Z racjonalnego, praktycznego punktu widzenia masz absolutną rację, bo to też moje spostrzeżenia. Wyciągane są największe bidy (nie zawsze, ale często), które bywają nieadopcyjne lub może raczej "trudno adopcyjne", i na lata blokują i miejsca, i nasze środki. Te psiaki, które miałyby większe szanse na szybsze znalezienie domu, zostają w schronie i marnieją tam fizycznie i psychicznie, by zostać wyciągnięte dopiero wtedy, kiedy już też staną się takimi "bidami". Jeżeli się zdąży z pomocą. To tak racjonalnie. Ale właśnie to miękkie serce... i racjonalizm wtedy bierze w łeb.
Te psy, które rzuciły mi się w oczy na ostatnich fotkach, to akurat te z "racjonalnego" punktu widzenia. Takie, które sama chętnie widziałabym w swoim domu i myślę, że nie tylko moja uwagę by zwróciły. I strasznie mnie boli, że nie mogę aktualnie mieć żadnego psa, kiedy tam takie cuda wegetują w schronie I boli mnie, kiedy inne psy wyjeżdżają ze schronu, a te "moje" wypatrzone zostają. Ale się nie odzywam, bo moja pomoc tutaj jest minimalna i uważam, że nie mam tu nic do gadania i wybrzydzania. Cieszę się, że ratunek dostają jakiekolwiek psy. Jestem wdzięczna osobom, które bezpośrednio angażują się w pomoc, akceptuję ich wybory i staram się pomagać w miarę moich skromnych możliwości. Przecież bez nas te psy żyłyby w cierpieniu, bez pomocy lekarskiej, aż do ich smutnego końca. Trudno chyba byłoby nam żyć z tą świadomością, że mogliśmy im ulżyć, a nie zrobiliśmy tego, prawda?
Nie uratujemy wszystkich. I każdy wybór następnego szczęściarza, który opuści to miejsce, jest jednocześnie radosny i bolesny.