Zosia4 Posted July 14, 2010 Posted July 14, 2010 No i dobrze, że się rozpisałeś. A przy okazji zaskoczyłeś mnie, bo rzadko kiedy zdarza się żeby ktoś tak się zajmował swoimi (starszymi) psami. Już Ci odpowiadam : 1. Diagnoza była jednoznaczna : znaczne zwyrodnienie kręgosłupa w odcinku szyjnym i na tym odcinku nad tylnymi nogami Poza tym stwierdzili też u niej zalegające masy kałowe i obrzmienie jelit. Wet jeszcze mówił o jakiejś chorobie występującej u ON-ków w związku z ich budową. Nawet ją jakoś nazwał ale nazwy nie pomnę (coś na literę K). 2. Jak pojechałam z nią do weta to kazałam zrobić wszystkie badania jakie są tylko potrzebne. Poprzestali na zdjęciach rengenowskich i rzeczywiście było widać takie jakby narośla czy już nawet nie wiem jak to nazwać (oni jakoś to fachowo nazywali ale nie pamiętam). 3. Na tych sterydach to ja się nie za bardzo znam ale jego nazwa zaczyna się DEXO lub DEXA, być może brzmi DEXOVENT (wiesz - ci weci mają takie pismo jak "ludzcy" lekarze, więc tyle odszyfrowałam z ich pisma). A poza tym, to ten steryd brała przez trzy dni. Dostawała jeszcze zastrzyki podskórnie : wit. B12 i jakiś przeciwzapalny. No i przepisali receptę na syrop na "sranko" ale to już musiałam wykupić w "ludzkiej" aptece. Jeśli chodzi o to "sranko" to sądzę, że się po prostu nie wypróżniła przed wizytą u weta, bo apetyt ma niezmiennie i nie sądzę żeby pies z kłopotami z układem trawiennym rzucał się na jedzenie. Mimo to, podawałam jej ten syrop "dogębnie". No i teraz najgorsze : dostałam jeszcze sześć zastrzyków do podawania podskórnie (wit. B12 i to coś przeciwzapalnego). Sama to robię, dostałam wszelkie instrukcje od weta i wczoraj był ten pierwszy raz. No - nie powiem - było to dla mnie wielkie wyzwanie. Ale od czego są życzliwi sąsiedzi. Jedna sąsiadka jest pielęgniarką więc mi ponapełniała strzykawki i odpowietrzyła je (jak mi je podała, to już mi się słabo zrobiło). Wzięłam też do pomocy sąsiada (Berta ewidentnie woli facetów, a u mnie facetów chwilowo "niet" ) - młodego chłopaka i wyobraź sobie, że przed tą "operacją" czułam się jak kat (wszak musiałam "kujnąć" moją Bertę - moją ukochaną psicę). Słuchaj - ręce mi drżały, chciało mi się płakać i w ogóle cały świat mnie przytłaczał. No ale powiedziałam sobie, że przecież mam cztery starsze zwierzaki i nie wiadomo co mnie jeszcze z nimi czeka. Wszak kroplówkę już podawałam parę razy (przy założonym wenflonie rzecz jasna przez weta). No i przemogłam się, bo nie miałam innego wyjścia. Poszło tak gładko, że aż się sama dziwiłam - podałam jej te dwa zastrzyki i udało się. Berta nawet nie drgnęła (chociaż te zastrzyki są podobno piekące). Chwyciłam jej skórę na karku, podniosłam i zrobiłam z niej "namiocik" (jak nakazał wet) i poziomo się wbiłam zdecydowanym ruchem i wstrzyknęłam. Potem to samo z drugim zastrzykiem. Wiesz - z wrażenia nie mogłam usnąć w nocy. Oj - teraz to chyba ja się rozpisałam. No i sorry za te moje opisywane przeżycia ale z kimś musiałam się nimi podzielić Quote
