Jump to content
Dogomania

Recommended Posts

Posted

ocelot napisał(a):
A Czarny Książe nie próbuje spać w łóżeczku?

Nie próbuje :-(...Gdyby nawe próbował, ma tak chore stawy, że nie byłby
w stanie ani wskoczyć ani się podciągnąć. Pomoc mu w tym też by była ryzykowna. Bywa, że przy banalnej zmianie pozycji w trakcie leżenia bida zaskowyczy z bólu :-(...
Ale, ale...nie oznacza to, że ja nad tym faktem nie boleję :evil_lol:...
Wszak to niesprawiedliwość, że sunia, koty w wyrze, a Amuś na kocykach podłogowych. Obmyślam strategię, w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości, zamiany tapczanu na duuuuuży materac napodłogowy !!!
To moje marzenie :multi: :multi: :multi: !!! Już czuję radochę na myśl o wtuleniu się w tego Skarba nad Skarby !!!
Howgh!

  • Replies 369
  • Created
  • Last Reply

Top Posters In This Topic

Posted

ocelot napisał(a):
Materac w Waszym przypadku to priorytet:multi:


...a świątecznie przez pupsko dać :evil_lol: za podśmie****ki ??? :evil_lol: :evil_lol: :evil_lol:

Posted

Nie no to było całkiem serio, sprawiedliwość w stadku musi być.

Mój pies też śpi na łóżku, TZ od trzech lat walczy z tym nawykiem, a efekt jest taki, że to on śpi w drugim pokoju:lol:

Posted

ocelot napisał(a):
Nie no to było całkiem serio, sprawiedliwość w stadku musi być.

Mój pies też śpi na łóżku, TZ od trzech lat walczy z tym nawykiem, a efekt jest taki, że to on śpi w drugim pokoju:lol:


Oops, to dokładnie tak jak i u nas !!! :multi: :evil_lol: :razz:

Posted

W górę! Przydałoby się zebrać jeszcze troszkę pieniążków na leczenie Amorka, żeby wspomóc Majqę na przyszłość. :cool3: Łatwo jej nie będzie, ale podziwiam za decyzję.

Posted

ocelot napisał(a):
Taka niepokojąca cisz... Co tam u gromadki?


ehhh tam...od razu niepokojąca ;)...Wsio w pariadkie !!! :evil_lol: Zamęt był jedynie z montażem piwnicznej wersji neostrady, reanimacją kompa, czym się zajął TZ, a ja grzałam ławę na uczelni weekendowo. Dziś kolejny dzień walki z uzdatnianiem kompa, bo bez niego ani rusz!

Moja Lepsza Połowa nadzorowała też zoo...Nie ubyło, nie przybyło (uff)...Niestety poddałam się już z walką i zwierzaki uczestniczą we wszystkim. Na tak małej powierzchni nie można ich wykluczyć. Koty ze mną gotują, w przerwach podpierniczają wszystko, co się da, słowem kradną. Na okrągło czegoś szukam. Firka zagięła parol na Frankę i prześladuje mi tę kicię. Poza tym stała się bardzo ważna przy Amorze i razem z nim szczeka, co dotąd było sporadyczne, a teraz uszy więdną. Amuś na pełnym rozruchu. Kiedy nie chodzi tarasuje całym sobą wlot do aneksu kuchennego. Po Amorze z kolei wciąż łazi kot Elka. Ja chodzę szurając (by nie zdeptać czegoś żywego przypadkiem) albo wykroczno - rozkrocznie (Amuś ma jednak solidy gabaryt). Amorek ma roześmianego pysianka, zaczyna bronić swojego domku, warczeniem obwieszczać, "ja tu pilnuję"...Poczuł się panem na włościach ! Nie dzieje się nic niepokojącego,
co mnie cieszy...odrobina braku złych niespodzianek działa kojąco !!! :multi:

Posted

Widzę, ę po codziennym pokonywaniu przeszkód domowych będziesz bardzo wysportowana. :cool3: Przy rottkach umiałam robić długie skoki w dal, przy małych skoki wzwyż jak mi coś nagle pod nogi wbiegnie. :razz:

Posted

Eruane napisał(a):
Widzę, ę po codziennym pokonywaniu przeszkód domowych będziesz bardzo wysportowana. :cool3: Przy rottkach umiałam robić długie skoki w dal, przy małych skoki wzwyż jak mi coś nagle pod nogi wbiegnie. :razz:

