Madzialena Posted October 23, 2004 Posted October 23, 2004 Witam Was wszystkich! Założyłam ten temat po to, abyście się wypowiedzieli jak trafił do was wasz pupilek. Proszę także przysyłać zdjęcia swoich Yorkusiów i pisać o problemach,problemikach i jak sobie z nimi poradziliście, pisać również o dobrych chwilach z waszego życia z psiunią. :) Będę bardzo szczęśliwa, ponieważ sama nie mam Yorkusia i jestem na etapie proszenia o zgodę. Więc bardzo Was proszę, ślijcie zdjątka i inne różności o waszych psiakach. Z góry dziękuję :D Pozdrawiam wszystkich. papapa Quote
scadia Posted October 26, 2004 Posted October 26, 2004 U mnie bylo i latwo i ciezko :( Zawsze mialam w domu psa, wiec nie bylam jednym z tych dzieci, ktore usilnie musialy rodzica prosic o zwierzatko. Pamietam jeden szczegol, kiedy mialam jakies 10 lat bylam z tata na wystawie psow w Chorzowie. Tam pierwszy raz zobaczylam yorki. Tak mi sie spodobaly, ze tata obiecal, ze jak bede starsza to kupi mi takiego "kokardkopsa" ;) Ale lata mijaly a do nas trafil niechciany przez poprzednich wlascicieli kundelek, ktory podbil nasze serca. Jak bylam juz na studiach tata sie wyprowadzil, zabierajac "Barika" ze soba. DO mnie wprowadzil sie moj chlopak. Bez psa bylo nam wygodniej - ciagle wyprawy, (lubimy rozne sporty), do tego i Barik byl pod reka i psiak w chlopaka domu rodzinnym. Ale pewnego lata pojechalismy do Zakopanego. Bylo tam tyle yorkow! Zaczelam rozmiawiac z jedna z wlascicielek. Opisala mi posiadanie yorka (oczywiscie w samych superlatywach! :) ) i nie moglam wprost uwierzyc, ze to takie cudowne psy! Wtedy cos we mnie drgnelo i jakas czesc mnie zaczela znowu chcec dawno obiecanego "kokardkopsa". Potem zaczelam miec fiola na tym punkcie. Czytalam ksiazki, chodzilam po necie (trafilam na dogomanie ;) ). Musialam sie upewnic, ze to jest wlasnie to czego chce. Zaprosilam tez do siebie kolezanke, ktora ma yorka (ale miniaturke, bez rodowodu). Mala Daisy tak mis ei spodobala ze bylam juz pewna. Przekonanie chlopaka zajelo mi chwilke i bylismy gotowi jechac kupic szczeniaczka. Wyszlismy z takiego zalozenia jak wiekszosc zjadaczy chleba: nie musi miec rodowodu. Ma byc do kochania a nie na wystawy. Zebym wtedy wiedziala...Znalezlismy ogloszenie w gazecie. POtem poszlo szybko: mila pani, ladne pieski, niska cena. Wybralismy malenstwo. Pozniej sie okazalo, ze 2 miesieczny pies mial wielkosc rodowodowego 2 tygodniowego szczeniaka! Szczesliwi pojechalismy do domu. W nocy cos sie z nim dzialo. Rano znowu...jakis atak czy co? Zadzwonilam do tej pani. POwiedzialam, ze cos sie ze szczeniakiem dzieje ale Ona potraktowala mnie tak fatalnie, ze juz bylam pewna, ze cos jest nie tak. Weterynarz stwierdzil ostra wrodzona padaczke i chore serce. Kilka godzin pozniej musielismy go uspic. Nie dalo sie go leczyc, byl zbyt maly :cry: . Starsznie to wtedy przezylam. Oczywiscie jak sie pozbieralam do kupy stwierdzilam, ze kobiecie nie popuszcze! Naslalam na nia pania z TOZ, ktora zrobila im inspekcje. Okazalo sie, ze psy sa krzyzowane miedzy soba, ze wszystkie maja wrodzone wady genetyczne, ze sie nie nadaja do niczego tylko do uspienia. No slowem wszystko, czego sie mozna bylo spodziewac po nierodowodowych psach. Obecnie wiem, ze pieski jej zabrano i ze maja juz one nowych wlascicieli ( jednego ma ta Pani inspektor z TOZ :) ) No ale teraz o moim Łobuziaku: od tamtego zdarzenia minal miesiac. I to bylo niesamowite, ze szczenie nie bylo z nami nawet 12 godzin a tak zakrecil nasz swiat! Strasznie nam brakowalo malutkiego pyszczka, lapek, ktore biegna za nami...niesmialo zaczelam znowu myslec o psie...A moje kochanie, ze zawsze jest na miejscu i zawsze wie o czym mysle zabralo mnie pewnego dnia do jednego domu. Nie wiedzialam gdzie jade. Tam czekal na mnie szczeniaczek!!! MIal na glowie kokarde i byl taki niesmialy...:) Zakochalam sie w nim bez pamieci :) Byl dla mnie! :lol: Teraz mamy psiaka z legalnej hodowli i nie oddalabym go za nic!!! Wlasnie spi na moich kolankach :) To chyba tyle :) Quote
Panula Posted October 28, 2004 Posted October 28, 2004 Swietnie, ze ukarano ta pania oszustke!!! Zbyt wielu jest takich handlarzy, przestrzegam wszystkich przed kupowaniem psow na targach. Moja kolezanka kupila "yoreczka" w takim miejscu za 1100zł i... na leczenie jego wydala juz ponad 2000zł :( i nie wiadomo, czy piesek przezyje, a jak przezyje - to czy bedzie w pelni zdrowy.... Quote