gallegro Posted July 14, 2010 Posted July 14, 2010 Bardzo Ci dziękuję za wyczerpujące info. Na początek chcę się odnieść do stwierdzenia o nie przykładaniu należytej wagi do leczenia psów starych. Niestety, w większości przypadków jest to regułą. Ba, nawet niektórzy weci dziwią się takim "wariatom" jak my, sugerując często "przerwanie cierpienia" psa. No pewnie, zrobienie śmiertelnego zastrzyku jest o wiele prostsze niż chociażby prawidłowa diagnoza, nie wspominając już o skutecznym leczeniu... O ile w przypadku ludzi młodych, jestem w stanie zrozumieć ich swoisty brak wyobraźni, o tyle ludzie starsi powinni patrzeć na ten problem ze swojej perspektywy. Nie znam człowieka, który bez względu na wiek nie chciałby żyć jak najdłużej. Domniemywam, że ze zwierzętami jest podobnie. Pomijam przypadki, które ewidentnie kwalifikują się do eutanazji. Niestety, osobiście tego doświadczyłem i wiem, że czasem trzeba podjąć tę trudną decyzję... Wrócę jednak do wetów, bo to mój "ulubiony" temat :razz: Z wetami jest podobnie jak z piwem... niby każde takie samo, ale Ż....c robi różnicę ;-) A było tak... Po konsultacji z ortopedą otrzymałem dokumentację, gdzie między innymi podane były leki i dawkowanie. Pomyślałem, że nie będę jeździł do odległej Wawy, tylko poproszę weta (jednego z lepszych w Siedlcach), aby co 4 dni robił Kamie zastrzyki. Tak na marginesie, to ten sam wet "badał" ją, kiedy pojawiły się pierwsze symptomy niedomagań i przytaknął naszej błędnej sugestii, że to problem z uszami. Zamierzał nawet je wyczyścić, ale kiedy Kama wpadła w furię, demolując fragment gabinetu, powiedział, że nie będzie teraz ryzykował (Kama była w kagańcu) :roll:. Na koniec swoim zwyczajem zapakował w torebkę "magiczne" tabletki, które okazały się beznadziejnym antybiotykiem, który podaje większość niedouczonych wetów. Kiedy właśnie zgłosiłem się ze wspomnianą na wstępie rozpiską, ówże wet popatrzył nań robiąc przy tym taką minę, jakbym pomylił kartki. Potem pokręcił głową i zadzwonił do hurtowni. Okazało się, ze leki te są niedostępne :crazyeye:. Wykazał się też swoistą inwencja twórczą, sugerując zamienniki, które nie miały niczego wspólnego z właściwymi lekami. Jak się póżniej okazało, leki te miała od ręki w gabinecie nasza znajoma wet w Warszawie. Stwierdził, że są to dość typowe specyfiki, dlatego nie mogła wyjść z "podziwu" dla fachowości siedleckiego weta. >Zosia, w tym miejscu zapytam Cie, czy byłaś z Bertą u ortopedy czy lekarza "rodzinnego" ;)? Absolutnie daleki jestem od podważania opisanej przez Ciebie diagnozy, ale nauczony doświadczeniem, poważne przypadłości konsultuję z kilkoma wetami. Tak jak wspomniałem wcześniej, Kama ma problem z kręgosłupem, ale nie on był powodem zupełnego paraliżu. A co by było, gdyby ktoś był "w gorącej wodzie kąpany" i uśpił psa, który po kilku tygodniach miał szansę wyzdrowieć. Tylko, że... przecież to stary pies... I oto w ten sposób powróciliśmy do początku mojej opowieści... Kiedy znajomy usłyszał, że jeździłem z chorym psem do Warszawy (nie wiedział ile razy :razz:), stwierdził, że to... głupota... Wracając do meritum... Jeśli Berta cierpi ból (zwykle w przypadku zmian zwyrodnieniowych tak właśnie jest), zdecydowanie polecam wspomniany wcześniej Trocoxil. Żaden steryd na dłuższą metę nie da się zastosować, a za granicą już prawie całkiem od nich się odchodzi. I najważniejsze... Trocoxil jest w formie smacznej tabletki, którą pies traktuje jak przysmak, więc nie będziesz musiała kłuć swojej Berty :lol:. Ja również robię zastrzyki (w tym od niedawna domięśniowe) i też to przeżywam :shake: Quote