Jeszcze trochę, a zrobię mostek, po ktorym przejdą koty, bo na uszach już staję...;)
Powiem Ci Skarbie, że parę z Twoich mądrości i tych wyczytanych w podesłanym artykule wdrożyłam :multi:. Amek jest już pewniejszy
i samodzielniejszy...Nie ze wszystkim się udało. :shake: Niestety...nadal muszę mu towarzyszyć w wyjściach. Pewno, że mogłabym się uprzeć i jego histerię przetrzymać, podglądając przez szybkę ale tu się nie da. Jak myknę do domku to daje tak ognia szczekiem, że ja pierdziu...Co gorsza uruchamia pozostałe psy i robi się koncert nie do zniesienia, a co w ogóle najgorsze :evil_lol: dzięki Amkowi japę drze teraz i moja sunia. Dotąd niunia nie szczekała a teraz z rotusiem robią to w duecie...:shake:

Aha, no i sprawa spania. Amor woła : "już...masz iść spać!" i zmusza mnie czajnikowaniem. Najdłużej wytrzymałam 1,5h. Teraz obchodzę to tak. Robię Amkowi nastrój spaniowy tzn. gaszę górne światło, kabinka, b.ważne jest żebym była też przebrana w "strój nocny" (bo inaczej całość bierze w łeb), zapalam 2 lampki i mogę robić, co swoje, a Amor śpi.
Światło + mycie + ubiór = spokój. Zabraknie jednego elementu z opisanych = nie ma spania = Amorkowe gwizdanie...
Qrcze, wiem, ze to chore ale narazie nie wymyśliłam nic mędrszego...:razz:

Posted

ocelot napisał(a):
To znaczy nic go nie boli......, a wykorzystuje stękanie? Jednym słowem inteligentna bestia

On jest mistrzem dźwięków i to z każdego końca :evil_lol:...prawda, co do inteligencji, tą mnie zadziwia...

Posted

Amuś i ja dziękujemy z całego serca !!!
Niuniek już sobie sam zrobił prezent, ku mojej rozpaczy...część udało się mu odebrać...Z pycha mu poszedł zapach wędzonki...a jaką miał radość
w oczkach !!! :evil_lol: :evil_lol: :evil_lol:

Posted

Od soboty "przed wigilią", czuwam przy Amorku, obok wiadro kawy a la szatan... Około 22.30. Amor wybudził się i zwymiotował. Rano w niedzielę była powtórka. Wyczekałam stosownej godziny i ok. 10.00 dodzwoniłam się do Doktora. Przyjechał natychmiast. Po naradzeniu się uznaliśmy, że może być to jakaś niestrawność. Serce OK., płuca OK. Doktor podał w zastrzykach (a było ich od diabła i trochę) o ile mnie pamięć i zmęczenie nie zawodzi – antybiotyk o dłuższym działaniu, steryd, atropinę (chyba), torecan (p/ wymiotny) i no-spę (bo badaniowo wyczuwalne było napięcie brzuszka ale nic drastycznie niepokojącego). Sikanie normalne, kupki też normalne. Nie było się do czego doczepić nawet po badaniu przez odbyt.Doktor zostawił mi na odchodne torecan i no-spę do podania w zastrzyku gdyby pies wymiotował, potrafię więc je zrobiłam wieczorem. To co mnie wystraszyło to fakt, że Amor, przy ustaleniu niestrawności aż tak gwałtownie zasłabł, chwiał się na nogach, ślinił. Kompletnie nie ten pies. :placz: Wykluczyłam opcję podtrucia, czy w ogóle zjedzenia samowolnie czegoś na dworze, chodziłam z psem wszędzie, krok w krok, nigdy nie wychodzi on „samopas”, a generalnie beze mnie ani dudu.

Kolejne zastrzyki miałam podać w poniedziałek (wigilia) rano. Tak też zrobiłam ale poprzedziły je dalsze wymioty. Zapomniałam dodać, że od pierwszej wizyty Doktora odstawione było jedzenie. Kiedy po podaniu leków porannych w poniedziałek, Amor zwymiotował nawet wodę, wpadłam w panikę więc za telefon. Doktor był zajęty (i trudno się dziwić, dzień wigilijny), ale nie odmówił pomocy poczyniliśmy ustalenia, podjechałam do doktora po kolejne leki do podania. Podałam. Zero efektu. Pies nie trzymał się już na nogach. Słabł z chwili na chwilę i był to już etap, gdy na małym dystansie wyjścia osuwał się, wydawał pomruki jakby bólu. Musiałam, go z czyjąś pomocą nieść. Nie było dla mnie możliwe by były to wyłącznie banalne sprawy niestrawności…
Wigilia – godzina 15.00 Doktor był u nas osobiście, nie wzbraniał się i znów nie odmówił pomocy. Ponieważ Amor był na głodówce pobrał krew, z którą mąż pojechał w drugi koniec Łodzi do laboratorium w szpitalu im. Jordana (robią tam badania sprawnie i była szansa na wynik od ręki), a Doktor w tym czasie zmontował kroplówkę i zaczęła iść, podał też kolejne leki. Decyzja o pobraniu krwi zapadła, bo zdaniem i doktora coś musiało być na rzeczy, coś innego niż niestrawność.

