-
Posts
13197 -
Joined
-
Last visited
-
Days Won
14
Content Type
Profiles
Forums
Events
Everything posted by Figunia
-
Anulko, dziękuję za wyszukanie tych Dogomanek. Isadora już wie o wszystkim i jak napisała, będzie do Pani dzwonić. Możliwe, że zajrzy na Loniny wątek i jeśli okaże się, że ma problemy z wizytą PA, to wskażemy te osoby. Dzisiaj wieczorem znowu Pani Mirka (z Kutna) dzwoniła do mnie z pytaniem, czy cos już zaczyna się dzieć w Jej sprawie. Naprawdę wygląda na to, że nie może się już Loni doczekać... Kto wie, co przyniesie przyszly tydzień...
-
Bezdomny i bezimienny, kulejący, poraniony kaukaz
Figunia replied to konfirm31's topic in Już w nowym domu
Boże, on jest tak strasznie rozcięty prawie na calej długości ciala... nie można na to patrzeć... W tym strasznym cierpieniu, tak łagodny i przyjazny... Wierzę, że szybko znajdzie wspaniały dom. Jest piękny, młody i tak ufny... Oby tylko z ran się wylizał i był zdrowy. -
Aniu, tak jak piszesz, choć wrażenie pozytywne, to jednak trudno na podstawie jednej rozmowy cośkolwiek wyrokować. Ale trochę z Panią porozmawiałam i choćbym chciała, to (jak to się mówi) nie mam się do czego przyczepić... Tymczasem czekam na odpowiedź Isadory7, sprawę wczoraj "przekazałam" w Jej ręce...mam nadzieję, że pojawi się na wątku Loni i napisze nam, jak coś się zacznie dziać... Dziękuję za pomoc ze zdjęciami!!! Drugie zdjęcie (na rękach) b. podobne do pierwszego, ale to jednak ciut inne ujęcie... Ciocia Anula w ub. roku też zrobiła wspaniałe ogłoszenia i również odzew był prawie natychmiastowy. Jednego dnia miałam bodaj 3 telefony!!! Lonia ma wielkie szczęście do tych Cioć pomagających.. Wierzę, że DS też będzie taki szczęśliwy dla niej i najlepszy. To tak, żeby Anulka czasem nie myśłała, że nie doceniam Jej pracy, starań i serca...
-
Taksa - chwila jamniczej radości :D - jak dobrze że jesteś :)
Figunia replied to anica's topic in Już w nowym domu
Do Loni stale mówię "dzieciaczku kochany"...tak ją odbieram, nic na to nie poradzę... -
Anusiu, czyli masz pozytywne odczucia??? Bo teraz już możesz powiedzieć... Prawdopodobnie decydującą decyzję podejmie Fundacja, a w każdym bądź razie wiele będzie zależało od tego, jak Państwo wypadną na wizycie PA. Tylko - kto zrobi tą wizytę????To jest 120 km od Warszawy...no, chyba że Fundacja ma gdzieś w pobliżu "swoich ludzi"...nie orientuję się zupełnie. Jednak, to nie zagranica i chyba nie będzie z tym problemu. Nie będę Was tu zanudzać pisząc o swych obawach, bo wiem, że wiecie, co czuję. Nie jestem jedyna. Czasem jednak oddanie psa z dt idzie tak bardziej naturalnie, gładko, bez większego bólu. Wierzy się, że będzie miał dobrze, zresztą widać to po psie. Ale Lonia jest wyjątkowa, z nią jest inaczej. Mam nawet takie myśli, że już chyba nie będę dt. Gdyby mi się znowu miała trafić taka Lońka, to nie chcę tego więcej przeżywać. Chyba, że nauczę się tego, by traktować kolejne tymczaski inaczej. Nie pozwolić sobie (i im) by tak mocno wlazły w serce. Jeden raz to napiszę, bo nie lubię wielkich słow, nigdy więcej i proszę sie ze mnie nie śmiać. Czuję się tak, jakbym musiała oddać dziecko
-
Jakie ma cudne łapusie...cała prześliczna!
-
Dzwoniła Pani w sprawie adopcjii!!! To chyba ta Pani, która Aniu dzwoniła do Ciebie, bo pytała o koszty adopcji. Rozpływała się nad Lonią, że jak zobaczyła te fotki, na których Lonia prosi siedząc słupka, bo jej Misiek (kundelek, który odszedł tydzień temu), też tak robił. Miała wcześniej sznaucera olbrzyma, mieszkała w domku, teraz przeprowadziła się do bloków. Mieszka w Kutnie i pierwsze, to pytała, jak wygląda sprawa transportu. Bo Ona może podjechać do Poznania i stamtad Lonie zabrać. Przede wszystkim powiedziałam, że Lonia jest pod opieką Jamniczej Fundacji i że to z nimi będzie wszystkie sprawy adopcyjne omawiać. Powiedzialam o konieczności wizyty PA, o spisaniu umowy - Pani wyraża zgodę. No więc zaraz będę pisać do Fundacji, podam Pani telefon i...nie powiem, bym byłą uradowana. Choć Pani brzmi dobrze, to kiedy do mnie dotarło, że za kilka dni mogę musieć Lonię oddać, to...szybko powiedziałam, że jest stara, chora na serce i sika w domu. Że trzeba wychodzić co najmniej 5x dziennie, bo inaczej leje wszędzie, na tapczan, swoje posłanie itd. Ze trzeba do niej mieć dużo cierpliwości i wyrozumiałości... Ale Pani spokojnie odparła, że to nic takiego, "kupi się podkłady"...i pytała kilka razy, czy jest szansa, by dostała Lonię już w przyszłym tygodniu. No więc, może to jest ten dom pisany Loni i muszę jakoś to przeżyć...tłukę sobie teraz do głowy, że przecież to nie jest mój pies, że byłam tylko DT i że może w Kutnie będzie jej właściwy, prawdziwy dom. Zaraz piszę do Isadory. Podam tel. do Pani i zobaczymy co będzie dalej. Chciałam prosić o kciuki, ale naprawdę sama nie wiem o co prosić. Tak, o kciuki, by Lonia poszła tam chętnie, bez oporów, by ją pokochali bardziej niż ja. A ona Ich. Pani jest tylko z mężem. Nie pytałam o wiek, ale po głosie "wyglądała" na dojrzałą kobietę...