Zosia4 Posted July 14, 2010 Posted July 14, 2010 Gallegro - moja Berta już teraz chyba nie cierpi, bo widzę, że ustawia swoją koleżankę z kojca do pionu. Mają kojec bardzo duży - ok. 120 m kw. A dlatego w nim są, że mają niestety zapędy ucieczkowe (wyobraź sobie takie dwie olbrzymie ON-ki, które biegną przez wieś - toć to zawału można dostać jak się ich nie zna). A byłam z nią w zaufanej lecznicy ale niestety, mój "rodzinny" nie miał wtedy dyżuru. Musiałam się dostosować do czasowości mojego sąsiada, który ma specjalnego busa do przewożenia psów i dlatego tak nieoczekiwanie z nią pojechałam. Ja też bym chciała to skonsultować z różnymi wetami ale najzwyczajniej w świecie brak mi na to kasy. No niestety - to jedynie mnie ogranicza, bo z pustego nie naleję :-) . Gallegro - ja mam doświadczenie ze starymi psami, miałam jednego, który dożył blisko 21 lat i umarł na moich rękach. Więc możesz mi wierzyć, że serce mam do takich spraw. Quote
gallegro Posted July 14, 2010 Posted July 14, 2010 Zosia4 napisał(a):(...)Gallegro - ja mam doświadczenie ze starymi psami, miałam jednego, który dożył blisko 21 lat i umarł na moich rękach. Więc możesz mi wierzyć, że serce mam do takich spraw. Nie wątpiłem w to nawet przez chwilę. Domyślam się, że chodzi o Liska, którego wzięłaś na kilka miesięcy przed jego odejściem. Właśnie dowiedziałem się o tym od mojej TZ-ki. Niestety, brak gotówki to "sztandarowy" problem wielu dogomaniaków. Ja również tego doświadczyłem. Będę się jednak upierać, że w trudnych przypadkach lepiej poświęcić trochę kasy na zdiagnozowanie przez specjalistę, miast płacić "frycowe" jakiemuś niedouczonemu wetowi. Czasem konsultacja w oparciu o specjalistyczne badania może okazać się tańsza, niż kilka bezproduktywnych wizyt u kiepskiego weta. Doświadczyłem tego kilkakrotnie, dlatego niektórym podziękowałem za współpracę. Quote
Zosia4 Posted July 15, 2010 Posted July 15, 2010 Tak - z tymi wetami to się zupełnie z Tobą zgadzam. Ale, że Liska wypatrzyliście ? Tak, to był Lisek, kochany psiak i przynajmniej doświadczył na koniec co to jest prawdziwy dom. Od niego zaczęła się moja przygoda z Dogomanią. Teraz mam na stanie już trzeciego psa z Dogo i jedną kotkę - wszystko już w wieku dość zaawansowanym. Pies przyjechał do mnie aż z Lublina, a kotka z Torunia. Ale ja Ci tu tylko piszę o nas, a przecież to wątek Kamy. Napisz jak się czuje obecnie. Quote
gallegro Posted July 15, 2010 Posted July 15, 2010 Wątek Liska z zapartym tchem śledziła moja TZ-ka. Pamiętam jak opowiadała mi o psiaku, który niemal całe życie spędził w schronie. Jak to dobrze, że na koniec zasmakował odrobinę szczęścia. Niektórzy uważają, że psy nie mają poczucia upływającego czasu, dlatego całe swoje życie kojarzą z czasem rzeczywistym. Jeśli tak jest w istocie, wszystkie bidulki podobne Liskowi zaznają pełni szczęścia w swoich prawdziwych domach. My również mieliśmy podobny przypadek, ale jeszcze bardziej "spektakularny"... Oboje z TZ-ką doświadczyliśmy najkrótszego DT i jeszcze krótszego DS w naszej dogomaniackiej "przygodzie". Gabi trafiła do nas z parwo i mimo intensywnego leczenia, odeszła w swoim nowym domu, po kilkunastu godzinach od adopcji... :shake: Pani Ania adoptowała sunię w beznadziejnym stanie. Jeśli to co napisałem o pojmowaniu czasu przez psiaki jest prawdą, również i Gabi zapamiętała tylko to co dobre - czuło słowo i dotyk kochającego człowieka. Mocno w to wierzę... Wracając do meritum, czyli naszej Kamusi... Nie dalej jak wczoraj wieczorem przyszedł czas na serię zastrzyków. Kama bardzo ich nie lubi (szczególnie piekących witaminek). Kiedy usłyszała szczęk kagańca (zakładamy na wszelki wypadek), zerwała się na równe nogi i w te pędy do drzwi, które