O matko, dopiero tu dotarłam. Od piątku staram się złapać własny ogon, ale widocznie mam za krótki (jak Moli) i nie mogę ;)
Moli to cudowne stworzonko. Całą drogę z Panem przesiedziała jak trusia w kontenerku. Rzeczywiście, Pan oprócz kontenerka z zawartością niczego mi nie dał... a mi nie przyszło do głowy zapytać...
Jak tylko wsiedliśmy do naszego samochodu, otworzyłam kontenerek i od razu się pojawił łepeczek! Tak maleńki, że się nie spodziewałam! Chwilę się porozglądał, powęszył i zaraz potem wychynęła reszta psia - tak samo mikra jak łepeczek! Trochę powyglądała przez okno, powąchała Sławka, a potem ułożyła się wygodnie i drzemała. U Marysi onieśmieliły ją obce (choć bardzo przyjazne) pieski, ale na rękach czuła się bezpiecznie i komfortowo. A gdy Sławek do niej zagadał, ogonek o mało się nie urwał!
Aha - Moli zdecydowanie jest rasy Kozienickiej - przykrótki ogonek (taki sam miała "nasza" Fraszka) i likaonie przebłyski na sierści! :)
I drugie "aha" - sunie Marysi są bombowe (nie poznaliśmy tylko Borówki). Moją idolką jest oczywiście Figunia ze względu na zminiaturyzowaną boksią plaskatość :) Wczoraj zmierzyliśmy - mieszkamy 3,7 km od Marysi, więc mamy nadzieję częściej się spotykać ;)