Wrócił mąż z wynikami, w drodze już dzwonił do Doktora, wstępne spekulacje Doktora mi przekazał ale potem i tak wisiałam na słuchawce ustalając dalszy plan z Doktorem. Wstępne info z wyników – odczytanych Doktorowi i oceny ich - nerki, wątroba, trzustka w porządku. Fatalna morfologia świadcząca o b.dużej anemii (anemii nie mającej związku z niedożywieniem ale anemii, która jest sygnałem jakiegoś problemu) i b.wysoki poziom leukocytów – czyli b.duży stan zapalny (czego, jeszcze nie wiedzieliśmy). :placz: :placz: :placz:

To było jakieś szaleństwo, dotąd nic nie zdradzało by działo się z Amciem coś złego. Owszem były dni lepsze i gorsze w znaczeniu stawów, które reagowały na zmiany pogody (jak w barometrze) ale Amuś był w pełni mobilny i tak się cieszyłam, że stanął na nogi…nosek zimny…apetyt, wygłupy…
Jedna z możliwości przyczyn takiej anemii (inna niż zabiedzenie psa przez tyle lat) był nowotwór żołądka. Takie było zdanie Doktora, który jednak nie chciał nic na wyrost przesądzać (o ile Doktor pamięta na RTG, gdzie objęta była jama brzuszna nie widział żadnych zaciemnień, oczywiście sytuacja przez 2 miesiące mogła się zmienić). By nie powtarzać RTG rozmawialiśmy o diagnostyce przez USG. Plany od wtorku wyglądały tak– kroplówki, silniejszy antybiotyk, może coś jeszcze co z racji zmęczenia mi umknęło, a na pewno dodatkowo i przede wszystkim – kwas foliowy, żelazo, vit.B. Doktor mnie uprzedził (hamując moją histerię), że ten stan Amorka, przy tych wynikach ma prawo utrzymać się jeszcze przez ładnych parę dni nim pies stanie na nogi ustawionym leczeniem. Hm…


Doktor zrobił nam swoją troską, zaangażowaniem, dyspozycyjnością i podaną ceną ogromny prezent. Zadręczyłam go sobą ale nawet raz nie okazał zniechęcenia, poirytowania…a miał wszelkie prawo, też jest tylko człowiekiem, do tego też miał święta. Szczęście w nieszczęściu, że z całym moim zwierzyńcem trafiłam na tego Doktora, w takie dni jak ostatnie i z koniecznością kursów z psem w takim stanie do Łodzi + wizja ewentualnych kolejek w lecznicach…wolę nie myśleć…

1wszy dzień świąt:
W domu mały szpitalik urządzony z pomocą Doktora po kolejnej wizycie. Wszędzie gotowce do wstrzyknięć, butelki, ampułki, bandaże, plastry, ręczniki etc…etc…Leki głównie zastrzykowe lub kroplówkowe (doustnego nic).
Nosiliśmy Amusia (sikał na leżąco ale wyłącznie z niemocy stania, a nie braku kontroli zwieraczy), wciąż bardzo słaby ale kontakt z nim był lepszy. Ostrzejsze spojrzenie.
Rano podałam mu torecan i ostatnią no – spę. Doktor był ok.13tej z torbą leków. Sam podał kilka zastrzyków (wszystko ma zanotowane do informacji Fundacji ale wiem, tyle co zapamiętałam, antybiotyk, żelazo, jakiś lek p/zakrzepowy, koktajl witamin B, reszta mogła mi umknąć, bo strzykawek raczej było więcej). Potem poszły 2 butle kroplówki – Duphalyte i glukoza do niej vit.C). Dostałam wszelkie wytyczne, co do podawania leków, kroplówek itd…Po kroplówce została ona zwrócona ok.2- 2,5h od podania.W wymiotach były jakby kłaczki czegoś czarnego (strawiona krew?)…

