bólu, z opieką weterynaryjną, jak tylko to było mozliwe w jej stanie, w komforcie. Oprócz diablątka Zuzi, wszystkie pozostałe psy przeszły przez schroniskową traumę. Szybciej lub wolniej odzyskiwały stabilizację psychiczną. Rozkwitały później w nowych domach. To dawało nam ogromną satysfację. Jest i ukłucie w sercu, że nie udało się dotychczas pomóc starszej suni szorściaczce, tej która lata jest w schronisku. Jednak mimo wspólnego zaangażowania, nie zawsze wszystko da się przeskoczyć i trzeba mieć dalej nadzieję, że przyszłość przyniesie zmiany na lepsze. Naprawdę wszystkich pomagających tu podziwiam i pozdrawiam. To tyle chciałam napisać. Jak chyba większosć tu zaglądających wie, adopcja Mysi była dla nas dużym przeżyciem i to chyba dlatego tak mnie wzięło na podsumowanie tego czasu spędzonego z zamojskimi zwierzakami i Wami.
  8. Pozbieram zdjecia, jakie mam do wstawienia i rano prześlę. Zaraz muszę wyszykowac córkę na dwudniową wycieczkę. Niedawno skończyłam dopiero sprzątać. Kaj zrobił sobie kąpiel błotną w oponie traktora. Myślałam, że zemdleję, jak go zobaczyłam. On cały ociekający, ale radosny a wszystko w błocie. Jak to się mówi, nie miała baba problemu, sprawiła sobie psa ;)
  9. W naszych sercach również, w końcu to nasza Szefowa-Królowa, jak ją Andrzej nazywał. Dziś się aż zaśmiałam do telefonu, jak p. Ola powiedziała o niej szefowa. Od razu wyjaśniłam, że to jej przezwisko było. Już mam zdjęcia obu dziewczyn. jutro mailem Ci przeslę.
  10. Dodam, że czułam się trochę świńsko z tą decyzją. Andrzej ją odchorował. Powiedziałam, że jesli tam się nie przyjmie, to raczej nigdzie, no i zawsze była otwarta furtka do powrotu do nas. Jednak o dziwo Mysia szybciej się aklimatyzuje, niż wcześniej Mimi/Mila. Mysia to taki słodki psiaczek, że każdego ujmuje. Mojej mamie w samochodzie po drodze do p. Oli rozdawała całuski. Mama była nią zachwycona.
  11. Dwanaście lat temu mieliśmy podobną sytuację, że mąż nie dojechał z psem z wstrząsem do weta. Pies zmarł przed przychodnią. Od tamtego czasu mam zawsze środek przeciwstrząsowy w domu i kilka razy się przydał. Akurat owad nigdy nie użądlił, ale wstrząsy np po szczepieniu lub leku były i szybki zastrzyk uratował życie.
  12. Dokładnie tak jest :) To jest ten dom. Mysia w piątek pojechała do pani, która adoptowała Mimi/Milę, jej psią przyjaciókę z czasów schroniska i pobytu u nas. Nie wiedziałyśmy, czy Mysia się da radę przestawić i jak Mila na nią zareaguje, więc uzgodniłam z p. Olą, ze w razie, gdyby coś było nie tak, to mąż po Mysię przyjedzie dzisiaj. Stąd nie chciałam więcej wcześniej pisać. Ta adopcja bardzo Andrzeja,Tolę i mnie zestresowała. Stale dowiadywałam się, co słychać. Pani mieszka niedaleko mojej mamy, więc Andrzej zawiózł Mysię w piątek, kiedy wiózł dziewczyny do babci. Dziś nie musi zajeżdżać po Mysię, bo Mysia zaakceptowała nowy dom. Okazało się, że jest lepiej, niż przewidywaliśmy. Obecnosć Mysi wpłynęła pozytywnie na Milę, uspokoiła się, już są przyjaciółkami. Kiedy Andrzej z moją mamą zawieźli Mysię, to sytuacja nie była tak kolorowa, bo Mila na nią warczała, Mysia jej odwarkiwała, trzymały się na dystans. Jednak chyba Mila po czasie rozpoznała Mysię i już jest dobrze. Mysia od początku jadła i załatwiała się, więc to najważniejsze. Już wcześniej rozmawiałyśmy o adopcji Mysi, ale pani nie była gotowa po śmierci swojej suni właśnie na raka. Teraz już dojrzała do decyzji o adopcji drugiej suni. Jeszcze mam dosłać wynik z badania guza, ostatnie badanie przekazane, pani o wszystkim poinformowana i jako jedyna nie zraziła się tym, wręcz przeciwnie. Wybrały z córką Mysię dlatego, że nikt jej nie chciał z powodu choroby.
  13. Pierwszego roku, jak kupiliśmy ten dom, to było tu gniazdo szerszeni. To był koszmar, zanim odkryliśmy gdzie było i udało się je zlikwidować. Kiedyś wleciał jeden do pokoju i upolowały go koty. To jakiś cud, że żadnego nie użądlił. Córka weszła, jak go zabiły już i ponoć go zaraz zjadły. Bałam się, że przecież i tak miał jad, ale nic się nie stało. Wtedy wołałam psy do domu, jak tylko jakiś latał. Za to z przyjemnych owadów mamy robaczki świętojańskie i jak wlatują czasem do domu to świecą po ścianach. Dzieci siedzą w sezonie wieczorami w ogrodzie i oglądają "wróżki", jak nazywają świetliki.
