Jump to content
Dogomania

zmierzchnica

Members
  • Posts

    5174
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by zmierzchnica

  1. A Ty mnie znowu dręczysz :mad: Cudo!!! :loveu:
  2. Ja się obawiam, że ten ktoś się bał znacznie bardziej Trapera niż Ty jego i dlatego się nie ruszał :evil_lol: A że to może jakiś podejrzany typ, to inna sprawa... Ja zawsze w nocy mam psy na smyczy, nigdy nie wiem, czy mi nie wybiegnie kot albo kuna czy lis, za tym moje psy popędzą na pewno, a w nocy auta jadą szybko.. No ale u mnie małe miasto, to trochę inaczej ;) Jednak mam zasadę, że jak nie mogę mieć oczu z tyłu głowy, to psów nie spuszczam, wiele stresów mi to zaoszczędziło :eviltong:
  3. [quote name='WiedźmOla']Mi strasznie szkoda takich psiaków, które zostawiają pod sklepami. Ostatnio szłam do piekarni a na parkingu do lampy był przywiązany psiak - zdezorientowany, przestraszony, trząsł się (domyślam się, że i ze strachu i z zimna). Serducho pęka na taki widok.[/QUOTE] Mnie ostatnio jasny szlag trafia w Opolu, gdzie jeżdżę na studia... Kilka dni z rzędu spotykam psa. Charakterystyczny, bo wygląda jak lisek, długowłosy, rudy, szpiczaste uszka, wielkości do kolan. Psa spotkałam w ciągu kolejnych dni: pod wielkim centrum handlowym, pod Rossmannem, pod Tesco, a dziś pod bankiem! Kto bierze psa, idąc do banku, gdzie wiadomo, że załatwianie spraw długo trwa?! Chyba następnym razem poczekam na właściciela, podejdę i powiem: "wie pan, tam taka pani dzwoniła na straż miejską, że pan psa zostawia, a ona się boi, lepiej niech pan szybko idzie" :diabloti: Tylko z drugiej strony, czy w ten sposób nie odbiorę psu jedynego spaceru? :roll: Byłam już (i opisywałam) świadkiem naocznym jak pies sprzed sklepu, na smyczy, złapał faceta za nogę (za blisko przeszedł i od tyłu) oraz mało wiele byłabym świadkiem jak owczar nie pokiereszował dziewczynki (uratował ją mój krzyk). Jak widzę psa przed sklepem to mnie krew zalewa, mimo że wiem, że zaraz się odezwie stado ludzi, którzy "zawsze zostawiają" i "nic się nie dzieje". Też tak myślałam, ale za wiele widziałam w ostatnim czasie ;)
  4. Inna jest sytuacja, jeśli to ktoś kto ma płomyczek czy choćby dużo łapek przy avku, zakłada topic w "Przygarnę psa" (choćby szukał dla znajomych), a zupełnie inaczej jest traktowany nowicjusz z kilkoma postami, który śmie mieć jakieś wymagania co do wyglądu/zachowania ;) Ten drugi nie może popełnić nawet jednego błędu, choćby z niewiedzy, bo zostanie wdeptany w ziemię. Osoba "znana" na dogo (jeśli akurat nie jest na celowniku:diabloti:) może głupotę napisać, zostanie jej wybaczone i wyjaśnione :lol: Obawiam się, że tu na dogo też działają nieco "plemienne zasady", podział na "nasi" i "tamci" :eviltong:
  5. No właśnie też się obawiam wielu rzeczy, wbrew temu, co piszą na dogo, sterylka ma swoje zagrożenia i minusy. Poza tym zdarza się nietrzymanie moczu (znam 4 suki po sterylce, co nie trzymają), co przy spaniu Hery na kanapie i łóżku byłoby nie do zniesienia... U Chibi sterylka przebiegła bez większych problemów, dość "masowo" sterylizujemy też suczki jako TOZ i jeszcze nie zdarzyły się problemy (no, raz, jak wet uczył swoją praktykantkę, bo przecież takiego bezdomnego psa można traktować jak materiał do nauki :roll:). Z drugiej strony obie siostry Hery były ciachnięte i obie nienawidzą innych suk... A teraz pomóżcie mi, bo ja już jestem w czarnej doopie - psy nagle mi po Boschu lamb&rice zaczęły kuleć (cała 4!). Szukam jakiejś innej karmy bez kurczaka (Hera ma uczulenie), ale ceny mnie dość powalają. Jednak przy 4 psach Hills czy Acana to marzenie, Bosch był akurat na moją kieszeń, a tu taki wał.. Kulały też po Joserze. Dostają teraz glukozaminę, kończymy pakę Boscha, ale co dalej? Macie jakieś pomysły? Znalazłam w miarę cenowo przyswajalnego Happy Doga, ale firma nie kojarzy mi się z niczym i nie wiem, czy to dobre czy nie...