Panula Posted October 28, 2004 Posted October 28, 2004 Scadia...az mi sie lzy zakrecily, szaleni sa i zli ludzie, ktorzy zadze pieniadza przedkladaja nad dobrem zwierzat i rozmnazaja chore, cherlawe zwierzatka przenoszace jeszcze wady... :( Straszne!! Madzialena, pytasz o nasze poczatki. Moja historia jest, na szczescie, mniej pechowa i bardzo smutno mi, ze Scadia musiala przejsc przez takie przykre doswiadczenia. U mnie nie bylo tej, tak typowej dla potencjalnego nabywcy pieska, fazy zainteresowania szczeniaczkami z kartonika na rynku. Od poczatku wiedzialam, ze nawet gdybym nie chciala wystawiac pieska, to musi on miec rodowod. W przypadku yoreczkow , nawet z do zludzenia podobnie wygladajacego, szczeniaczka moze wyrosnac zwierzaczek zupelnie yorka nie przypominajacy! Przez ponad rok szukalam, ogladalam, czytalam ..i marzylam. Wiedzialam czego chce i pozostalo mi tylko namowic mojego Arka na taki zakup. Jak wiekszosc mezczyzn, on bylby w stanie zgodzic sie na wszystkie chyba zwierzatka - ale nie na takiego "nie meskiego" kokardkowca ;) Wreszcie doszlam do wniosku, ze musze chociaz sprobowac pokazac mu szczeniaczki ...i myslalam, ze wtedy sie zgodzi. Mialam duzo szczescia- gdyz trafilam przez zwiazek kynolog. do pani sedziny znajacej sie swietnie na yorkach, ktora opowiedziala mi jakie sa ew.beda szczeniaki (tzn.z jakich polaczen) i poniewaz w Poznaniu nie bylo nic godnego polecenia zaproponowala wyjazd do Łomianek k/W-wy. Oczywiscie juz nastepnego dnia tam pojechalam i ogladalam szczeniaczki. Kiedy juz prawie bylam zdecydowana ...zadzwonilam do meza i niestety nadal sie nie zgadzal. Rozgoryczona wracalam z oczami pelnymi lez... Arek widzial moj ogromny smutek. Opowiadalam mu o slicznych psach, o przemilych charakterach ..ale wiedzialam, ze jest nieugiety. Gdy uslyszalam, ze moge w koncu robic co chce ;) zadzwonilam i poprosilam p.Kasie, by jadac przez P-n na wystawe zagraniczna przywiozla mi mojego szczeniaczka. ...jakie bylo moje zdziwienie gdy nie zgodzila sie i nawet nie byla zbyt chetna bym psa kupowala, jesli maz nie jest zdecydowany(pozniej zdarza sie, ze taki piesek nie jest zaakceptowany i wraca do hodowcy). Arek sam zadzwonil do niej i potwierdzil, ze sie zgadza To byl przelom!!! ...I TEGO SAMEGO DNIA POJECHALAM PO YOKUSIE! Byly przymrozki, straszna pogoda - pojechal ze mna brat.... gdy wrocilismy o 5.00 nad ranem ...brat polozyl Yokusie spiacemu Arkowi na piersiach. Cicho obudzil go mowiac "to Twoja coreczka" ;) ...no i Arek tez sie zakochal... Juz za chwile obok nas lezala mala puchata kuleczka, miala piekne iskrzace oczka i ufnie patrzyla na nas. Byla taka dzielna i kochana.Nasza pierwsza sunia!! Minely juz dwa lata. Faktycznie urodzilam malutka coreczke-Amelke dwa miesiace temu a gdy ja przynieslismy ze szpitala do domu to oprocz dziadkow przywitaly nas tez juz dwie!!! :) nasze suczki Yoko i Bell Ami ...i male Belaminiaki - czyli jej szczeniaczki. Gdy obudzilismy sie rano pieknie swiecilo sloneczko ...szczeniaczki wesolo biegaly, suczki nas witaly radosnie i byl z nami maly chomiczek, nasze pierwsze wspolne zwierzatko. Obok nas lezala nasza coreczka. "To dom jak z bajki Disney'a"... powiedzielismy sobie! To sie nazywa pelnia szczescia! Dom z pieskami i to tak madrymi i wesolymi jak yorki, jest wspanialy i szczesliwy. One rozladowuja kazde napiecie, kochaja nas-a my je. Arek i Yoko to najlepsi przyjaciele, a Bellamisia kocha mnie bezgranicznie, a ja je obie! Czasami, kiedy jest Ci smutno, Twoj yoreczek przyjdzie i tak na Ciebie spojrzy... a potem sie przytuli. Madzialena, jesli jeszcze nie masz yoreczka, a juz je tak lubisz ...to nie masz innej drogi ;) - za miesiac, pol roku ...a moze rok miec go bedziesz na pewno!! Nie ma wyjscia. Nie ma drugiej takiej rasy o tak iskrzacych oczkach, kochanych malych mordkach z kokardka na czole ;), przekrzywianych madrze glowkach, o tak wesolym i zywiolowym temperamencie i milej jedwabistej siersci! Obecnie Belaminiakow ;) juz nie ma, ale Yokusia byla niedawno kryta i zobaczymy! Moze znow wesolo beda skakaly male czarne kuleczki i sprawia, ze cale yorkowe towarzystwo rozweseli kazdego. Tymczasem mnie marzy sie jeszcze jeden lub dwa yorkaski w domku :oops: -one bawia sie razem tak wspaniale i jest z nimi tak wesolo - a kazdy jest inny. Jak widzisz yorkomania jest choroba i to ciezka, nie mozna sie z niej wyleczyc :P - ale po co?? gdy przynosi tylko radosc. Zycze Ci takiego yorkoprzyjaciela!! Buziaki!! Quote
Snoopy7 Posted October 28, 2004 Posted October 28, 2004 Panula Historia niesamowita :thumbs: , ale ze mnie beksa aż sie popłakałam, :cry: Quote
Ola&Kika Posted October 28, 2004 Posted October 28, 2004 Witam :) Coś mi się wydaje, że będzie to bardzo wzruszajacy topik :wink: Całą rodzinką oglądaliśmy fotki piesków, w tym yorków i.. zakochaliśmy się w tych słodkich pyszczkach :) Szczególnie ja i mama, która zawsze była przeciwna posiadaniu psa w bloku, na widok malenkiego Yoreczka stwierdziła- takiego pieska możemy kupić..zupełnie nagle, niezwykle zgodziła się na pieska..Yorki ja oczarowały :) Od tej pory przeszukiwałam w internecie masę ogłoszeń, stronek, dowiadywałam się o tych maluszkach i zakochiwałam się w nich jeszcze bardziej..szukałam rok..w końcu znalazłam ogłoszenie na dogomani, podany był numer telefonu, tata zadzwonił i już tego samego dnia mieliśmy jechać pod Warwszawę (Izabelin) po pieska, zdecydowaliśmy się na psa w ciągu pięciominutowej rozmowy, suczki nie chcieliśmy - cieczka itd. , zadzwonilismy ponownie, aby zawiadomić Panią Elżbietę jaką płeć wybraliśmy. Okazało się, że Pani ta ma do sprzedania dwa mioty - jeden po jej suczce, a drugi po suczce siostry(tej pani), a pieski są w drugim miocie i są