Luczater Posted May 8, 2010 Posted May 8, 2010 Agata69 napisał(a):gratulacje! Po obejrzeniiu filmu i zdjęcia z roześmianym Romciem, chciałabym podziękować Wszystkim, dzięki którym chłopak dostał "drugie życie". Szczególnie dziękuję Luce i Malibo. To dzięki Wam, Waszej wytrwałości, cierpliwości i determinacji Romcio jest teraz jednym z najszczęśliwszych psiaków. Jak widać warto było walczyć o niego ........ nawet z nim samym ;) Przepraszam, że tak dziękuję i dziękuję, ale Romcio był dla mnie szczególnym psiakiem (oczywiście po Ince), który spędzał mi sen z powiek. No cóż, ostatecznie Romcio, to "Najdroższy pies Pani T." :lol:. Quote
malibo57 Posted August 10, 2010 Posted August 10, 2010 Mam bardzo smutną wiadomość... Romek nie żyje. Jego Państwo próbowali skontaktować się z Fundacją Nero przez e-mail. Nikt nie zareagował. Na stronie Fundacji brak kontaktu telefonicznego. Wklejam poniżej wiadomość otrzymaną na prywatny adres. "Witam Piszę w prawie Romka, adoptowanego w Waszej fundacji około pół roku temu. Chciałam zadzwonić ale nie mam żadnego numeru do Państwa a tamten adres mailowy jest chyba nieaktualny. Zdarzyła się przykra rzecz, zacznę od początku historii. Ok 2 tygodnie temu Romek złamał sobie nogę, chodził po ogrodzie i do tej pory nie wiemy jak, włożył ją sobie pomiędzy słupek od ogrodzenia a bramę. Nikogo nie było na podwórku, ale akurat nadjechał tata (na szczęście!) i widział, że Romek sie bardzo szarpał i go uwolnił, przybiegł do domu i powiedział, że chyba piesek złamał sobie nogę. Wyszliśmy wszyscy, znaleźliśmy go pod drzewkami, rzeczywiście ze złamaną (bardzo brzydko - prawie przy stawie, w kości strzałkowej i piszczelowej z krwawą raną) tylnią nogą. Od razu wyciągnęliśmy go, wsadziliśmy do samochodu i pojechaliśmy do weterynarza w Siedlcach. Zrobiono mu prześwietlenie, weterynarz założył mu gips, nie gipsując do końca rany, żeby się goiło, wróciliśmy do domu. Romek był bardzo grzeczny, dawał sobie radę ale po kilku dniach zapewne zaczęło się to goić, Romek obgryzł gips w nocy, uszkodził sobie jeszcze bardziej ranę (prawdopodobnie go swędziało). Znów ta sama sytuacja- weterynarz, zmiana na lżejszy opatrunek, tym razem Romek spał w kagańcu, gdyby nadal przyszło mu na myśl się 'drapać'. Kolejna noc - historia się powtórzyła. Romek jak na niepokornego psa przystało, zdjął sobie kaganiec, obgryzł opatrunek, obgryzł sobie skórę wokół złamania, chrząstkę ze stawu, uszkodził jeszcze bardziej wszystko,w tym momencie było to krwawe,otwarte złamanie z kością na wierzchu. Znów sytuacja podobna, interwencja u weterynarza, opatrunek. Pies bardzo dzielnie wszystko znosił, aż się zdziwiłam, że ani razu nawet nie zapiszczał przy tych męczarniach, które sobie urządzał. Po tym zdarzeniu nadzór nad Romkiem wzrósł, kaganiec, nasza opieka, doglądanie go, czy przypadkiem nie wpadł na inny, ciekawy pomysł. Rana jednak zaczęła ropieć, mazać się, nie chciało się goić (nie mówiąć już o naprawieniu kości). Romek stał się smutny, widać, że niesprawna noga zaczęła mu przeszkadzać, męczył się. Pojechaliśmy dziś do weterynarza na zmianę opatrunku, jednak pełni obaw. Weterynarz stwierdził po zdjęciu opatrunku, że nogi nie da się uratować,już nawet go ona nie bolała, nie czuł jej zupełnie... :( Poprosił nas, abyśmy zdecydowali co zrobić, albo amputacja, bardzo 'głęboka' aż do biodra (nie zapamiętałam dokładnie do jakiego miejsca, nie byłam w stanie po prostu:() albo uśpienie pieska... Pomyślałam o amputacji, ale Romek był sporym psem i nie dałby rady chodzić o 3 łapach, miałby zaraz problemy z kręgosłupem, wykrzywiłby mu się, konsultowałam to z lekarzem. Było nam bardzo, bardzo, przykro, ale widząc jego zmęczone oczy, swierdziliśmy, że najlepszym wyjściem będzie uśpienie go :( Szczerze mówiąc dopiero mogłam napisać maila bo cały wieczór płakałam, ale nie chciałam, żeby się męczył,co widziałam w ostatnich dniach :( Świadoma jestem umowy, że trzeba mieć pisemną zgodę na tak poważny krok, jednak przykro mi to mówić, ale to, że pies męczyłby się o te kilka dni dłużej, czekając na zgodę, przeważyło na naszej natychmiastowej decyzji. Mogą się Państwo skontaktować z lekarzem, który opiekował się Romkiem - dr Krzysztof Majchrzak z Siedlec - 6009672xx. Nr telefonu do mnie - 5175035xx - w razie jakichkolwiek wątpliwości proszę dzwonić, jestem gotowa przyjąć wszelkie konsekwencje naszej decyzji, jednak (paradoksalnie) 'dobro' Romka było ważniejsze... Bardzo przywiązaliśmy się do tego szalonego psiaka, cieszę się, że choć na trochę udało mu się znaleźć dom, szalał do woli, był najwspanialszy na świecie:) Jednak jego niepokonana, buntownicza natura dała o sobie znać nawet wtedy, kiedy z całego serca chcieliśmy mu pomóc:(" Quote