  6. [quote name='klaki91']A ja się ludziom nie dziwię. Co rusz spotykam niewychowane psy z właścicielami którzy chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że inni ludzie mogą po prostu nie życzyć sobie uprzykrzania im podróży przez psy, kilka razy jechałam pociągiem z psem który całą drogę zawodził-5 godzin- nawet mnie szlag trafiał, moja suka też była już ostro podenerwowana i najchętniej by poszła spuścić psu łomot żeby zamknął mordę. Był też pies który rzucał się na każdego kto otwierał drzwi od przejścia między wagonami żeby dostać się do kibla. Na smyczy i w kagańcu, ale każdy widząc takie powitanie odskakiwał do tyłu wystraszony. Właściciel ograniczał się do "ej spokój". Innym razem jechałam z psem który sobie skakał po podróżnych, jego właścicielka nieudolnie próbowała go skurczyć żeby mieścił się tylko na jej kolanach, ale słabo jej to wychodziło. Wszędzie latały kłaki, pies dyszał, był podenerwowany, atmosfera gęstniała. Jeszcze inna sytuacja- zapchany do granic możliwości pociąg, duszno, parno i ogólny koszmar, a kobieta wyciąga dla psa posiłek i urządza mu kolację z puszki. Zapach nie do opisania, myślałam że pójdą zaraz zbiorowe hafty. I jeszcze to mlaskanie i rozchlapywanie na boki żarcia. Jak ktoś jej zwrócił uwagę to się obruszyła i zaczęła się zbiorowa kłótnia :roll: I jak tu wymagać od ludzi żeby tolerowali podróżowanie z psem skoro tyle właścicieli psów nie potrafi się odpowiednio zachować i sprawić, żeby ich zwierzaki nie obrzydzały podróży innym ludziom, już wystarczająco podenerwowanym czekaniem na pociąg i długimi godzinami siedzenia. Ja osobiście nigdy nie spotkałam się z negatywnym odbiorem mojego psa, wszyscy są zaskoczeni że taka jest spokojna i nie raz dopiero w połowie drogi orientują się, że w ogóle jedzie z nimi pies :)[/QUOTE] Ale tu jest też druga strona - ile razy jechaliście z uprzykrzającymi życie dziećmi? Ja chyba setki - kopanie w siedzenie, ryk, bieganie po przejściu, zaczepianie współpasażerów, płacz, wrzask... Już nie mówiąc o dziewczynach, które rozprawiają na cały głos o swoich wizytach u lekarza spraw intymnych, osobach, które przez telefon opisują, jak przebiegało ich badanie w szpitalu i innych, którzy na cały głos psioczą i marudzą, jaka to Polska to beznadziejny kraj... Nie wspomnę o kanapkach z rybą/czosnkiem (zapach w całym wagonie, szczególnie jak jest ogrzewany) i paleniu w toalecie, co nieodmiennie wywołuje u mnie odruch wprost przeciwny do jedzenia. Zmierzam do tego, że ci wszyscy ludzie wykupili bilet i mimo bycia irytującymi, upierdliwymi, złośliwymi i czasem - doprowadzającymi do szału, nie mam prawa żądać wyrzucenia ich z pociągu, a nawet przedziału :diabloti: Mogę sama zainterweniować albo poprosić konduktora o interwencję ("panie, powiedz pan temu kolesiowi z przodu, żeby nie żarł niczego z czosnkiem!!!" :evil_lol:), ale na tym się kończy moja czy jego władza. Póki ktoś nie niszczy mienia i nie jest agresywny, to można tylko prosić o spokój. To znaczy, [B]klaki91[/B], ja doskonale rozumiem co masz na myśli! Nie znoszę jechać z niewychowanym psem, tak samo jak nie znoszę jak pobiega do mnie obcy pies i mnie brudzi czy gdy widzę, jak właściciel nie zbiera po swoim psie, robiącym na środku chodnika. Nie znoszę tego właśnie dlatego, że potem odbiór społeczny psów (w tym moich) jest fatalny i mnie to bardzo, ale to bardzo, denerwuje. Dlatego jestem nemezis nieodpowiedzialnych właścicieli, nieraz gorsza niż osiedlowa babcia okienna, kiedy dręczę za niezbieranie po psie na wychuchanym skwerku czy za agresywnego pieska luzem... Tylko nadal uważam, że istnieją konkretne przepisy i nie widzę powodu - jako właścicielka wychowanych psów - obrywać za tych, którzy się do przepisów nie stosują lub są uciążliwi :roll: Osobiście odbieram uwagi dot. moich psów jako "śmierdzących kundli", które nie powinny jechać pociągiem bo "sra to, jest brudne, choroby roznosi" - bo przecież to uwaga do mnie, oznacza tyle, że nie dbam o psy i ich nie wychowuję. Mi czasem żołądek się skręca jak do pociągu wsiada pani z 3 rozkrzyczanych dzieci, ale nigdy nie komentuję. No bo jak ma te dzieci przewieźć, na dachu? ;) Kiedyś jechałam ze stadkiem takich 5-7 letnich maluchów, oj, to była dopiero zabawa...:evil_lol: Ale ten sposób na psa w transporterze jako nadbagaż bardzo mnie podniósł na duchu. Mogłabym jeździć na treningi! Kurczę, muszę poszukać takich materiałowych klatek w necie..