-
Aniu, ile Lonia ma lat - tego nie wie nikt. Ale myślę, że można podawać, że ok. 8-10. Co prawda dr Szczypka, kiedy operował Lonię i zobaczył jakona wygląda "w środku", powiedział, że dałby jej nie 8 ale dwa razy tyle lat...Jednak patrząc na jej zachowanie, energię, chęć do zabawy, naprawdę trudno sie z tym zgodzić. Będę podawała właśnie tyle 8-10 lat...podkreślając, że to wycena orientacyjna jest. Lonia była zabrana ze schroniskua w Bełchatowie. Była tam ok. 3 miesięcy. Jak do schronu trafiła, także nie wiemy. Lonia jest do oddania za darmo, więc nic nie trzeba płacić. Jeśli się mylę, to Ciocie na pewno zaraz mnie poprawią...:) Piszę Aniu to wszystko, żebyś nie miała już wątpliwości przy kolejnych telefonach. Wiem, że chciałaś, by Twój telefon był jako drugi, awaryjny, ale kiedy miałam o tym do Halszki napisać, to zobaczyłam na wątku, że ogłoszenia już zrobione... Jak tylko będę mogła, to zrobię tak, jak chciałaś, ale jeśli się nie uda (jak pisze halszka), to będziesz miała telefony w pierwszej kolejności...mam nadzieję, że nie zrobiłam Ci wielkiego kłopotu, choć wiem, że trochę tak...
-
Aniu, dziękuję!!! Właśnie wróciłam ze spaceru, który nieco się przeciągnął, bo spotkałam koleżankę z pracy, nie widziała mnie cała zimę i niestety, nie tak łatwo było się pożegnać...Ale, że już dziś będzie telefon, tego się nie spodziewałam...nikt chyba... Ciocia Halszka chyba jakieś czary odprawiła...:)
-
Aniu, Lonia od początku trafiła na dr Ludwikę. A ja byłam przekonana, że to jest dr Sylwia (nie wiedziałam nawet, że tam jest więcej wetów, sądziłam, że tylko prof. Ratajczak i dr Sylwia). Dopiero po jakimś czasie zorientowałam.,że to inna wetka. Dr Ludwika bardzo Lonię polubiła, widać było, że martwi się o nią, przez to straszne zabiedzenie (na początku). Tak się cieszyła, gdy wyniki wyszły dobre i te najcięższe choroby można było wykluczyć. Bardzo miło ją wspominam. A dr Szczypka, oglądając Loni wyniki zobaczył pieczątkę dr Ludwiki i taki uradowany powiedział: "Oooo, to Lonia była u naszej Ludwiczki" - więc widziałam, że się znają. Fajnie, że pracują razem. Oboje kompetentki i przesympatyczni. Halszko, Ciociu kochana - działasz błyskawicznie!!!! Pięknie dziękuję:) !!! Kciuki na poklad!! Bo to musi być wyjątkowy domek. Bardzo cierpliwy i z wielkim sercem... Ewuniu - w przyszłym tyg. planuje iść z Lonią do weta. I będę działać wg zaleceń.
-
Porozmawiam z weterynarzem o tym jej posikiwaniu. Na razie jednak Lonia sika jak porządny pies - na spacerach. Poza jedną wpadką. Fakt - muszę wychodzić z nią 5 razy dziennie. Czasem 4, ale to rzadko. Niechby tak było, godzę się na to. Bardzo nie chciałabym, by musiała brac jakieś tabletki i to pewnie już do końca życia. Z uwagi na działania uboczne, oczywiście...
-
Przyznam, że nie myślę już o badaniu Loni moczu. Ona zlała się u mnie raz jeden, (jak zwykle podczas szaleństw na posłanku) a jest u mnie już dziewiąty dzień. Nie pije nadmiernych ilości wody, siusia też normalnie... Będę chciała iść z nią do weta, bo niepokoi mnie jej chudość. Ale też chcę zobaczyć, czy jeszcze za tydzień, dwa, nie zacznie nabierać ciałka...ogonek, uszka, tył nóżek znowu ma wyłysiałe... Najbardziej chcialabym isć do dr Szczypki. Ale do niego tak trudno się dostać, że chyba pojdę do weta z mego rejonu. Na szczęście jest tu taki dość dobry (biegałam do niego i z kotkiem i z Lonią także i wiele razy b. mi pomógł). A jak trzeba bedzie zbadać mocz, to będziemy łapać i badać...