luka1 Posted August 10, 2010 Posted August 10, 2010 [quote name='malibo57'] Jego Państwo próbowali skontaktować się z Fundacją Nero przez e-mail. Nikt nie zareagował. Na stronie Fundacji brak kontaktu telefonicznego. QUOTE] Na umowie adopcyjnej jest podany numer telefonu, na mail Fundacji nie wpłynąła żadna wiadomość od właścicieli Romka. Quote
gallegro Posted August 12, 2010 Posted August 12, 2010 Osobiście wierzę tylko w to, że Romek odszedł... <'> Jeśli chodzi o próbę kontaktu, to nawet nie chcę tego komentowac. Państwo mieli również tel. do mnie, a mimo to nie pofatygowali się... Nasuwają mi się takie oto wątpliwości: Po pierwsze, osoba z przygotowaniem fachowym (o ile pamiętam przyszła wetka), powinna mieć nieco więcej wyobraźni i w tak trudnym przypadku udać się do "prawdziwego" fachowca (najlepiej od razu do Warszawy). Mógłbym długo na temat siedleckich wetów (w tym tego, który "leczył" i uśpił Romka), ale oszczędzę sobie nerwów... O ile wiem, rodzina jest dobrze sytuowana, więc tym bardziej tego nie rozumiem. Czyżby brak czasu, a może jednak szkoda kasy ??? Po drugie, jak można z góry założyć, że pies bez jednaj łapy nie poradzi sobie ??? !!! Moim zdaniem tak poważny przypadek należało skonsultować z ortopedą (o ile wiem, w takim przypadku zachodziła konieczność zespolenia kości z użyciem elementów stabilizujących) i dopiero na podstawie jego sugestii oraz po kontakcie z Fundacją, podjąć ostateczną decyzję. Jest mi niewymownie przykro. Gdybym wiedział, że jest taka potrzeba, sam zawiózłbym psiaka na konsultację. Niestety, nie wystarczyło wyobraźni i poszło się na łatwiznę. Kiedy czytam fragment o zmęczonych oczach Romcia, to płakać mi się chcę z bezkresnej głupoty osoby piszącej te słowa. A jak do ciężkiej cholery ma zachowywać się pies cierpiący z bólu... Sprawdzałem ten dom przed adopcja i miałem pewne zastrzeżenia. Wizyta poadopcyjna pokazała jednak, że zarówno psiak, jak i jego nowi opiekunowie są z siebie nawzajem zadowoleni. Jak się jednak okazuje, pierwsze wrazenie jest bardzo ważne i nie należy go bagatelizować. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie da się przewidzieć wszystkiego, a tym bardziej nieszczęśliwego wypadku... Jedno jest pewne - ci ludzie nie potrafią kochać bezwarunkowo... Widać, trójłapek źle by się komponował z wyjątkowo zadbaną posesją... Quote
malibo57 Posted August 12, 2010 Posted August 12, 2010 Przekazałam młodej pani dokładnie taki punkt widzenia, jak Twój, Gallegro. W korespondencji pojawiło się zdanie o uporze Romka, który "nie dał sobie pomóc". I tu puściły mi trochę nerwy. Co to za student weterynarii, który nie wie, jakie bywają psie reakcje na ból. Pani więcej się nie odezwała. Quote
gallegro Posted August 14, 2010 Posted August 14, 2010 malibo57 napisał(a):(...)Co to za student weterynarii, który nie wie, jakie bywają psie reakcje na ból.(...) Jak widać, Siedlce mają szansę wzbogacic się o kolejnego niedouczonego i bezmyślnego weta... A gdzie zapodziała się wyjątkowa wrażliwość i rzekoma miłość do zwiarząt, o której wspominała matka naszej bohaterki, przy okazji wizyty przedadopcyjnej I jeszcze jedno... Jak to jest, że jeden człowiek potrafi zrobić dla takiej biduli wszystko co tylko możliwe, a drugi nie kiwnie palcem, żeby mu pomóc. Jeden podporządkuje wszystko temu celowi, wyda masę kasy (niejednokrotnie pożyczonej), poświęci wiele cennego czasu (którego ciągle mu brak), a drugi bez mrugnięcia okiem wyda wyrok... Tylko, że jeden ma... serce, a drugi pompkę do przetaczania krwi... Quote
Agata69 Posted November 2, 2011 Posted November 2, 2011 Rece opadaja. Człowiek się utyra , zeby takiego biedaka uratować, wyleczyć, przygotowac do adopcji... Ech, wszystkiego sie odechciewa. Quote
luka1 Posted November 2, 2012 Posted November 2, 2012 to była najgłupsza śmierć jaka mogła się przytrafić psu. :-( Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.