Dziecko na ręce i w nogi... Przeżyłam coś takiego, ale to humorystyczna anegdota. Gdy mój Tomuś był malutki, miał może ze 2 miesiące, pojechałam z nim na wieś. Było lato i często wybieraliśmy się na dalekie spacerki (Aniołek to był, nie dziecko ;)). No i jedziemy sobie wózeczkiem po lesie (brzezinie sadzonej ręką mojego Dziadka i mojej Mamy), dziecko się rozgląda. Nagle patrzę, zza drzewa wychodzi... no wypisz-wymaluj DZIK! A za chwilę... małe! Tak się przeraziłam, że złapałam Tomcia na ręce i w nogi! Biegnę, myśli się kłębią w głowie, a wśród nich taka ze znakiem zapytania "dlaczego te małe nie były w paski"?... Szybko się okazało, że to była zwykła, domowa świnia :) Za moich czasów, wszystkie domowe, hodowlane świnki były... różowe ;) No, chyba, że kaban został zapastowany przez Kargula i Pawlaka! :) Do dziś się ze mnie rodzina śmieje na samo wspomnienie spotkania "z dziką lochą" :)