młodsze, więc nie można jeszcze odbierac ich od matki..Mieliśmy po naszego pieska przyjechać 16 lipca, prosto od rodziny.15 lipca zadzwonił telefon- teściowa, która została przy pieskach, (nie wiedziała o tym, że zarezerwowany jest piesek) sprzedała psa..została tylko jedna, jedyna malutka suńka..oczywiście nie zrezygnowaliśmy z wyjazdu po maleństwo..Gdy przyjechaliśmy, przywitał nas wesoły szczek matki Kiki- Fifi, gdy wybiegła z domu, mama myślała, że to nasz szczeniaczek :lol: A jednak z pod stołu wyskoczyła malutka czarna 10 tygodniowa kuleczka-nasza kuleczka :) Pani opowiadal anm mnóstwo rzeczy o swojej suńce, o pielęgnacji, o tym, że Fifi nie lubi dzieci, ponieważ w szczenięctwie zetkneła się z butem siostrzeńca, którym dostała w pyszczek, że nie przepada z obcymi, szczeka na nich i wraczy..a jednak nas wylizała od stóp do głów..merdała ogonkiem, przyniosła swoją gumową kość, byłam w siudmym niebie..moje maleństwo wciąż siedziało na kolanach :) Fifi po ciąży chorowała na tężyczkę :( Właścicielki, mówiły nam o tym, że napewno suńka nie będzie drugi raz szczenna..poprostu myślały, że suczka musi mieć przynajmniej raz szczeniaki :( Jenda z Pań, nawet próbowała nie dopuścić do ciąży, oszukując drugą, ukrywając fakt iz sunia ma cieczkę :wink: Po długiej i męczącej podrózy byliśmy w domu..Kika spałaszowała jedzonko..nasiusiała na gazetę..i zaprosiła nas do zabawy trzymając w pyszczku gumowgo kurczaka :D Chcieliśmy pieska-mamy suczkę..widocznie ten nasz naukochańszy skarbek, był przeznaczony właśnie dla nas :D Chaotycznie, ale chyba można zrozumieć :wink: Całuski! :) Quote
owczarnia Posted October 29, 2004 Posted October 29, 2004 Nasz Fuzlaczek nie ma rodowodu i został kupiony od pewnej pani - co tu dużo kryć - z ogłoszenia. Mimo to jest zdrowy i śliczny, kochamy go nad życie i jeszcze trochę bardziej, pomimo iż miał być dziewczynką :D. Owa pani miała bowiem do sprzedania suczkę i pieska, ja zarezerwowałam telefonicznie suczkę i czekałam aż będzie do odbioru. Mimo iż chciałam przyjechać zobaczyć pieski i wpłacić zaliczkę, pani wolała umówić się dopiero jak maluchy skończą siedem tygodni (jak mówiła, dla ich dobra, bo były jeszcze za małe). Kupiłam wyprawkę, wybrałam imię dla suni i czekałam. Dwa dni przed umówionym terminem nie wytrzymałam i zadzwoniłam zapytać się czy może jednak mogę przyjechać chociaż zadatkować małą. Na co pani wśród tysięcznych przeprosin zakomunikowała mi, że właśnie ją sprzedała - trafił się ktoś bardziej uparty ode mnie i dopiął swego... Myślałam, że zwariuję z rozczarowania. Pani zachęcała do obejrzenia pieska, ale ja nie chciałam. Dopiero mąż mnie namówił, widząc moją rozpacz, aby chociaż go zobaczyć. Zadzwoniłam więc jeszcze raz i umówiłam się, pojechaliśmy. No i kiedy wyleciał na nasze powitanie razem z rodzicami, taki mały berbeć, kiedy wzięłam go na ręce - nie było odwrotu. Do domu wróciliśmy z Fuzlakiem :). I nie żałowałam ani przez chwilę! Quote
Snoopy7 Posted October 29, 2004 Posted October 29, 2004 A u nas to było tak, Mąż oczywiście był przeciwny, namówiłam, więc najpierw naszego 6 letniego synka, potem zachęciłam abyśmy tylko pojeździli po hodowlach i pooglądali. No, więc udało się :P , mąż jak tylko zobaczył maleństwo to od razu zmiękł i zaczeliśmy jeździć i oglądać. (z ogłoszeń gazet)W końcu zdecydowaliśmy się na pieska, wydawał nam się najładniejszy i taki malutki, Pani była bardzo miła od razu w ręku miała książeczkę pieska, tak jak by chciała powiedzieć `oto papiery proszę`. Pokazała nam Matkę, w pokoju też na balkonie był mały wilczurek (mówiła, że przywiozła go z Niemiec) Na drugi dzień zadzwoniłam do Pani, i powiedziałam, że przyjedziemy po pieska popołudniu. Wyobraźcie sobie, podjechaliśmy pod jej dom dzwonię do domofony a tu zamiast, zaprosić do środka tak jak poprzednio, Pani wychodzi pod furtkę z pieskiem pod ręką i nie otwierając nawet furtki mówi cenę, którą mamy zapłacić, staneliśmy wszyscy jak wryci, i zaproponowałam jej czy możemy wejść, ponieważ mam parę pytań, ona otwarła wreszcie furtkę, ale nie wpuściła do domu mówiąc, że ma bałagan. Byłam już gotowa wyjść, ale piesek był tak uroczy, taki bezbronny. Staliśmy i zadawaliśmy Pani pytania, odpowiedziała nam na nie i wreszcie wzięliśmy naszego pieska. Był taki kochaniutki, !!!!! Doszliśmy do wniosku, że to jest Piesek :bluepaw: naszych marzeń. W aucie jechał spokojnie, w domku strasznie się cieszył , bawił, lecz na drugi dzień zaczął mieć wodnistą kupkę, zadzwoniłam do Pani, ale Pani tak nie chętnie chciała rozmawiać mówiąc, iż nie ma czasu, ale jeżeli pije to wszystko jest ok.. Na drugi dzień pojechałam do weterynarza z pieskiem już było gorzej, dostał antybiotyk a w nocy już myśleliśmy, że to koniec , nasz psinka nie ruszał się , spał cały czas (ciężko oddychając) nic nie jadł nie pił, i zaczął wymiotować, była godzina 11 wieczór Sobota, a ja sprowadziłam dwóch weterynarzy na nogi i do przychodni ,Parwowiroza 30% piesków przeżywa tą okropną chorobę (powiedział nam lekarz) Pamiętam jak odjeżdżałam, mąż się z nim żegnał myślał że to