Hihihihihhi, to przypomniało mi zdarzenie: Wojtek (pies, którego ukradłam hyclowi), łobuziak i niszczyciel zeżarł ostatnie buty Mamy (były to czasy butów na kartki, Mama nie miała innych na stanie) i do pracy poszła w tenisówkach. Szef nie skomentował, ale bardzo wymownie spojrzał
- przepraszam, ale prosto ze ścieżki zdrowia przybiegłam