  7. Wiecie, u nas to też jest tak na dziko. Wspieramy ewentualne DT jak się da karmą i sterylką, opłacamy weta, ale Strzelce to malutkie miasto i jak mamy te 3-4 psy u kogoś na DT to jest już dużo. Wyobrażam sobie, że większa ilość DT spowodowałaby rozgardiasz, szczególnie, że dochody mamy bardzo niewielkie... U nas też nie ma schroniska. TOZ działa chaotycznie, bo każdy oddział w jakimś mieście wybiera swojego prezesa, skarbnika i sekretarza. Jeśli wśród tych 3 osób znajdą się osoby bez charyzmy i niegospodarne, to cała sprawa leci na łeb na szyję. Te osoby nie są sprawdzane ani szkolone, po prostu dostają tą funkcję i już. U nas tak było wcześniej, że jakieś chore prywatne interesy weszły w grę, TOZ się posypał i go reaktywowaliśmy. W naszym przypadku "my" to ja, moja mama i garść jej koleżanek i osoby z doskoku - są zapisane, ale jak przychodzi pomóc zwierzętom to dzwonią: "zróbcie to i to". Na szczęście współpraca z gminą układa nam się dobrze, gdyby nie to, to chyba nie miałoby żadnego sensu to pomaganie zwierzętom :roll: Przyznam, że jak byłam DT, to nie oczekiwałam niczego od nikogo... Karmiłam, szukałam domu, leczyłam, wiozłam do domów sama i za własne pieniądze. Podejmowałam się tego na własne ryzyko. Ale tak jak piszę, u nas nie było nigdy żadnej konkretnej fundacji z konkretnymi finansami, nie było od kogo oczekiwać pomocy. Przynajmniej odkąd tworzymy ten TOZ to jakaś kasa z 1% podatku wpływa - idzie zwykle na sterylki i leczenie. Przyznam, że takie warunki jak u Ciebie, Maron86, to u nas marzenie mimo wszystko ;)
  8. [quote name='Beti-Buba']Witam Psioluby! Wznawiam wątek z małym dodatkiem:"Z psem nad morze pociągiem"Napiszcie o Waszych podróżach pociągiem z psem.Co wolno,czego nie i JAK BYŁO? najchętniej na dalekiej trasie np. z Katowic nad morze? Rozważm taką podróż z psem -maj,czerwiec po poważnym wypadku samochodowym skóra mi cierpnie na myśl,że mam jechać taki kawał /ze Śląska/samochodem!!!???[/QUOTE] Jechałam z Opola do Kołobrzegu 12 godzin bez większych problemów, ale mam psy bezproblemowe, położyły się na kocyku pod siedzeniem i tak leżały. Dwoje ludzi, dwa psy. Kagańca nie zakładałam, ale miałam przy sobie o wiele za luźne materiałowe tuby, jakby ktoś miał ale, to bym założyła. Bilet za 1 psa wyszedł drożej niż za mój (mam zniżkę studencką) :razz: W każdym razie, musisz się nastawić na rozmowy z miłymi ludźmi, którzy zaczepiają, bo "jak to, piesek jedzie?" i z gnojkami, którzy będą mieli pretensje, że ze "śmierdzącym kundlem jechać nie będą". Niestety, podróż z psem pociągiem bardzo rzadko jest anonimowa. W razie problemów mów, że zapłaciłaś za bilet psa, więc ma prawo jechać :p Fakt, że teoretycznie, jeśli ktoś nie wyrazi zgody na przejazd z psem, konduktor musi Ci wyznaczyć inne miejsce i nie masz nic do gadania.. Ale ludzie tego prawa nie znają, więc lepiej nie dać im powodów do pyszczenia, po prostu ich zbyć, usiąść jak najdalej i olać. Ja w podróży zawsze uwzględniałam jedną przesiadkę, żeby psy mogły rozprostować kości i załatwić potrzeby. W tym przypadku, wysiedliśmy w Poznaniu na godzinną przerwę, dość blisko dworca są trawniki (oczywiście, po psach trzeba zbierać także i podczas takiej przerwy, nie zapomnij o woreczkach:p). Miałam jedną sytuację, że kobieta wrzeszczała, że "nie będzie jechać ze zwierzyną", ale była ogólnie chora psychicznie, więc nikt jej na poważnie nie brał. Na pewno i dla człowieka i dla psa taka podróż to spory ładunek stresu i na to trzeba być gotowym.