koniec, dostał kroplówkę, i mieliśmy czekać, na drugi dzień było bardzo źle, piesek piszczał z bólu, nie mógł chodzić, obijał się o ściany, to było okropne nie mogę o tym pisać, weterynarz wreszcie znalazł maleńką żyłkę w łapce aby mu włączyć węflon. Walka o Snoopcia życie trwała 2 tygodnie, były dni gorsze i też lepsze, (podobno ta choroba tak się objawia) najgorsze było to, iż Snoopcio bardzo był głodny, chciał jeść a nie mógł nawet dostawać pić, to było okropne, takie maleństwo potrzebuje jeść, bo rośnie, jak tu pieskowi wytłumaczyć, że to dla jego dobra... Weterynarz w pewnym momencie, nie dawał nam w ogóle szans, powiedział, że najlepiej będzie jak oddamy pieska Pani, ale nie poddaliśmy się , Pani i tak już nie chciała z nami rozmawiać. I po 2 tygodniach jazdy po dwa razy dziennie do weterynarii , udało się powolutku, Snoopcio zaczął dostawać jedzonko specjalne, był taki szczęśliwi, wszyscy lekarze byli jednego zdania ta psinka będzie nam wdzięczna za to przez całe swoje życie. Dodam jeszcze, że Parwowiroza rozwija się właśnie u nowego właściciela, po około 2 dniach. Jak się później okazało (dowiedziałam się od jej weterynarza) , Pani z pseudo hodowli miała 2 tygodnie wcześniej pieska innej rasy, który umarł, ale ona twierdziła, że był to skręt kiszek. Teraz już bym nie popełniła takiego błędu, ale czy ja wiem, trudno powiedzieć. Snoopcio ma już 8 miesięcy i jest zdrowym szczęśliwym i kochanym pieskiem :kiss3: , kochamy go wszyscy bardzo mocno, wszędzie jeździ z nami, jest naszym oczkiem w głowie. Synek mój przepada za nim, śpimy wszyscy razem, i po prostu jest cudownie, życie nasze dzięki Snoopcia stało się takie wesołe i jesteśmy szczęśliwi :klacz: , że jest razem z nami, naprawdę warto było walczyć. Mój list może będzie przestrogą dla nowych nabywców piesków. Buziaczki :buzi: Quote
waldek2 Posted October 29, 2004 Posted October 29, 2004 Pozwoliłem sobie umieścić na swojej stronce w dziale ludzie listy piszą "Wasze przeżycia", w których mowa jest o nieuczciwych hodowcach (stąd nie wszystkie wypowiedzi). Quote
scadia Posted October 30, 2004 Posted October 30, 2004 Snoopy7 Gratuluje Wam i ciesze sie tym bardziej, ze bylam swiadkiem jak umieral szczeniak - wilczurek mojego brata. Wlasnie na parwowiroze :( Jednak yorki to mimo wszystko silne stworzonka :) Quote
Snoopy7 Posted October 30, 2004 Posted October 30, 2004 Scadia dziękujemy, przeżyliśmy rzeczywiście horror, ale mamy to już za sobą. Mieliśmy dużo szczęścia :fadein: Tak, tak silne są te nasze cudowne yoreczki. :lilangel: Quote
owczarnia Posted November 5, 2004 Posted November 5, 2004 No proszę, to wychodzi na to, że ja trafiłam na jakąś super uczciwą panią, pomimo iż z ogłoszenia i pieski nierodowodowe... I serdeczna była, i uprzejma, i miła. Udzieliła mnóstwa rad, dała cały spis włącznie z odręcznymi rysunkami instruktażowymi masażu uszek (żeby stały) :lol: sporządzanymi w naszej obecności. Rady okazały się zresztą bardzo przydatne. Piesek był zaszczepiony i odrobaczony, miał książeczkę zdrowia, był czyściutki i pachnący, wesoły, przyjacielski i doskonale odkarmiony. W kącie kuchni stała otwarta paczka Eukanuby Puppy Mini i ewidentnie to jadł, bo kupiłam na początku tę właśnie karmę i wcinał aż mu się uszki trzęsły :). Telefonowałam później do tej pani z jakimś pytaniem, nie pamiętam już z jakim, bardzo chętnie odpowiedziała i wypytywała się o Fuzlaczka. Pies był i jest okazem zdrowia i wyrósł na ślicznego yoreczka - jak wiele razy słyszałam ładniejszego od niejednych rodowodowych - tak więc ja jestem bardzo, bardzo zadowolona. Nawet pomimo tej gafy z "moją" suczką :). Quote
kinia_w Posted November 5, 2004 Posted November 5, 2004 Ja też miałam szczęście, znaczy się (odpukać) do tej pory nie stało się nic, co by mogło wskazywać na to, że pani, od której kupiłam Muszkietera była jakaś nieuczciwa. Piesu nie ma rodowodu, ale hodowla była polecona przez bardzo polecaną hodowlę (pani miała szczeniaczki z kryciqa piesiem z tej bardzo polecanej hodowli). Muszki jest zdrowy, rozwija się wzorcowo, pani dzwoni co 2 tygodnie i robi mi przesłuchanie ;) czy się dobrze opiekuję pieskiem, bo się przejmuje i ochrzania mnie, jak ja nie dzwonię, bo ona się wtedy martwi, że małemu się dzieje krzywda. A teraz właśnie mały łobuziak dorwał klocki domina i w próbie uratowania jego podniebienia i klocków rozciął mi się palec. Po wczorajszej chorobie małej bestii nie ma już ani śladu :) Quote