Upewniłam się, że w żadnej lecznicy nie zrobiono by dla Amka więcej niż tu, a tu warunki opieki ma non-stop...Poza tym tu byłam ja , a to dla Amcia najważniejsze.
Amor co jakiś czas sprawdzał, czy jestem, jak mnie nie widział to resztę sił ładował w próby wstawania by mnie szukać i niecierpliwił się, więc siedziałam murem by być, podejść lub odezwać się...
Doktor rzucił okiem na wyniki (wcześniej znał go z telefonu) - potężna anemia i gigantyczny stan zapalny (leukocyty 3 razy ponad dopuszczalną normę!!!)...:-((( Ponadto, choć nie musiał, Doktor sam zadzwonił i zaklepał nam termin USG u jednego z najlepszych diagnostów z USG na czwartek...Podejrzenie raka żołądka, lub śledziony. Doktor mówił, że takie objawy + anemia dają o sobie znać w taki drastyczny, szybki sposób w ostatnim momencie. Pozostało nam nosić Skarba, wycierać mu pychola ze ślinotoku, sprzątać podłogę i czekać do diagnozy wykluczającej to, co najgorsze…Z Doktorem byłam cały czas w kontakcie telefonicznym, jeden alarm i Doktor był. Zrobił dla nas (mnie i Amorka) więcej niż mogłabym oczekiwać w najśmielszych marzeniach...

Nie będę opisywać, co działo się ze mną. Totalna rozpacz i bezsilność. „Momentami twardości” jest tylko podawanie leków – tu włączał mi się automat działania i precyzja, a dopiero po leciały łzy…

W nocy z 25.12/ 26.12 ok. 2.15 umarł Amorek. Jedyną ulgę jaką odczuwam, jeśli w ogóle można o takiej powiedzieć, że jego odchodzenie nie trwało długo.
Pomijając fakt, że miał opiekę non-stop to umierał wspierany naszą, moją i męża obecnością. Mąż masował mu brzuszek, widać było, że Amorkowi sprawiało to ulgę, zwilżał pyszczek wodą i wycierał nadmiar śliny, ja nie płacząc, a wyjąc w głos głaskałam, gładziłam, całowałam, zapewniałam jak bardzo go kocham, jednocześnie naiwnie jak dziecko prosząc by mnie nie zostawiał i błagając go o wybaczenie, że nie zdołałam pomóc więcej, bardziej, inaczej. Zawsze już Boże Narodzenie będzie mi się kojarzyło z piekłem, jakiego doświadczyłam, zawsze też będzie prześladował mnie widok oczu Amorka, który od chwili naszego spotkania tymi oczkami wyrażał miłość, ufność i pewność, że nic mu przy mnie nie grozi. Byłam dla niego gwarantem bezpieczeństwa, ładu i spokoju. Człowiek w głębi duszy jest dla siebie najsurowszym sędzią, ja w moim odczuciu zawiodłam, przegrałam walkę, jaką podjęłam o życie tego psa od pierwszego wspólnego dnia. Ze śmiercią nikt nie wygrywa, zwłaszcza śmiercią poprzedzoną chorobą, nie dającą symptomów ostrzegawczych, a to wytrąca broń z ręki. Czyni bezbronnym wobec sytuacji, która wymyka się spod kontroli, zmienia z dnia na dzień, a kolejne wydarzenia pędzą lawinowo. Sądziłam, wierzyłam, że uda się ugrać choć jeszcze 1-3 lat wspólnego szczęścia, z chwilą wybuchu tego, co opisałam w poprzednich komentarzach, targowałam się ze śmiercią, modliłam i błagałam Boga o choć parę jeszcze miesięcy, w stanie jaki udało mi się wypracować dla Amorka. Moich modlitw nikt nie wysłuchał…………:placz:

