Tak myślałam, że nie zrozumiecie mojego żartu ;). Wyszedł trochę groteskowy, no cóż, mam specyficzne poczucie humoru :D Jednak to nie było na poważnie, w ogóle, więc pozwólcie, że ominę Wasze części wypowiedzi, odnoszących się do tego.
Łacina właśnie bardziej mi przypomina polski i niemiecki, angielskiego w ogóle, ale nie mam co się wypowiadać, bo uczę się jej dopiero pół roku ;).
Skoro o nauce mowa...
Co robi Tysia, gdy ma się uczyć? Idzie do lasu na cały dzień :D. To nic, że zagapiona w aparat wpada największe błoto, nagle przypominając sobie, że ma na sobie białe skarpetki, a buty skorzystały z darmowego, błotnego SPA (przecież można potem wejść glanami w kałużę, by je wyczyścić!) To nic, że wybiera tylko te ścieżki, których nie zna. To nic, że obiecała wyjść tylko na chwilę.... Przecież jutro czeka ją sprawdzian z WOSu, trzeba znaleźć pretekst, by się nie uczyć :D Piecho dzięki temu chrapie od godziny, glany zdały najcięższy (do tej pory) egzamin, a mi uśmiech nie znika z twarzy. Żyć, nie umierać.
Zdjęcia mam :p. Tylko motywacji do stawiania brak.