Jak zwykle bardzo smutna historia.
Okolice Siedlec, mała miejscowość, w zasadzie wioska. Znajomi przy okazji wizyty u rodziny wypatrzyli u nich małego, rudawego szorstkowłosego pieska. Przywiązanego do budy na krótkim krowim pasku.
Maluch, choć zabiedzony, okazał się bardzo przyjazny. Znajomi, zainteresowani jego losem, uzyskali od "właścicieli" takie informacje:
- piesek ma około dwóch lat, u nich jest ponad rok;
- nigdy nie był spuszczany z paska, bo "może by uciekł"; brudna i wyziębiona buda jest całym jego domem;
- weterynarz? "hahaha, chyba przeżyje, bo młody. Szczepienia - nie przypominamy sobie";
- jedzenie? "nie chce jeść, dziwny jakiś". co dostaje? "no przecież wodę ze starym chlebem, a czasem nawet mleko z chlebem";
- dlaczego taki wychudzony? "no przecież nie chce jeść, poza tym taka jego uroda".
- jak ma na imię? "imię? a po co? nie zwracamy się do niego. To w ogóle nieposłuszny pies, doły kopie koło budy drań".