były przymknięte. Co to dla nie za problem - usiadła przed nimi na pupie i wpychając nochala otworzyła je sobie na oścież. Niestety, dalej były drzwi zewnętrzne, zamknięte na klamkę. Stanęła przed nimi i wpatrywała się w klamkę. No cóż, pomyśleliśmy, że może chce siku. Ale ona tylko położyła się na trawie i całkowicie "ogłuchła"... Ani było jej w głowie wracać do domu. Po jakimś czasie postanowiłem "pomóc" jej w podjęciu właściwej decyzji. Kiedy ponownie znalazła się w domu, historia z drzwiami powtórzyła się. Niestety, w tej sytuacji zmuszeni byliśmy użyć perswazji, a kiedy nie poskutkowała, siły. Kiedy położyłem ją na posłaniu, dygotała ze strachu. TZ-ka przytrzymywała ją za kaganiec, a ja musiałem robić za tego "niedobrego". Domięśniowy poszedł gładko, ale z podskórnymi witaminami było gorzej. Kama wyrywała się i popiskiwała. Na koniec, w ramach "przeprosin" otrzymała dubeltową dawkę... przysmaków (biszkopciki i jej ulubiony przysmak - świeży... chlebek ;-)). Rzucała się na nie z takim animuszem, że nijak nie widać było po niej choroby. Dziś Kama również jest wesoła i zainteresowana otaczającym ją światem. Łazi po całym mieszkaniu, ale nie za bardzo chce wyjść na powietrze (pewnie dlatego, że jest gorąco). Nasz kojec również jest spory (70 m2) i położony pod ogromnymi rozłożystymi dębami i świerkami, więc cienia jest w nim pod dostatkiem. O ile w chwilach słabości Kama chętnie z niego korzystała, o tyle po odzyskaniu sił nie za bardzo chce być w nim zamykana.. Leży teraz obok mnie i podsypia. Kama jest wspaniałą, mądrą, kochaną sunią i bardzo się cieszę, że było jej dane podnieść się z zupełnej niemocy... Quote
Zosia4 Posted July 15, 2010 Posted July 15, 2010 Dzięki za wieści o Kamie. Jest piękna i w ogóle - jak piszesz - jest bardzo kochana. Wiesz - ja uwielbiam "wielkopsy" - Lisek był dość duży ale miałam po nim największego psa jaki kiedykolwiek mi się przyśnił (tylko z wilczarzem jego wzrost mógł być porównywalny). Sięgał mi niemal do biodra. Też był z Dogo i jeździłam po niego aż do Sopotu. Niestety - pożył u mnie tyle co Lisek i tylko miałam nadzieję, że przynajmniej zaznał co to prawdziwy dom. I wiesz - nawet spał ze mną w jednym łózku. Był tak potulny i łagodny, że nie wyobrażasz sobie jak taki wielki potwór może być do tego stopnia łagodny. Bardzo przeżyłam jego odejście i przepłakałam niejedną noc. Ech - jestem naprawdę z Wenus. Teraz mam Barrego - jest onkowaty i też dość spory. To jest taki mój obrońca, że nikt nie ma nawet prawa się do mnie zbliżyć. Ponieważ mieszkam od jakiegoś czasu sama to Barry jest dla mnie takim stróżem, że niczego się nie boję. Ale dzięki Bogu nie pozwoliłam mu włazić do łóżka od początku i bardzo sobie to chwalę, bo i on mnie posłuchał od pierwszej chwili i ja nie mam wiecznego piachu na prześcieradle. No i jeszcze raz sorry za moje wynurzenia. I pisz dalej o Kamie - fajnie o niej piszesz. Quote
gallegro Posted July 15, 2010 Posted July 15, 2010 W zasadzie nie miałem już pisać, ale przypomniałem sobie o czymś bardzo istotnym. Po doświadczeniu ostatnich tygodni jesteśmy pewni, że psy analizują, wyciągają wnioski i zapamiętują. I nie jest to bynajmniej tylko zwykła pamięć "mechaniczna", czy "podręczna", która pozwala trafić psu do miski, czy na ulubione posłanie. Niektóre psy obdarzone są szczególnymi zdolnościami w tym względzie, czego niestety nie można powiedzieć o wszystkich ludziach. Kilka przykładów mam na