Odszedł…w mniemaniu niektórych tylko pies, w moim sercu jedna z najukochańszych mi istot, członek rodziny, ktoś kto łączył w sobie troskliwość ojca (gdy czuwał przy mnie nocami, przykłady można by mnożyć), zaufanie i miłość dziecka oraz wsparcie przyjaciela. Kimś takim był dla mnie Amor….
Ten pies miał w sobie coś niezwykłego. Gdy umierał, jak na komendę, tuż przed samym zgonem zaczęły wyć, głosami innymi niż dotąd nam znane, wszystkie psy mamy, żegnały Amora, nie sposób inaczej to wytłumaczyć.
Gdy Amor umarł długo jeszcze nie leżałam przy jego ciepłym ciałku, płacząc w głos, całując jego oczka, tuląc go i przepraszając za bezsilność…
Czym to się zaczęło?
Jeszcze ok. godziny 20.00 Amuś zwymiotował niewielką ilość płynu, nie było w nim żadnych „kłaczków” sugerujących strawioną krew, zaciemnień itd…Potem wstawał, cały czas stękał, wydawał odgłosy bólu (ale to działo się cały czas od niedzieli). Kładł, zasypiał, wybudzał, podrywał główkę by sprawdzić, gdzie jestem. Ostatnie 1,5 – 2 h oddychał ciężej, oddech miał krótki, starał się oddychać całą powierzchnią ciała lub jakby tylko torem brzusznym. Ten objaw poprzedził śmierć Amorka. Z chwilą śmierci nie poleciała znikąd krew, zrobiona w niewielkiej ilości kupka nie budziła żadnych zastrzeżeń, w niej też nie było krwi…Tuż przed śmiercią brzuszek nie był powiększony ani bardziej twardy.
Czy ja mogłam coś przegapić?
Jasne, że to co piszę jest w tej chwili nie do sprawdzenia. Jedyną osobą zdolną zaświadczyć o stanie Amka był Doktor. Widział, go w czwartek przy okazji innej wizyty u nas. Ani w Doktorze ani we mnie nic nie budziło podejrzeń. Piątek też upłynął nam normalnie, Amek częściej przysiadał przy wyjściu na dwór ale nie zaniepokoiło mnie to, bo przysiadała i sunia, a to przysiadanie towarzyszyło nam od pierwszego dnia wspólnego „razem”. Sobota do wieczornych wymiotów również.
Potem nastąpił wybuch wszelkich objawów opisanych wcześniej w komentarzach. Analizowałam po fakcie wszystko. Wszystkie kupki sprzątane po Amorku były aż nadzwyczaj dobre. Wspomniane również gdzieś wcześniej wymioty, jakie miały miejsce w którymś tygodniu (opisane jako po wygłupach), też nie były niepokojące, bo taka sytuacja miała już miejsce 2 – 3 krotnie od połowy września i to bez żadnej regularności, a do tego miałam punkt odniesienia, przygarnięty bokser mamy. Ten staruszek gdy zjadł, a potem np. rozszczekał, zaczął podskakiwać itp. Również natychmiast zwymiotowywał wcześniejszy posiłek. Tym samym, jako opiekunka zostałam pozbawiona wszelkich sygnałów ostrzegających.
Amuś w punkcie wejścia do mojego domu był psem wlokącym za sobą tyle nóżki, niedożywionym, z chorą łapką, skórą oczkami i uszkami, obolały. Po zadziwiająco krótkim czasie udało mi się zaleczyć oczy i uszy, pomóc jego stawom i mięśniom, skóra odżyła, a łyse placki na grzbiecie pokryły się sierścią. Amek przytył, był wesoły, zwiększyła się jego mobilność, w lepsze dni podbiegał, zawsze bawił się piłką, nosił patyki, szczekał na kamień, podskakiwał i jak na jego wiek i stan pokonywaliśmy dość długie dystanse…Wiem, że to głupie ale nie potrafię sobie darować, że nie przewidziałam anemii…nic jednak na nią nie wskazywało!!!
Rozmowa z Doktorem w trakcie leczenia i po śmierci Amcia nie dało ukojenia mojemu bólowi ale uspokoiła…że nie mogłam wszystkiego przewidzieć, bo i jego jako lekarza nic nie zaniepokoiło, a z racji samego Amorka, innym zwierząt mojej mamy był u nas częstym gościem i zawsze ale to zawsze zaglądał do rotusia. Według opinii Doktora tak gwałtowne uderzenie wcześniej utajonych symptomów towarzyszy rakowi żołądka lub śledziony, albo jednoczesnemu rakowi obu tych narządów. Pod takim kątem miało być przeprowadzone badanie USG.

Czy dla Amusia zrobiliśmy wszystko?
Pomimo tego, że ja popadam w obłęd samo obwiniania, zdaniem Doktora i moich bliskich medycznie zrobiono wszystko (to i ja potrafię ocenić, nie pierwszy to chory pies w moim życiu, nie pierwszy Doktor weterynarz, za to pierwszy Doktor, do którego poczynań, troski i zabezpieczenia nas w leki plus w swoją dyspozycyjność, ciągły kontakt, nie miałam cienia uwagi)…
Po ludzku z kolei, przecież trudno mi dokonać samoosądu ale zdaniem właśnie najbliższych mi osób, a i samego Doktora wypruwałam flaki by psu dogodzić.
Dźwigałam gdy chciał tylko wstać lub zmienić pozycję, dźwigałam i z pomocą wynosiłam, wycierałam ślinkę, dbałam by nie miał sucho w pyszczku, a przede wszystkim nie chodziłam spać (ku przerażeniu w oczach Doktora, widział, jak zmęczona jestem; ze zdaniem męża nie liczyłam się w ogóle, w znaczeniu, że nie dawała się nakłonić do położenia), by nic nie umknęło, by być na jedno mruknięcie psa przy nim, w ciągu dnia kładłam się na łączny czas 1,5-2h snu ale wtedy czuwał mąż.