Ola&Kika Posted November 5, 2004 Posted November 5, 2004 No proszę, to wychodzi na to, że ja trafiłam na jakąś super uczciwą panią, pomimo iż z ogłoszenia i pieski nierodowodowe... I serdeczna była, i uprzejma, i miła. Udzieliła mnóstwa rad, dała cały spis włącznie z odręcznymi rysunkami instruktażowymi masażu uszek (żeby stały) sporządzanymi w naszej obecności. Rady okazały się zresztą bardzo przydatne. Piesek był zaszczepiony i odrobaczony, miał książeczkę zdrowia, był czyściutki i pachnący, wesoły, przyjacielski i doskonale odkarmiony. W kącie kuchni stała otwarta paczka Eukanuby Puppy Mini i ewidentnie to jadł, bo kupiłam na początku tę właśnie karmę i wcinał aż mu się uszki trzęsły . Telefonowałam później do tej pani z jakimś pytaniem, nie pamiętam już z jakim, bardzo chętnie odpowiedziała i wypytywała się o Fuzlaczka. Pies był i jest okazem zdrowia i wyrósł na ślicznego yoreczka - jak wiele razy słyszałam ładniejszego od niejednych rodowodowych - tak więc ja jestem bardzo, bardzo zadowolona. Nawet pomimo tej gafy z "moją" suczką . Dokładnie takie same mam odczucia jeśli chodzi o moją suczkę :) Pamiętam, że Pani dała nam nawet bananową kaszkę dla dzieci, bo tylko taką Kikunia lubiła :lol: Zastanawiające jest tylko to, że owczarnia i ja miałyśmy dokładnie taka samą sytuację z omyłkową sprzedażą suczki- a wmoim wypadku pieska :-? :wink: Tak właściwie, to nawet nie chcę się teraz nad tym zastanwiać, najważniejesze, że nasze suczydło jest z nami- całe i zdrowe, rozpromieniające co dzień nasze czasem szare życie :D Quote
Magdalena1 Posted November 19, 2004 Posted November 19, 2004 tyle jus sledze i udzielam sie na tym forum,a nawet nie opowiedzialam historii mojej Jawy...mam nadzieje,ze was nie zanudze :oops: jak juz wiecie mam tez suke collie,ktora dostala na powrot do warszawy po krotkiej przeprowadzce z innego miasta,bym nie czula sie samotna byla decyzja o kupnie psa(ZA CO BARDZO DZIEKUJE MOJEMU CHRZESTNEMU,KTORY NAMOWIL MOICH RODZICOW)sonia jako moj pierwszy pies(no nie zupelnie bo jak bylam malutka to mialam jeszcze charta afganskkiego,ale go nie pamietam)byl kupowany z nieswiadomoscia z ogloszenia..szczerze gdybym wiedzial ze to tak bedzie wygladac to bym sie dwa razy zastanowila..jak przyjechalam ja odebrac to w sumie nie przypominala malej futrzastej kuleczki tylko szczupaka na wysokich nogach,ale od razu sie w niej zakochalam.na poczatku chorowala sporo,ale z czasem jej przeszlo...jednak po paru latach czulam ze jednak mi czegos brakuje(ja tak w ogole to zawsze mialam swira na pkt psow)przekonalam sie ze potrzebuje tez takiego psa do ktorego bede musiala ambitniej podchodzic...czyli psa rodowodowego i wystawowego ..najpierw (nie wiedzac jaki jest mi przeznaczony pies)chcialam znow duuzego(moi rodzice byli przerazeni ze w mieszakniu to sie tak przeciez nie da :lol: )a moja genialna sasiadka z doga niemieckiego przerzucila mnie wlasnie na yorka(choc na poczatku myslalm ze to taka mala glupiutka zabaweczka,ktora caly czas szczeka)..rodzice byli zachwyceni bo mysleli ze w takim razie wyperswaduja mi wogole psa z glowy 8) ale niestety moja yorkowa choroba trwala rok zanim rodzice zmiekli(tzn najpier mama chcial a tata nie,wiec pojechalismy do naszych znajomych ktorzy maja 3 yorki z misja przekonywania taty..ale mam teraz smiechy przypominajac sobie to).w koncu sie udalo...tata jest jednak taki miekki(tzn tata kocha zwierzeta,ale tak jak ja na poczatku nie byl wcale przekonany do yorka)..naszczescie mialam juz jakies tam doswiadczenie i orientowalam sie w psich sprawach,wiec od poczatku wiedzialam ze chce kupic suczke wystawowa :D naszczescie ci nasi znajomi mieli kolezanke z rodowodowymi yorkami...poprosili by specjalnie dla nas zaplodnila swoja DASTI..no i sie udalo...odwiedzalam co tydzien szczeniaki(jak skonczyly 3 tygodnie),by moc wybrac tego najpiekniejszego(nawet imie jej wybralam..judee-zeby wolac deedee-"didi").wszystko bylo super..jednak ktoregos dnia,dostalismy tel,ze jest spory problem z deedee bo matka podrapala jej oczka(nie chcacy)wiec bedzie dlugie leczenie,rehabilitacja i czy w takim razie na pewno ja chcemy,bo nie wiadomo jakie beda efekty koncowe,skoro chcemy psa wystawiac..po dlugim namysle nie zaryzykowalismy kupnem chorego pieska,bardzo sie balismy ze jak cos sie stanie to sobie nie poradzimy..no wiec znow akcja wybiearnie pieska.wybralam tydzien przed odbiorem najmniejsza i najczarniejsza suczke....poprostu zakochalam sie od razu i nie wiem czemu wczesniej jej nie zauwazylam.odebralismy ja i przyjechala z nami tydzien pozniej do domku..po paru miesiacach miala tragiczny wypadek i myslalam ze mam juz po wymarzonym psie(skoczyla na murek i myslala ze dalej jest trawa jak u nas na podworku a tu byl zjazd do garazu-u mojego chrzestnego-i spadla na beton z 2 metrow na plecy).pojechalismy do weta od razu wystraszeni,wyrzucajac wszystkich tam obecnych z psami drac sie ze my z wypadku(ale jaja) po czym lekarz stwierdzil,ze nie ma nawet siniaka(a jak spadla to tak sie darla-jeszcze takiego wrzasku bolu nie slyszalam)...i tyle moich dziwnych sytuacji zwiazanych z kupnem JAwy i poczatku pobytu u nas.a deedee trafila do dobrego domu.tylko raz ja spotkalam na wystawie i bylam w szoku jak ona wyglada byla strasznie jasna a pyszczek miala dluuugi na metr prawie,choc z miotu najlepiej rokowala na przyszlosc :wink: choc mysle ze jakbym sie zdecydowala na nia to tez bym ja kochala calym sercem jak JAwe ..przepraszam ze tak duzo :biggrina: :oops: WYBACZCIE,ale inaczej tego sie nie da opowiedziec Quote