codzień za płotem, ale nie chcę rozwijać tego wątku ;-). Kiedy Kama była zdrowa nie tolerowała miziania u nasady uszu, nie mówiąc już o ich tarmoszeniu. Kłapała zębami i to z prawdziwą złością. Nie wtulała się głową w człowieka i w ogóle była bardzo niezależna. Wzięcie jej na ręce było ryzykownym zabiegiem. Krótko mówiąc, Kama była prawdziwą indywidualistką i przywódczynią stada. Jeszcze na początku choroby, kiedy paraliż był umiarkowany, nie pozwoliła mi na głaskanie pod pyszczkiem, a kiedy zacząłem sprawdzać czy przypadkiem nie ma tam kleszcze, zesłościła się na dobre. Mijały kolejne dni, a ona traciła władzę nas swoim ciałem. Była zaskoczona i zdezorientowana tą sytuacją. W tym samym czasie następowała ogromna przemiana jej psychiki. Patrzyła na nas w taki sposób, jakby prosiła o pomoc. Kiedy mogła jedynie nieznacznie poruszać głową, płakała kiedy zastawała sama. TZ-ka spała przy jej posłaniu i non-stop ją głaskała, a kiedy zdarzało jej się usnąć, Kama natychmiast potrząsała głową i wyła/piszczała. Wiedziała, że nie jest już samodzielna, dlatego zdecydowała się na całkowitą zmianę frontu. Nie protestowała już kiedy brałem ją na ręce i zarzucałem na ramię. Z całą pewnością nie było to fajne, ale nie usłyszałem jednego "słowa" sprzeciwu. W tym czasie otrzymała ogromną dawkę czułości, w tym niekończące się mizianie, a ostatnio nawet tarmoszenie za uchole. Zero reakcji... tylko uśmiechnięte pysio i wesołe oczy. Kama musiała otrzeć się o TM, żeby zrozumieć pewne rzeczy. Już teraz widać, że jej przemiana nie ma charakteru tymczasowego, co potwierdza moje przypuszczenia odnośnie psiej "inteligencji". Tiaaa... tak sobie myślę - co powiedziałby po przeczytaniu powyższego mój idol - sąsiad zza płotu :razz: O czym ja piszę... najpierw trzeba przeczytać, a potem jeszcze zrozumieć :roll: I tym właśnie różnią się niektóre psiaki od niektórych ludzi... Quote
Zosia4 Posted July 16, 2010 Posted July 16, 2010 Tak - jeśli chodzi o sąsiadów zza płotu, to ja mam też swojego idola. Tak chciał się wzbogacić, że kompletnie wyeksploatował swoją sunię - goldenkę, która rodząc miot za miotem - odeszła w wieku kilku lat. Wiesz, kiedyś te małe szczeniaczki poprzełaziły do mnie przez szczebelki i zaczęłam się z nimi bawić. Sąsiad pyta co ja robię ? Odpowiedziałam, że cieszę się nimi. No i zatroskany powiedział mi, że jeden nie przeżył i bardzoż z tego powodu ubolewał, bo tyle kasy przepadło. Ot - samo życie. Fajnie piszesz o Kamie i przez to naszły mnie też pewne refleksje. Tak - to święta racja, że pies, który wiele przeszedł - jest w stanie się bardzo zmienić. Mój Barry, który przybył do mnie dokładnie trzy lata temu, jest tak mi oddany i taki mądry, że aż dziw bierze, że ktoś go chciał najzwyczajniej w świecie ukatrupić. Przeszedł bardzo ciężko babeszjozę i w zasadzie nikt mu nie dawał żadnych szans. Do mnie przybył już jako podleczony i wyobraź sobie, że nie mam lepszego przyjaciela. No, ale od czego są dogomaniacy - znalazła się taka wariatka jak ja, która masę kasy wydała na jego leczenie i przywiozła go do mnie "w ciemno". Niczego nie żałuję i to była jedna z tych moich lepszych decyzji w życiu. Był u mnie na diecie przez prawie półtora roku (ryż, pierś z kurczaka i warzywa) i teraz jest najradośniejszym psem na świecie. Wiesz - tak jesteśmy ze sobą zżyci, że on wyczuwa moje psychiczne nastroje i dostosowuje się do nich. Wie, kiedy będę wychodzić z domu (chyba rozpoznaje to po moich zabiegach pt. czesanie, malowanie, inne ciuchy niż zwykle itp. [jak to kobieta :-) ]. Kładzie się wtedy na swoim posłanku i wie, że będzie sam. A najważniejsze - wie, że wrócę. No i wyobraź sobie, że ten "wsiowy" pies, któremu groziła siekiera, strzelba czy "bógwico" jeszcze jest normalnym, zdrowym i szczęśliwym psem. Jest tak mi oddany jakby wiedział, że już będzie ze mną na zawsze. Bo i będzie. No i to tyle. Ale pisz o Kamie, bo naprawdę pięknie o niej piszesz. Quote