Wyrazy wdzięczności!
Proszę Panią Prezes Fundacji Rottka o przyjęcie moich głębokich podziękowań za zaufanie i wyrażenie zgody na pochówek Amorka tu, na działeczce mamy (oczywiście, gdyby Pani Prezes życzyła sobie inaczej – sekcja – organizowałabym transport psa do Sopotu). Wykopany został piękny, wygodny grób (jeśli do wygody można tu nawiązać). Amuś został pochowany, osobiście opatulony przeze mnie w swoje ulubione kocyki i również przy cudzej pomocy przeze mnie w grobie złożony. Musiałam mimo cierpienia dopilnować wszystkiego. Tuż przed złożeniem, wbrew błaganiom męża odwinęłam jeszcze Amorka by ostatni raz go wycałować. Na jego grobie pali się już piękny, czerwony znicz i mam nadzieję, że jego światełko prowadzi, go ku światu bez bólu, doświadczanej przemocy, ku światu przepełnionemu miłością...Wierzę, że tam się spotkamy, nie dopuszczam innej myśli.

Dokumentacja!
Wszelkie rzeczy Amorka zostaną wkrótce odesłane do Fundacji. Dokumenty leczenia z opisanych dni (zaordynowane, podane leki + opinia Doktora, tak by nic nie pozostało niedopowiedziane), wyniki badań, książeczka zdrowia również trafią do Rottki.

Liczę się z każdym krytycznym spojrzeniem, każde też przełknę i jeśli zaistnieją jakieś wątpliwości (w postaci pytań) spróbuję na nie odpowiedzieć. Żaden krytyczny komentarz nie zdoła zranić mnie bardziej niż śmierć Amorka. Nie potrafię się pogodzić z faktem, że miał tak podłe życie i z chwilą, gdy wreszcie poczuł się szczęśliwy musiał z tym szczęściem się rozstać. Ślepa furia mnie ogarnia, gdy otwieram lodówkę i widzę zapasy mięska jakie mu kupiłam w ramach „Mikołaja”, leczniczy szamponik na wspólną, świąteczną kąpiel. W czwartek przed świętami byłam na giełdzie zwierząt w Łodzi, by wstępnie upatrzeć sobie zabawki i pikowane legowisko, jakie chciałam kupić Amorkowi poświątecznie. Te wszystkie rzeczy związane z Amorkiem, jego zapach w mieszkanku bolą jak diabli. Rozum wie, że stała się tragedia, serce z wielką raną nie rozumie, jak to się mogło stać, rozegrać tak gwałtownie. Nie wiem, jak poradzić sobie z sobą i z tą stratą.
Ten pies był u mnie na prawach najbliższego człowieka, bynajmniej nie psa. Nie potrafię znaleźć sposobu na pozbieranie się w kupkę. Gdzie się nie obejrzę widzę Amorka. On po prostu jest we mnie… Nie mam sił, żeby w pełni przelać na klawiaturę tego, co czuję, gonitwę myśli w głowie…Dla Amorka zrezygnowałam z wszystkiego, co miałam dotąd dlatego, że tak bardzo go pokochałam, żyłam nim. Dlaczego musiał odejść, dlaczego nie dane nam było spędzić z sobą jeszcze troszkę czasu. Czy prosiłam w modlitwach o zbyt wiele???