Daga_i_Oskar Posted November 20, 2004 Posted November 20, 2004 Kochani, ja także jestem już prawie miesiąc na tym forum, a jakoś nie wpisałam tutaj mojej historii, ale jak czytałam Wasze to same łzy mi się cisnęły do oczu i nie ma co tu ukrywać, ala się popłakałam. Co tam duże dzieic też placza hihi. No to zaczynamy. Moja historia z Yorkami była nstępująca. Jak byłam młodsza miałam z 11 lat to zakochałam się w tej kokardkowej rasie i dostawałam szału jak takiego spotykałam(była to wówczas rzadkość, bo tylko jedna osoba u mnie na osiedlu miała 3 yorki--->próbowała założyć hodowlę, ale nie wyszło) Próbowałam namawiac rodziców na to cudeńko, nawet pokwapiłam się pójśc do tej pani do pracy spytac się o cenę szczeniaczków. Niestety cene jaką mi wtedy powiedziała nie odpowiadała nam-do teraz uważam, że to jest dużo. Oferowała nam suczke za 2tysiące a piesio 200zł mniej. Niestety rodzice powiedzieli, że nie dadzą tyle za szczeniaka, bo nie mają 100%wej pewności, że ten piesio bedzie zdrowy, a co jak odejdzie od nas już po miesiącu?? Zrozumiałam to i dałam sobie spokój, mimo tego nadal byłam w tych pieskach zakochana. Wszytsko się zmieniło w ubiegłoroczne wakacje, kiedy to kuzyn po stracie wcześniejszeogo psa, postanopwił kupić sobie Posokowca Bawarskiego. ja się tak zakochałam w tym szczeniaczku, że powiedziałam rodziców: mamo ja chce psa jest mi już wsyztskoe jedno jakiego, ale ja ja chcę mieć w domu pieska. Dodałam jesczze :dlaczego on może mieć psa a ja nie i sie rozpłakałam, bo tak bardzo jestem zakochana w pieskach. Dzeń w dzień marudziłam rodzicom, ze chce pieska. Na pocztaku miał byc to beagiel, ale mama powiedziała, że ona chce mniejszego. Powiedziałam Ok i dalej szukałam piesków na neciku--->przesiadywałam wtedy na nim 24h na dobe i o niczym nie szło ze mną pogadać jak tylko o psach. Następnie miał być westie, dzwoniłam po hodowlach (chcieliśmy psa bez rodowodu, bo stwierdziliśmy, że nie będziemy jeździć na wystawy i w ogóle wtedy dużo rzeczy nie wiedziałam)Dodzwoniłam się do jeden hodowli, ale powiedzieli mi, że nie maja bez rodowdu, a z rodowodem kosztuje 2500zł. No nic podziekowałam i szukałam dalej. Nie poddałam się. Nagle zadzwonił mój kuzyn ze wspaniałą wiadomościa dla mnie : powiedział mi, że jego mamy kolezanka z pracy mam Yorka (nierodowodowego) i bedzie miała szczeniaczki. Ja sie tak ucieszylam, ze ze szczęsścia się popłakałam. Ja juz bylam w siodmym niebie, wiedzialam, ze tylko musze do koonca rodziców do tego namówić. Zbierałam na pieska i uzbierałam połowę, a drugą połowę dołozyli rodzice, mówiąc ze to bedzie mój prezent urodzinowy. Zadzwonilismy do tej pani od Yorka(Sara) i powiedziała nam przez telefon, że jest 6 szczeniaczków (4 pieski i 2 suńcie) Jakos tak od poczatku chcieliśmy pieska. Zapytalismy się, czy możemy przyjechać zobaczyc te malenstwa. Mialy wówczs 10 dni, a to zdjęcie Oskarka : Kiedy je zobaczyłam serduszka w oczach mi sie pojawily. Miałam do wyboru 4 (suczki były zaklepane) długo sie zastanawiałam którego, kazdego dotykałam, sprawdzalam, ale po 10dniowych noworodkach nie bardzo mozna cos okreslic. Padlo na Oskarka bo mnie polizal po raczce i zasnal mi na niej, co wyzej widac na zdjeciu. Do odbioru malucha mielismy jeszcze 5tygodni, ja juz tym pieskiem zylam, dzien w dzien siedzialam na internecie i czytalam wsyztskie niezbedne wiadomosci do wychowania tego szkraba. Snnilo mi sie to juz po nocach, czulam juz Go obok siebie--->to bylo cos okropnego, patrzac z punktu widza hihi. Zapomnialam o bozym swiecie nikt dla mnie nie istanial, bylam taka szczesliwa wtedy, ze nie zapomne tego nigdy. Po odbior Oskarka pojechalismy w ostatnia sobote sierpnia. Kiedy zobaczylismy ta mala kuleczke, lezka po policzku mi splynela. Pani powiedziala nam czym mamy karmic, co ona podawala i wszelkie inne informacje. Kupilam specjalnie koszyczek, kocyczek, cala wyprawke---?mial wszytsko czego tylko sobie zyczyl. Szybko sie zaaklimatyzowal i tej jest juz z anmi ponad rok. Wybilo mu juz 16 m-cy, ale urok szczeniaczka gosci w nim nadal. Kochamy Go nakmocniej jak tylko sie da, robimy wsyztsko pod niego, wszedzie Go ze soba bierzemy. No ma sie supper. Całuejmy Quote
Lq&Neki Posted January 14, 2005 Posted January 14, 2005 Ehh ja miałam podobnie jak Daga..Ale gdyby nie mój kuzyn nie wiem czy teraz bym miała Nekiego :) Zaczęło się to od tego że kuzyn miał królika.. Spodobał mi się od razu taki włochaty, biały, dosłownie kłębek waty :) I marudziłam mamie: mamo..taki króliczek mały...proooooszęęę.... W końcu mama powiedziała tak na odczepnego: "No to ja już wolałabym mieć takiego małego jakiegoś pieska" Ja na to:"Jakiego?" mama:"a takiego Yorka włochatego" I się zaczęło.... :D Królika sobie odpuściłam i szukam wszędzie informacji na temat Yorków..Gdy zobaczyłam na podwórku jakiegoś Yorka pomyślałam"OOOooo nie..Skoro ona może mieć Yorkshire Terriera to czemu ja nie?!" Pewnego dnia poszłyśmy do weterynarza i... Ogłoszenie: Sprzedam Yorki(...) Pare dni później pojechałyśmy do hodowcy.. Były tam 2 szczeniaczki,dwa pieski..Od razu się w nich zakochałam! Ale szczególnie zwróciłam uwagę na tego jednego. Miał taki układ włosków że wyglądał jakby się do mnie uśmiechał! Ale to był "noworodek" i musiałam trochę poczekać..Ale już był "zaklepany" przez nas :) Doczekać się nie mogłam!!!! Nadszedł ten wielki dzień.. Pogoda nie sprzyjała bo pamiętam do dziś, że padał deszcz... :x No ale trudno. Gdy tam przyjechaliśmy i gdy zobaczyłam go słów mi zabrakło. Na początku chcieliśmy go nazwać Toffi :) takie słodkie imię :D :shiny: Ale zostało :loveu: NEKI :loveu: Wyglądał przecudownie, wydawał mi się najpiękniejszym pieskiem na świecie, byłam w 7 niebie, taka szczęśliwa jak nigdy! Gdy zawołałam "Neki" i kucnęłam, Neki uciekł (biedacze się przestraszył mnie!) ale potem podszedł i pozwolił się wziąć na ręce. Od tamtej pry Neki jest oczkiem w głowie całej rodziny, kochamy go najmocniej jak potrafimy i nie wyobrażamy sobie życia bez niego..Tego dnia nigdy, przenigdy nie zapomnę. To był piękny dzień. Jeden z najpiękniejszych, chociaż pogoda nie sprzyjała. Pozdrawiam wszystkich forumowiczów, a w szczególności tych co też się tak namęczyli jak ja :) :) :) Quote
Madzialena Posted January 16, 2005 Author Posted January 16, 2005 Hej! Przepraszam że nie pisałam tak długo ale niestety brak czasu. Wkoło tylko szkoła-nauka-szkoła-nauka. Ale dziś znalazłam czas więc zabieram się do pisania. Na samym początku napisałam że nie mam Yoraska, ale przez ten czas wszystko się zmieniło. W grudniu 2004 roku rodzice sprawili mi psiaka- mojego wymarzonego yoraska. Jest to piesek i nazwałam go Laki (Lucky-szczęsciarz) Jestem tak szczęsliwa. Był to prezencik mikołajkowy ponieważ dostałam go 5 grudnia. :) Bardzo się cieszę. Pozdrawiam wszystkich Yorkomaniaczków. papatki :) Quote
Księżycowa_Pyza Posted January 16, 2005 Posted January 16, 2005 Witaj Madzialeno, pamiętam Cię jak się wypowiadałaś, jak bardzo chciałaś mieć pieska. Cieszę się, że twoje marzenie się spełniło. Życzę Ci aby piesek zdrowo się chował i z niecierpliwością czekamy na fotki w Naszej galerii. PS ja też niedługo opiszę tu swoją historię hihi, zapewniam, że będzie dłuuuga :wink: Quote
Madzialena Posted January 16, 2005 Author Posted January 16, 2005 Hej! Dzięki za pozdrowienia. Tak to prawda pisałam o tym że bardzo chciałabym mieć pieska i się udało:) :) Jestem teraz bardzo happy. własnie zaraz będę szła na spacerek. Zdjątka będę wklejać, ale zobaczę kiedy-mam wielką nadzieję, że dziś mi się uda. A teraz zmykam na spacerek. :fadein: Pozdrawiam Madzialena i Laki Quote
Śliczna Posted January 28, 2005 Posted January 28, 2005 To ja też wam opowiem... U mnie to się zaczęło ponad dwa lata temu...dopadła mnie choroba yorkowa.Każdy spotkany yorek zagłaskany! No i zaczęłam szukać.Pojechałam na wystawę, rozmawiałam z hodowcami...Naczytałam się,że york powinien bć z rodowodem - wtedy jest większa pewność, że będzie zdrowy. No i wreszcie znalazłam!!! Pojechałam! Mamie wspomniałam o piesku,że chce.Zresztą widziała moją chorobę...MÓwiła "po moim trupie" To ja grzecznie do mojego brata "trumienkę zbijaj" i pojechałam zobaczyć.Moja Oliwcia miała już pięć miesięcy. Była malutka i cudowna. Stwierdziłąm, ze ją chcę. Problem był jedny - wyjeżdżałam na wczasy. Umówiłam się że jak wrócę to ją wezmę. Ubłagałam mojego brata, zeby ze mną jechał. Z pracy wzięłam 3 godz. wolnego (musiałam załatwić bardzo pilną sprawę :) ) no i pojechaliśmy. Moja Oliwcia była śliczną damą. Dostałam dla niej posłanko, jedzonko, witaminki, dokumenty. Zapłaciłam i wróciliśmy do pracy. Chciałam ją przymycić,ale się nie dało.Była trochę przestraszona. Zostawiłam ją w swoim biurze w kąciku i poszłam się zameldować do dyrektora. Mama się zapytała gdzie byłam ja jej odpowiedziałam, że w Sosnowcu, a ona "po psa?" Kiwnęłam głową. Szef się zapytał gdzie jest a ja, że na dole. No iwszyscy się zbiegli. Oliwcia ważyła 1,4 kg. Była naprawdę typową pańcią! Moja mama zawału o mało nie dostała. Długo nazywala ją "bydlątko" Oliwcia została. Zakochana w moim ojcu!! Tylko on się liczyła dla niej.Ja byłam odk pozoatałych rzeczy... Niestety Olcia zachorowała.Weterynarze...leczenie...cały dom do góry nogami...trzeba było uśpić.Musiałam podjąć decyzję. Pozeganie było najgorsze. Moja mama pojechała z z moim kolegą, bo nagle wszyscy mieli coś pilnego! Ja poszłam do domu i pochowałam wszystkie rzeczy. Płakałam bardzo. Wszyscy płakali.tata się nie odzywał cały dzień. Mama wróciła piechotą do pracy. W piątek ja uspałam, w niedzielę wystawa w Bytomiu.Pojechałam. Hodowczyni nakrzyczała na mnie, ze ją uspałam. W następną niedzielę jechałam z mamą do Warszawy. Wzięłam pożyczkę na mojego psa.Do czwartku nie byłam pewna czy będę go miała.Był zamówiony. Ale on nie jest na wystawę tylko do kochania. Ma metrykę. Był największy, taki trochę ciamajdowaty - nazwałam go Bentley Przywiozłam go do domu (tata oczywiście nic nie wiedział). Spytał sie co to jest a my z mamą że owczarek niemiecki. Tata zwróciła się do niego - "nie myśl sobie, ze się do ciebie przyzwyczaję:. Wieczorem tarzali się po dywanie!! Jest całkiem inny. Teraz waży prawie 5 kg. Oglada sie za dziewczynami, uwielbia blądynki. nie lubi się kąpać. Samochodem to tylko za kierownicą. W marcu skończy rok!! Mama nazywa go kundel przebrzydły i kupuje mu największą kość!! Chyba nie zanudziłam :) Quote