  9. [quote name='Aneta Nowak'][COLOR=#000000]"Warto popadać w skrajność bo jeśli rozumieć te przepisy w taki sposób, że płaci się za nadbagaż a za psa już nie to czemu by nie przewozić za darmo, tylko płacąc za nadbagaż np. bernardyna w kennel klatce? [/COLOR];-)"-tylko wiesz, tak naprawdę, jak wybieramy się gdzieś z psem(czy to małym czy dużym) to koszt biletu dla psa czy biletu za dodatkowy bagaż jest...niewielki,zwłaszcza w porównaniu z kosztami ogólnymi podróży i celem tejże. I tak naprawdę, czytając na różnych forach podobne tematy,nie mogę zrozumieć,czemu gro osób ma opory przed kupnem biletu.. Wszak wszędzie się trąbi:pies to wydatki na weta,dobrą karmę etc...Podróż środkami komunikacji to też koszta..To tylko takie tam luźne przemyślenia.[/QUOTE] Ja jestem jak najbardziej za kupowaniem biletu! Ba, płaciłabym nawet 2 razy więcej, gdybym dzięki temu mogła przewieźć dwa psy naraz czy po prostu byłabym pewna, że żadne paszczydło mi z wrzaskiem nie wyskoczy, że on/ona sobie psa tu nie życzy. Muszę przyznać, że pod względem zacofania, jeśli chodzi o traktowanie psów, Polska mnie zaskakuje za każdym razem. Może dlatego, że moje psy są w pociągach bardzo grzeczne, kładą się między siedzeniami na ziemi i przez całą drogę potrafią się nie ruszyć (nawet jak jechaliśmy 12 godzin z jedną godzinną przerwą!). Kupuję im bilet, nie pozwalam na podchodzenie, wąchanie ludzi (zresztą, nawet tego nie próbują), nie pozwalam też ludziom na kontakt z nimi (robi się za duży szum wokół psów, zaczyna się dyskusja, że "jak tak można, psa w pociągu...") :diabloti: One w pociągu jadą, jakby ich nie było, nieraz w połowie podróży słyszałam nagle gdzieś za plecami "ty, widziałeś! tam psy jadą!", mimo że już od godziny jechaliśmy... Nie zauważyli :cool3: Akurat w TLK i na krótkich odcinkach REGIO płacę za 1 psa więcej niż za siebie, więc argument o małej cenie mnie nie przekonuje. Tak samo w PKSie, nie mieści mi się w głowie, że spełniam wymagania (kaganiec, smycz, opłacony bilet) i ludzie mają do mnie o psy pretensje. Czuję się wtedy jakbym się przeniosła w czasie tak 100 lat wstecz...
  10. [quote name='Aneta Nowak']Na taki wielki transporter to kup bilet na nadbagaż i masz to odbyte.. A przepis nie jest wcale głupi..Bo dla współpasażerów bez psów jednak taki transporter w którym psiaki siedzą-jest mniej kłopotliwy niż sfora n 3-5dużych sztuk na smyczy.. W samochodzie też rozsądny człowiek,wiozący kilka psów,jakoś je zabezpiecza,a nie wiezie luzem na siedzeniu[/QUOTE] Ale jednak w samochód ma inną dynamikę niż pociąg, a pies w pociągu i tak musi mieć kaganiec i być na smyczy ;) A jeśli komuś pies przeszkadza, to i w transporterze będzie.. No ale muszę się rozejrzeć za jakąś dużą materiałową klatką.