Posted

:-( Majqa, ja jako osoba z zewnątrz, mająca możliwość być na bieżąco z tym, co się działo z Amorkiem, kłaniam się przed Tobą nisko za to, co zrobiłaś dla tego psa. Nie przespałam nocy, kiedy umierał Amorek. Miałam nadzieję, że rano dostanę od Ciebie SMSa, że jest lepiej, choć głęboko we mnie tkwiło przeczucie, że to już koniec. Majqa, zrobiłaś, co się dało, niczego nie przeoczyłaś. Czasem lepiej nie wiedziećk właśnie było z Amkiem. Dzięki niewiedzy mogłaś sobie żyć obok Amka szczęśliwie, nie lękajac się dość bliskiej, przykrej przyszłości. Tak jest lepiej. Amorek poznał, co to miłość, opieka człowieka, ciepło. Nie umierał samotnie, ale w Twoich ramionach i to jest najwżniejsze. Niesprawiedliwe jest tylko to, że dane mu było tak krótko cieszyć się takim szczęściem po latach horroru. Żegnaj Amorku. :-( :-( :-( :-( :-( :-(

Posted

Eruane napisał(a):
:-( Majqa, ja jako osoba z zewnątrz, mająca możliwość być na bieżąco z tym, co się działo z Amorkiem, kłaniam się przed Tobą nisko za to, co zrobiłaś dla tego psa. Nie przespałam nocy, kiedy umierał Amorek. Miałam nadzieję, że rano dostanę od Ciebie SMSa, że jest lepiej, choć głęboko we mnie tkwiło przeczucie, że to już koniec. Majqa, zrobiłaś, co się dało, niczego nie przeoczyłaś. Czasem lepiej nie wiedziećk właśnie było z Amkiem. Dzięki niewiedzy mogłaś sobie żyć obok Amka szczęśliwie, nie lękajac się dość bliskiej, przykrej przyszłości. Tak jest lepiej. Amorek poznał, co to miłość, opieka człowieka, ciepło. Nie umierał samotnie, ale w Twoich ramionach i to jest najwżniejsze. Niesprawiedliwe jest tylko to, że dane mu było tak krótko cieszyć się takim szczęściem po latach horroru. Żegnaj Amorku. :-( :-( :-( :-( :-( :-(


Ja nie prześpię jeszcze wielu...Patrzę na jego grób, znicz i wyję...obwiniam o co popadnie...On mi tak ufał, a ja widać musiałam do cholery coś przeoczyć...Widzę, go w każdym miejscu działki, w mieszkanku czuję zapach...i te oczy, których nigdy nie zapomnę, takie ufne i bezbronne...
Oszaleję...nie mogę myśleć, nic robić, siedzę większość czasu i bujam się jak dziecko z chorobą sierocą...Nienawidzę tak urządzonego świata...

Posted

Izuniu bardzo Cię tulę i współczuje, nie wiem co napisać. Myślę, że Amor umierał szczęśliwy wiedząc, że Ty byłaś przy nim. Dałaś mu więcej radości, miłości, bezpieczeństwa przez ten krótki moment niż niejeden pies zaznaje przez całe swoje życie.
Izuniu jestem z Tobą, trzymaj się dzielna dziewczynko:-(

Posted

Iza, pamiętaj, że zawsze towarzyszy nam takie odczucie, że coś pominęliśmy, że to nasza wina, ale to fałszywe odczucie, bo ciężko nam ludziom zrozumieć, że na coś po prostu nie mamy wpływu. A tak jest - niektóre rzeczy są od nas niezależne, tak jest zbudowany ten świat. Myśląc, że możemy wszytsko popadamy w zbyt wielka dumę. Wiem, że zrobiłaś wszystko, co było możliwe. Oceniam sytuację obiektywnie z punktu widzenia osoby, która przez takie rzeczy nie raz sama przechodziła. Jestem upierdliwa w stosunku do moich wetów i często ja wpadam na to, co dolega psu. I powtarzam jeszcze raz - niczego nie przeoczyłaś, po prostu nie dało się nic więcej zrobić. Dzisiaj rozmawiałam z moimi wetami o Amorku. Powiedzieli, że spotkali siez takimi porzypadkami wielokrotnie. Nic wtedy nie da się zrobić. byłam w sytuacji, kiedy winiłam sie, że nie zauważyłam choroby swojej rottki, ale teraz z perspektywy czasu wiem ,że nie mogłam niczego przewidzieć, a postawy do wiary w to, że nawaliłam, miałam znacznie mocniejsze niż Ty. Ty nie masz podstaw, żeby tak myśleć.