gallegro Posted July 19, 2010 Posted July 19, 2010 Jest coraz lepiej. Jestesmy dobrej myśli, ponieważ wciąż postępuje porawa stanu zdrowia Kamy. Zmiany są powolne, ale za to systematyczne. Wygląda to tak, jakby nastąpił zwrot i film cofał się do początku. Kama dziarsko chodzi już po całej posesji. Wczoraj poraz pierwszy sama wgramoliła się na fotel, zaś nieco później starała się zrobić to samo z kanapą. Niestety, wujek nie wyraził na to zgody, z czego niezbyt zadowolona była jego TZ-ka :razz:. Udało nam się osiągnąć pewnien kompromis i od dziś Kama ma do dyzpozycji swój ulubiony fotel, który został specjalnie dla niej zniesiony z sypiani. Teraz ma do wyboru dwa fotele i ... (kiedy nie zauważę) również kanapę ;). Wczoraj też Kama dokonała innej, nie mniej łatwej sztuki. Kiedy raptownie rozpoczęła się nawałnica (deszcz, grzmoty itp.) Kama była akurat zamknięta w kojcu. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem ją pod drzwiami, kiedy akurat biegłem, aby zabrać ją do domu. Okazało się, że poradziła sobie z niezbyt dobrze zamocowanym przęsłem (do tej pory nie miała na tyle siły). Najzwyczainiej w świecie odciągnęła je do siebie, a ponieważ było zamocowane tylko na górze, na dole utworzyła się odpowiedzniej wielkości szpara. No cóż, trzeba pamiętać, że teraz Kama jest już prawie zupełnie sprawna. Nie znosi zostawać sama w domu. Kładzie się pod drzwiami i czeka na nasz powrót. Kiedy wracamy z dworu, wchodzi do domu tylko pod warunkiem, że my wejdziemy pierwsi. Dziś ponownie spotkały się oko w oko z Dorką, ale w odróżnieniu do poprzednich "widzeń" tym razem widać było wyraźne "iskrzenie". Niestety, nie wróży to najlepiej jeśli chodzi o przyszłe ich relacje. Dziś też zadzwoniłem do dr. Janickiego i okazało się, że Kama nie musi przyjmować więcej leków. Gdyby poprawa jej stanu uległa zahamowaniu, mamy się kontaktować. Quote
elmira Posted July 20, 2010 Posted July 20, 2010 Czyli coraz lepiej. I niech to się nie zmienia!:) Quote
gallegro Posted July 24, 2010 Posted July 24, 2010 Niestety, stan Kamy uległ pogorszeniu... Stało się to na skutek odstawienia sterydu. W przypadku krwiaka nie powinno być takiej reakcji (zakłądaliśmy, ze toczy się proces jego wchłaniania). W związku z tym, od dziś wróciliśmy do wcześniej odstawionych leków. Trochę nas to martwi, ale nie tracimy nadziei... Być może czeka nas kolejna konsultacja i kilka specjalistycznych badań neurologicznych. O wszystkim będę informować na bieżąco. Quote
Edi100 Posted July 28, 2010 Posted July 28, 2010 elmira napisał(a):Ale huśtawka. Nieustannie trzymam kciuki. Ja także, bardzo bardzo mocno! Quote
Tigraa Posted July 31, 2010 Posted July 31, 2010 Z Kamcią raz gorzej raz lepiej. Obecnie, po ponownym podaniu sterydu, znowu chodzi i załatwia się samodzielnie. Steryd działa ok. tydzień. Humorek dopisuje, apetyt też. Z konsultacji u innej pani doktor jest podejrzenie stanu zapalnego w obrębie móżdżku lub rdzenia kręgowego. To jednak wykluczą lub potwierdzą specjalistyczne badania m.im. rezonans. Quote
