Kochani,
przepraszamy za milczenie, ale najpierw nie było netu (w Warszawie nie mamy - tyle co na kartę, a to strasznie żre pieniądze), a po powrocie o północy w niedzielę do domu (droga ponad 12 godzin - korki w Niemczech tam i tu) sama nie wiedziałam w co włożyć ręce, bo pracowa kuweta była do ogarnięcia w trybie pilnym. Teraz wreszcie trochę się ogarnęłam i wystawiam nos.
Hopcik sam nie wiedział co ze sobą robić, chodził od jednego do drugiego, wskakiwał do wszystkich łóżek po kolei i widać było, że się cieszy, że jest znowu z nami. Od mojej mamy dostała pysznej mielonej wołowinki, następnego dnia takoż i potem przez jeden dzień karma była be ;-) Potem Hopcikowi znowu namieszaliśmy w głowie, bo Jędrek został jeszcze u dziadków a my ruszyliśmy w drogę. Ona jest kochanym, najlepszym psem w samochodzie. Kładzie morkę na kolanach Zosi, czasem włazi jej na kolana i się tulą, a potem znowu złazi i z rezygnacją zasypia, czekając na koniec tej udręki. Zatrzymujemy się oczywiście, jest siusiu i małe hopki na trawniku oraz woda, ale za dużo nie możemy się zatrzymywać, bo podróż jeszcze bardziej się przedłuża. I Hopcik to wszystko rozumie i znosi. W domu obwąchała wszystko i poszła na swoje posłanko cmoktać świńskie ucho. Ale mam wrażenie, że trochę jej brak psiego towarzystwa do zabawy...Za to wczoraj nasza Zosia poszła z Hopcią po raz pierwszy samodzielnie na spacerek wokół bloku (lato, pusto, środek dnia, więc samochodów na osiedlowej uliczce w ogóle nie ma). Pies zrobił siusiu i kupkę, którą Zocha zebrała - była strasznie z siebie dumna :-) Powiedziała, że dziś też chce iść. A wieczorem, koło 21.30 poszliśmy wczoraj na spacer na pola, żeby oglądać spadające gwiazdy. Niestety gwiazd nie było widać, bo zrobiło się pochmurnie, za to księżyc od czasu do czasu wyłaził zza chmur i oświetlał pola - a tu: zając! I Hopka poooooooooszła! wróciła po kilku minutach, zdyszana i szczęśliwa, a zając, kuty na cztery nogi, przycupnąl gdzieś i śmiał się z tego szakalo-charta :-)