Malaga Posted January 28, 2005 Posted January 28, 2005 Piekne historie! Wzruszajace i takie niezwykle! I ja tez chce wam opowiedziec swoja , nie Harrietki historie. Zawsze mialam psy w domu.Zima 7 lat temu odeszla od nas bokserka Saba, miala 12 lat i byla prawdziwa domowniczka. Rozpacz nie do opisania. Staram sie nie miec dwa razy tej samej rasy,aby nie porownywac bo zaden pies nie jest taki sam. Wiec co teraz kupic? YORKA! Gdzie? W zwiazku podali kilka adresow hodowli choc pies nie mial byc wystawowy, bylo mi ich zal jak patrzylam na wystawach. Trafilismy wreszcie tam gdzie urodzily sie szczeniaczki.Ogladalismy male yorunie, a u pani byly jeszce dogi.Wyszlam cala w wysypce i potwornie sie balam czy to nie od yorkow. Wybralam sobie sunieczke z bialym krawatem i lapkami, cudenko,ale trzeba bylo poczekac, az podrosnie.Dalismy zadatek i z niecierpliwoscia czekalam na dzien odbioru Harrietki. Dwa dni przed odbiorem zle stapnelam i noga do gipsu na szesc tygodni. Maz mowi "trudno nie bedzie psa, bo kto sie zajmie takim maluszkiem", ja w bek. Plakalam tydzien,az wreszcie maz i synowie doszli do wniosku , ze wszystko lepsze od moich humorow. Pojechali sami i przywiezli mi zupelnie "cos" innego niz wybralam! Hodowczyni przyznala sie w koncu ze "mojego" psa oddala za krycie, a moja sunka ma tylko imie,ale to nie ta. Ale to TA! Dzieki mojej nodze w gipsie Lalunia jest takim pieszczochem, ze chyba drugiego takiego nie ma na swiecie.! A i ja zdjelam wczesniej gips, zeby za nia nadazyc. To tyle historii Harrietki. Nie bede was zanudzac, bo mam siedem yoraskow i kazdy ma soja historie. Pozdrawiam wszystkich serdecznie! Graltuluje MADZIALENO. Ciesze sie z Toba! Quote
Madzialena Posted January 29, 2005 Author Posted January 29, 2005 Dziękuję wszystkim kochani. Cieszę się, że wchodzą nowe, wzruszające pościki bo już myslałam, że temacik pada. :) Quote
Visenna Posted January 29, 2005 Posted January 29, 2005 To i ja wam opowiem jak to bylo z nami: Od zawsze chcialam miec pieska, i moja mama od zawsze nie chciala psa w domu. Mamy bardzo male mieszkanko, wiec nawet to zrozumiale. Pare razy udalo mi sie przemycic do domu jakiegos szczekacza, ale nigdy na dluzej niz 3 miechy. Za to zawsze w domu byl kot. Pewnego dnia, kiedy skonczylam 15 lat, udalo nam sie podstepem przy pomocy taty sprowadzic do domu bullterriera. I powstala szansa ze bedzie mogl u nas zostac na stale. Bylam szczescila w jak pijany zajac w kapuscie. Mielismy go jakies pol roku, kiedy nagle zaczelam zauwazac u siebie potworny katar, kaszel, swedzace plamy na skorze... Po wizycie u lekarza okazalo sie, ze to alergia i ze musze pozbyc sie kotow i psa, jesli nie chce sie udusic. Nie jadlam przez dwa tygodnie, w takiej bylam rozpaczy. No ale coz, zwierzeta powedrowaly w nowe, dobre rece, a ja musialam sie pogodzic z tym, ze zadnego futrzaka w domu miec nie moge. Na pocieszenie dostalam od mojego Mezczyzny Fufke, moja krolice, bo tylko takie zwierzatka jak krolik czy chomik mnie nie uczulaja. Fufka jest cudna, ale to nie pies...Mijaly lata, a ja pogodzilam sie z tym ze nie moge miec psa. Az tu nagle okazalo sie, ze jestem bardzo powaznie chora. Zaczely sie pobyty w szpitalu, i odzyly tez marzenia o psie. Po kolejnej operacji stwierdzilam, ze skoro mam szanse zejsc niedlugo z tego padolu, to chce jednak zaznac jak to jest miec psa. I zazyczylam go sobie w nagrode po operacji, za to ze bylam dzielna :). Tak, tylko jaki pies nie uczula? Szczesliwy traf chcial, ze znajomi nabyli wtedy Yorka Cathrinke i okazalo sie ze to jest to! Szukalam, szukalam i w koncu na allegro (tak, wiem ze to nie najlepsze miejsce) znalazam mojego Szoguna. Mama, ktorej za zadne skarby nie mozna bylo wczesniej do psa przekonac, na punkcie tego zwariowala kompletnie. Robi mu ubranka na drutach, czesze i lata na spacerki, takze czasem sie zastanawiam czy to jeszce moj pies ;) Uczulenie odzywa sie czasami jeszcze, ale na szczescie nie w takim stopniu by nie dalo sie z tym zyc. Mam moje male szczescie, chorobsko zostalo zlikwidowane (miejmy nadzieje) i jest dobrze. Zreszta wierze w lecznicze wlasciwosci zwierzat :). Szogun i Fufka swietnie sie dogadali. Maly ma teraz 5 miesiecy i jest najspokojnieszym psem jakiego do tej pory mialam. Uwielbia jezdzic autem, nie znosi czesania i kapieli, ale nigdy nie protestuje kiedy sie go poddaje tym zabiegom, tylko probuje chylkiem czmychnac :) jest strasznym niejadkiem i jest przekochany!!! pozdrawiam Visenna, Szogun, Fufka i konie Quote
Daga_i_Oskar Posted January 29, 2005 Posted January 29, 2005 Dziewczyny, Wasze historie sa piekne, a czasem nawet wzruszające i nie obyło się bez popłyniętej łezki po moim policzku. Najwazniejsze to to, ze mamy nasze ukochane psiaki :):) Malaga, przykro mi z Twojej histroii, ajk ją przeczytałam to az sie rozpłakalam, ale dobrze ze zadomowil się u Was inny piesio. Zarówno go Kochacie jak poprzedniego, a moze i mocniej Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.