elmira Posted July 31, 2010 Posted July 31, 2010 Biedna Kama. Przeszła obóz zagłady w Krzyczkach, znalazła bezpieczny port u Was i takie komplikacje teraz. A jak wyglądają prognozy odnośnie leczenia tego stanu zapalnego? To da się wyleczyć, złagodzić? Quote
gallegro Posted August 7, 2010 Posted August 7, 2010 Ponieważ stan Kamy w dalszym ciągu ulegał wahaniom, zdecydowaliśmy się na wykonanie rezonansu magnetycznego. Dla uzyskania możliwie dokładnego obrazu zastosowany został kontrast. Przy okazji standardowego badania związanego z podaniem narkozy okazało się, że mimo zaawansowanego wieku, serducho Kamy jest w dobrej kondycji. Niestety, wynik badania MRI nie napawa optymizmem... Kama ma zmiany nowotworowe (prawdopodobnie), które umiejscowiły się w odcinku szyjnym kręgosłupa (krąg C4). Rozrost tkanki powoduje ucisk na rdzeń, który w okolicy wspomnianego kręgu ma ok. 1/5 normalnego przekroju. Wyjaśniła się kwestia reakcji organizmu na steryd. Otóż ma on działanie przeciwzapalne i obkurczające. Wtedy to rdzeń zaczyna działać w miarę sprawnie, aż do momentu, kiedy steryd przestaje działać. Na poniedziałek zostanie przygotowany szczegółowy opis, który skonsultuje ortopeda zlacający to badanie. Jak wyraził się specjalista radiolog, rokowania są kiepskie, a co najwyżej bardzo umiarkowane... Po konsultacji z ortopedą napiszę o jej wyniku. Quote
elmira Posted August 7, 2010 Posted August 7, 2010 To czekam(y) na wyniki. Oby to nie był nowotwór. Ale nie ukrywam, że rokowania są poważne. Quote
KWL Posted August 9, 2010 Posted August 9, 2010 Biedna Kamcia. Niedobrze to wszystko brzmi. Niestety starszy pies ze zmianami nowotworowymi w obrębie kręgosłupa to i huśtawka stanu i co gorsza bardzo trudno przewidzieć dalszy rozwój choroby. Wymaga dużo uwagi i ciągłego śledzenia stanu choroby... i możliwych przeżutów. Wiem Tomku że nie zaniedbacie niczego, jeśli moglibyśmy w czymś pomóc nie ma sprawy. Akurat wszystkie cztery nasze ostatnie staruszki były nowotworowe... Quote
gallegro Posted August 9, 2010 Posted August 9, 2010 Dziękujemy wszystkim, którzy sercem są z nami. To dla nas bardzo wiele znaczy, chcemy, żebyście o tym wiedzieli... dobrze jest wiedzieć, że nie jesteśmy sami... Kama na razie ok. Chodzi, chociaż z trudem i słabiutko, ale samopoczucie na razie w porządku. Zrobiła się wybredna, miesiące rozpieszczania w czasie choroby zrobiły swoje ;). Kiełbaska jest be, hills jest be, royal jest be, puszki są be, wędzona słoninka jest be, wędlinki są be. Cacy jest tylko parówka, biszkopciki i chlebek z masełkiem oraz w każdej innej postaci. Humorek dopisuje, Kamcia interesuje się światem i warczy na Dorkę (co jest najlepszą miarą jej dobrego samopoczucia, gdy było źle-nie warczała). Poza tym czuje się dobrze. Jej stan po podaniu w zeszłą środę sterydu, ustabilizował się. Jednak to ciągła huśtawka, zdajemy sobie z tego sprawę. Będziemy jeszcze konsultować wyniki u dr Janickiego. Quote