  14. Brykać, to chyba raczej nigdy nie będzie. Dziura w kręgosłupie jest taka, że kciuk się mi mieści :( Jednak mam cichą nadzieję, że udałoby się ją doprowadzić do takiego stany, że potrafiłaby się sama poruszać. Wczoraj miała pierwsze ćwiczenia w gorsecie. Mimo, że mięśnie ćwiczymy i są w owiele lepszym stanie, niż były, to i tak potrafiła się utrzymać w nim parę minut i po wspólnym przejściu kilku kroków cała drżała z wysiłku. Za to ja będę mieć wyćwiczone mięśnie brzucha, jak nigdy, bo muszę Lindę mieć między nogami i dzwigać uchwyty gorsetu. Próbowaliśmy z Andrzejem razem, ale ona za bardzo się go jeszcze boi, żeby próbować chodzić.
  15. To musiałabym go zamkniętego w domu trzymać, bo u nas wszystko wkoło lata, jak to na wsi. A i do domu owady wlatują, bo okna siatkujemy, ale drzwi wejściowe są stale przez psy otwarte. Na szczęście odkąd tu mieszkamy jeszcze żaden pies nie złapał osy czy pszczoły. Może ich dzwięk je odstrasza? Na wszelki wypadek zawsze mam lek przeciwstrząsowy w domu.
  16. Tak się obawiałam :( To dla niej na pewno wielki stres. Państwo nie myśleli o adopcji jakiegoś stabilnego psychicznie pieska? Na pewno Abi byłoby łatwiej w życiu z ludźmi, gdyby miała towarzysza swojego gatunku, w którym miałaby psychiczne oparcie. Naprawdę trudna sytuacja dla Abi i dla jej nowej rodziny. Już tyle przeszła i stale coś ją spotyka.
  17. No właśnie zdziwiłam się dziś, że nie potrafię wstawić zdjeć. Oczywiście potwierdzę. Wysłałam Ci na maila filmiki z Fado, gdzie widac, że jest spokojniejszy do psów. Robiłam je z okna, więc na jednym nie zdążyłam wyłączyć muzyki ;)
  18. Dawno tu nie zaglądałam. Coś się stało z drugim pieskiem, że Abi została sama z ludźmi? Nasz dziki Jimmy funkcjonuje sprawnie tylko dzięki Fly`owi. Musi stale mieć go w zasięgu wzroku. Nie byłby chyba szczęśliwy tylko z ludźmi. Kiedy ktoś obcy przyjeżdża i zamykamy Fly`a na klucz w jednym pomieszczeniu, to Jimmy biega i denerwuje się cały czas. Relaksuje się, kiedy wypuszczamy Fly`a. Jimmy jest u nas ponad 4 lata. Oczywiście zrobił postępy na swoje możliwości, ale nigdy nie będzie zwyczajnym psem, który pokocha ludzi. To dobrze, że Abi ma rodzinę, która jej nie odda. Mało kto się decyduje na adopcję takiego psa, bo mało ludzi ma nawet mozliwości, nie mówiąc o chęciach.
  19. Chciałam wstawić dzisiejsze zdjęcia, ale nie wchodzą mi na żadnym wątku.
  20. Poudostepniałam połamaną koteczkę na grupach kocich na FB. Ma dużo udostępnień, np. na jednej gorupie 54, ale ani jednej dodatkowej wpłaty. Nie wiem, co o tym myśleć? Ludzie piszą w komentarzach, że żal, że biedna, ale nikt finansowo nie chce wesprzeć jej leczenia.
  21. Również się cieszę. Niespełna dwa tygodnie i czucie wróciło, poprawa umięśnienia. Pierwsza wizyta mnie zdołowała, a tu taka wiadomość. Cieszę się, że polecasz tego lekarza. Nie znałam dotąd. Moja mama też zdecydowała się swoją sunię umówić na konsultację tam. Inny ortopeda z Katowic zmaścił jej suni łapę w trakcie operacji. Nie dosć, że operował kolano, zamiast biodra, gdzie jest problem, to jeszcze operacja źle zrobiona i łapa w gorszym stanie, niż przed operacją. Jestem pełna nadziei, że może być jeszcze lepiej. Wczoraj zobaczyłam na schroniskowym FB filmik z kociątkiem, które ma tak uszkodzony kręgosłup. Napisałam o maleństwo, ale niestety adopcja możliwa za pół roku, bo trzeba czekać 6 mies ze względu na badania i dokumenty umożliwiające wyjazd z Ukrainy. Za pół roku, to nie będzie tam już co ratować w rdzeniu kręgowym. Co parę dni jest wstawiany taki psiak lub kot. Pomyślałam, że dr Olender tam bardzo przydałaby się. Brak szybkiej diagnozy i leczenia zaprzepaszcza szanse na powrót do zdrowia wielu z tych zwierzaków. Podobno kotów jest tam 150 i wiele w takim stanie. Jeśli uda mi się wyadoptować moje dwa tymczasowe koty, to wezmę takiego. Podrzuconego nam Mariana zamierzaliśmy zostawić, ale ślicznego biało-rudego kocura chyba ktoś adoptuje, a taki sparaliżowany kociak ma minimalne szanse na adopcję. No i jeszcze jest maleńki Alexik, ale ciągle ma problem z oczkiem.
  22. Ten mały kudłaty, starszawy piesek nie tylko ma coś w okolicy jąder, popatrz Tolu, że jest też widoczne zgrubienie nad odbytem. Niewidomy psiaczek rzeczywiście nie ma już oka. Jeśli ma jaskrę, to mogło samo pęknąć. Nie wiem, jak one tam sobie w takim stanie radzą. Niedawno po amputacji oka pilnowałam Goplanę tydzień, podawałam leki, żeby nie zrobił się stan zapalny, przesuwałam i odcinałam sączek, a one same muszą przez to przechodzić :( Jaka fajna jest ta największa sunia po sterylce, biała w rude łatki. I znowu onki i terierki. Co tam jedziecie, to są kolejne.
×
×
  • Create New...