Kiedyś jadąc w góry z koleżanką zatrzymałam się na stacji benzynowej pod Krakowem. Leżał tam sobie na trawie mały czarny psiaczek, podobny nawet trochę do Guzika. Jak to ja - kucnęłam parę metrów od niego i zacmokałam. Psina popatrzyła na mnie zdziwiona i zaczęła się podnosić, żeby do mnie podejść. Ledwo wstała, bo okazało się, że ma pod brzuchem wiszący guz wielkości piłki nożnej! Prawie wlókł się po ziemi. Psina podeszła do mnie, bardzo przymilna i proludzka. Wokół stacji jakieś domy były, to był wciąż Kraków, uznałam, że pies może być czyjś, więc zadzwoniłam z drogi do TOZu krakowskiego. Obiecali tam podjechać. Po kilku dniach zadzwoniłam do nich jeszcze raz. Psinę zabrali, niestety okazało się, że nic więcej nie można dla niej zrobić niż pomóc odejść. Nowotwór w strasznym stanie.. Ponadto okazało się, że pies miał właściciela. W jednym z domów przy stacji. Facet dostał mandat, tyle TOZ wskórał u policji.. Jeszcze się podbno ciul wymawiał, że przecież pies jest leczony. Tylko żadnych dowodów na to nie umiał przestawić. Mam nadzieję, że jego kiedyś też ktoś tak w ciężkiej chorobie potraktuje i kopnie w doopę, żeby zdechł na ulicy.
A do dziś pamiętam wzrok tej psiny jak do mnie szła...
Guziczek ma więcej szczęścia. Oby udało się mu jakoś pomóc.