elmira Posted August 10, 2010 Posted August 10, 2010 gallegro napisał(a):Dziękujemy wszystkim, którzy sercem są z nami. To dla nas bardzo wiele znaczy, chcemy, żebyście o tym wiedzieli... dobrze jest wiedzieć, że nie jesteśmy sami... Kama na razie ok. Chodzi, chociaż z trudem i słabiutko, ale samopoczucie na razie w porządku. Zrobiła się wybredna, miesiące rozpieszczania w czasie choroby zrobiły swoje ;). Kiełbaska jest be, hills jest be, royal jest be, puszki są be, wędzona słoninka jest be, wędlinki są be. Cacy jest tylko parówka, biszkopciki i chlebek z masełkiem oraz w każdej innej postaci. Humorek dopisuje, Kamcia interesuje się światem i warczy na Dorkę (co jest najlepszą miarą jej dobrego samopoczucia, gdy było źle-nie warczała). Poza tym czuje się dobrze. Jej stan po podaniu w zeszłą środę sterydu, ustabilizował się. Jednak to ciągła huśtawka, zdajemy sobie z tego sprawę. Będziemy jeszcze konsultować wyniki u dr Janickiego. No, tresuje Was dziewczyna;). Ale prawda jest taka, że trudno odmówić choremu. Quote
przyjaciel_koni Posted August 28, 2010 Posted August 28, 2010 Tomku - odezwij się... Mam pewne sugestie w sprawie zdrowia Kamy. Zawsze to jakiś pomysł... Quote
gallegro Posted August 29, 2010 Posted August 29, 2010 Już jestem i z niecierpliwością czekam na wspomniane sugestie. Dzwoniłen na numer, który mam w telefonie (*** *** 794), ale nikt nie odbierał. Jeśli możesz napisz na wątku, ew. na PW. W oczekiwaniu przedstawię punkt widzenia dr Janickiego, z którym skonsultowaliśmy wynik MRI. Jego zdaniem niewiele można wskórac... Gdyby nie to, że krąg C4 jest w fatalnym stanie, podjąłby się operacji usunięciua guza. W tym jednak przypadku jest prawie pewne, że szyjny odcinek kręgosłupa "rozleci się" w wyniku ingerencji chirurgicznej. Sugeruje, aby w dalszym ciągu podawać steryd (można próbować z tabletkami działającymi krócej, które są mniej szkodliwe). Niestety, leki przeciwzapalne niesterydowe w tym przypadku nie działają (przynajmniej Trocoxil). Wspomniał o jednej ewentualności, co mam nadzieję stanie się w przypadku Kamy. Zdarzają się przypadki (szczególnie przy guzach w odcinku szyjnym), że zmiana nowotworowa rośnie do pewnej wielkości, następnie dojrzewa, po czym zasycha. Nie jestem pewien, czy użył dokładnie tych sformułowań, ale to o czym mówił miało właśnie taki sens. Na dziś Kama jest w słabej formie, ale w lodówce czeka już kolejna porcja sterydu, który przwdopodobnie jutro podam domięśniowo (nie cierpię kłuć Kamy...) Przy okazji poutyskuję nieco na wetów. W zaleceniach było wyraźnie podane, że steryd stosować domięśniowo. I co? Pani wet podała go podskórnie, twiedząc, że to nie ma znaczenia. Jak się okazało ma i to bardzo duże. Sterydy długo działające (Depedin, Dexafort) są tak pomyślane, aby wchłaniały się przez dłuższy czas. Przy iniekcji podskórnej efekt jest taki, że organizm zdąży wchłonąć jedynie małą jego część, a pozostała ma tendencję do otorbienia się, a co za tym idzie, działanie sterydu jest osłabione (skrócone). Piszę to ku przestrodze, bo nie wiadomo kogo kiedy może spotkać taka "przyjemnośc". Oby nikt nigdy nie musiał się o tym przekonać... Quote
elmira Posted August 29, 2010 Posted August 29, 2010 Trzymam za Was kciuki. Tyle mogę. Niewiele. Życzę Wam poprawy stanu zdrowia. Kama trzymaj się psiaku. Quote
gallegro Posted September 5, 2010 Posted September 5, 2010 Kama od kilku dni dostaje "dopyszcznie" Encorton i ładnie chodzi. Niestety, naszą posesję dopadła powódź. Wylała niewielka rzeczka, która płynie tuż za ogrodzeniem. Przez kilka dni byłem zajęty ratowaniem domu i nie miałem czasu pisać. Sytuacja była bardzo groźna, posesja calutka pod wodą, na szczęście udało się ocalić dom. Teren wokół przypomina pobojowisko... Najważniejsze jednak, że jesteśmy wszyscy cali i zdrowi. Pozdrawiamy. Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.