Posted

majga bardzo mi przykro z powodu utraty przyjaciela:-(
Niedawno opuściła mnie moja przyjaciółka Larysia...
Nie możesz winić się za śmierć Amora w żadnym wypadku:shake:
Jeżeli chodzi o tą rasę mam pewne doświadczenie zdrowotne i mam rottweilera w domu od ponad 20-tu lat.
Pierwszy umarł na parwo,choć mama prawie sąsiadkę pobiła posądzając ją o zatrucie..
Druga Hipcia umarła tydzień po usunięciu śledziony ,nagle w taty łóżku na serce w wieku 13 lat...
Po prostu westchnęła i już.
Trzecia Hipcia ma teraz 6 lat i jest w pełni sił i wigoru,no może jest ciut otyła;)
Na pewno spotkasz jeszcze w swoim życiu te Amorowe oczy tak jak ja spotkałam te Hipciowe wyleczyłam ją z parwo i odkupiłam od handlary spod uniwersalu
Zresztą dom bez rottweilera ,to nie dom
Trzymaj się dzielnie,myślimy o Was ciepło

Posted

[quote name='Eruane'](...) bo ciężko nam ludziom zrozumieć, że na coś po prostu nie mamy wpływu. A tak jest - niektóre rzeczy są od nas niezależne, tak jest zbudowany ten świat. (...) quote]
Ten świat jest więc urządzony przeokrutnie...Cała masa uśmiechów, chwil szczęścia nie potrafi zbilansować morza łez, dni podszytych strachem
i tęsknotą za człowiekiem, zwierzęciem, których się traci...

Dziękuję Eruane, że byłaś przy mnie przez ten straszny czas...i udało Ci się
pokonać odległość mimo, że ona fizycznie istniała...że ofiarowałaś mi swoją bliskość...
Sama wiesz, aż za dobrze, ile dla mnie zrobiłaś i to nie tylko w te święta...
Dziękuję Ci za Twoje serce, jak widać jego pojemność jest nieograniczona...:buzi: :loveu: Jesteś zjawiskowa !!!

Posted

[quote name='bunia']majga bardzo mi przykro z powodu utraty przyjaciela:-( NAJCUDNIEJSZY, JAKIEGO MIAŁAM :placz:
Niedawno opuściła mnie moja przyjaciółka Larysia...BARDZO, BARDZO WSPÓŁCZUJĘ...DO TAKICH "ODEJŚĆ" NIE DA SIĘ PRZYZWYCZAIĆ...:-(
Nie możesz winić się za śmierć Amora w żadnym wypadku:shake:
Jeżeli chodzi o tą rasę mam pewne doświadczenie zdrowotne i mam rottweilera w domu od ponad 20-tu lat. Pierwszy umarł na parwo,choć mama prawie sąsiadkę pobiła posądzając ją o zatrucie..Druga Hipcia umarła tydzień po usunięciu śledziony ,nagle w taty łóżku na serce w wieku 13 lat...Po prostu westchnęła i już.
Trzecia Hipcia ma teraz 6 lat i jest w pełni sił i wigoru,no może jest ciut otyła;) KOCHANEGO CIAŁKA NIGDY ZA WIELE ;) !!!
(...) Zresztą dom bez rottweilera ,to nie dom. WŁAŚNIE TO ODKRYŁAM, TERAZ NIE MOGĘ SOBIE ZNALEŹĆ MIEJSCA...TA PUSTKA UŚMIERCA,
NORMALNIE FIZYCZNIE BOLI !!!
Trzymaj się dzielnie,myślimy o Was ciepło

Dziękuję ogromnie za tak ciepłe słowa otuchy, zwłaszcza, że płynące od fachowca!!! :loveu: Nie mogę sobie podarować, że skrzywieniem zawodowym własnego oka skupiłam się na ukł.kostno-mięśniowo-stawowym...i do łba mi nie przyszło...bo i nic nie dawało symptomów...śmierć nie wysłała zwiastunów, poprostu przyszła...:-(
...i cierpię, mając świadomość, że to psię miało tak podłe życie, a to, które wywołało usmiech na jego pycholu, potrwało tak krótko...
Ludzie, którzy piszą do mnie mail czy sms, pocieszają, że dałam Amkowi tyle szczęścia...W tym jednak jest i drugie dno...Nikt nie może sobie wyobrazić, a i ja się nie spodziewałam, ile szczęścia dał mi on...nadał nowy sens życiu...Na tyle psów, które znalazły dom w moim domu rodzinnym, ten był pierwszym, który ponad inne psie przyjemności stawiał człowieka, był i chciał być cieniem człowieka...Ot, człowiek na 4łapkach..........
Ważne, że nic go już nie boli, niemoc ulżenia mu bardziej, niż zdołałam, rozdzierała serce, a mózg chciał eksplodować.........
Wiem Buni, że kto jak kto ale Ty wiesz, co mam na myśli.......

Raz jeszcze wielkie dzięki za balsamiczne słowa...:loveu:

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


×
×
  • Create New...