Ależ ja się naszukałam dzisiaj Ptysi! Wchodziłam co parę minut do pokoju z nadzieją, że się pokaże i nic. Przeszukałam wszystkie kąty, wzięłam drabinę, żeby zajrzeć na górę meblościanki, rozebrałam konstrukcję z desek, którymi to deskami zablokowałam kici możliwość przejścia za piec i ewentualnego zablokowania się, co by oznaczało rozbiórkę pieca kaflowego.Rozłożyłam wersalkę (ze śpiącym pod kocem Aksamitkiem), bo a nuż siedzi w pojemniku na pościel. Nigdzie nie ma, a to nie jest zagracony pokój, gdzie można by się było ukryć w jakimś zakamarku. No tak, dać babie kota, to go po jednym dniu zgubi. Już zaczęłam się modlić do św. Antoniego! I nagle przyszła mi do głowy myśl - a może jest pod szafką, może tam jest jakieś dojście od tyłu. I faktycznie, szafka, która frontem sięga podłogi, od tyłu ma sporą szparę, przez którą Ptysia weszła i ukryła się pod szafką. Kamień spadł mi z serca z takim łomotem, że pewnie słychać było w całej kamienicy.