  11. [quote name='emirna'][B]zmierzchnica [/B]ja się zawsze zastanawiałam czy Ci ludzie wyrzucają obierki od jabłek i zepsutą kapustę, bo chcą zwierzątka dokarmiać czy też pozbywają się śmieci... myślę że bardziej to drugie a to pierwsze to taki rodzaj usprawiedliwienia :roll: U nas myśliwych nie ma na szczęście (może to kolejny powód dlaczego tyle tu zwierzyny), wcale mamy za to strzelnicę myśliwską na której nota bene mieliśmy szkolenie z Mirną :cool3: Niestety są jeszcze pseudomyśliwi i zwykli kłusownicy, jak i zwyrodniała młodzież potrafiąca się zabawiać bronią, ja póki co żadnych takich elementów nie spotkałam ale liczę się z taką możliwością. Jak czytam o psach zastrzelonych na oczach właścicieli .... :shake: Swoją drogą teraz myśliwi nie mogą strzelać do psów w ogóle, nawet wyraźnie bezdomnych. To w teorii:mad: A o zgodnym z prawem strzelaniu do psów goniących sarny etc. nie słyszałam, muszę podpytać trenerkę bo ona i szkoleniowiec i myśliwy w jednej osobie. Zawsze nam powtarzała, że psów w lesie puszczać nie wolno, koniec kropka, ja na to czy jej myśliwskie psy jak i innych myśliwych też muszą być cały czas na smyczy, ona że tak z wyjątkiem regulaminowego czasu w trakcie polowania (ale tylko wtedy kiedy pracują). No i można sie kłócić czy ona i jej psy większą szkodę wyrządają zwierzynie (która przecież zginie i tak) czy nasz pupil który pogonił kilkadziesiąt metrów za sarenką czy obszczekał dzika. No ale to są śliskie tematy, myślistwo od kiedy nie kojarzy się ze zdobywaniem jedzenia a ze sportem, zawsze budziło dużo emocji :roll:[/QUOTE] Ech, ja i tak bym w lesie psów nie puszczała, bo zwyczajnie się boję, że nie zdołają wrócić, zagalopują się, a u nas lasy są ogromne... Ale słyszałam o tym przepisie, że jak pies kłusuje (tj goni coś) to myśliwy ma prawo go zabić, niezależnie od tego, czy tuż za nim jest właściciel. Niby to do myśliwego należy udowodnienie, że pies kłusował. Ale to żadna pociecha, że nie zdoła udowodnić, jeżeli już psa ustrzelił. Masz rację, myślistwo to śliski temat, ja biorę je na "chłopski rozum" i nie czaję - dlaczego najpierw dokarmia się zwierzęta w czasie zimy (tj. sprawia się, że słabe przeżywają) a potem zabija się część z nich, bo jest nadpopulacja? Tak na logikę, nie lepiej ich nie karmić, pozwolić, żeby te słabsze - niestety - odeszły, ale potem nie strzelać do tych, co zostały? Przecież wiadomo, że odstrzeli się bardziej dorodne zwierzę na trofeum, a nie łysawego cherlaka.. Który by sobie nie poradził niekarmiony i normalnie by odszedł. No ale o tym można by gadać i gadać, a do żadnego sensownego wniosku dojść nie sposób ;)
  12. [quote name='Tascha']No pewnie- zawsze mozesz zabrac albo wielka klaciore,albo wilki transporter materialowy i rozstawic w przedziale dla podróznych z wiekszym bagazem recznym albo w przedziale dla rowerow ;) koleznaka jechala tak z 3 amstaffami-jednego miala na smyczy a dwa siedzialy w tym materialowym:)[/QUOTE] Naprawdę są takie transportery? I naprawdę nikt się nie czepia?:evil_lol: Bo mi by zależało na jechaniu tylko 40 minut pociągiem.. Tylko targanie potem tego transportera przez całe miasto to też musi być zabawne ;) Kurczę, ten przepis jest strasznie głupi.
  13. Chyba kupię wielki transporter dla moich dwóch średniej wielkości psów :evil_lol: Dla mnie to ogromny problem, że nie mogę sama jeździć z dwoma psami, opuszczam mnóstwo treningów i psich spotkań przez to :(
  14. Ja widzę znaczną różnicę w tym, że komuś się spodoba pies oddalony o 700km i po niego jedzie, choćby stopem i pociągiem, a między ludźmi, którzy wybierają sobie psa z drugiego krańca Polski, po czym ogłaszają, że nie mają auta, nie mają pieniędzy, żeby po niego jechać, więc zorganizujcie transport. Niestety uczestniczyłam w czymś takim, byłam na wizycie PA, kobieta wybrała sobie psa z Warszawy, ale na transport nie miała. Wszyscy organizowali ten transport, potem była jakaś afera, od słowa do słowa... Kobieta jednak psa miała nie dostać. No to podsyłam jej psy od nas - z naszego miasta. Mieliśmy akurat wysyp, było chyba 7-8 psów do wyboru, mogła zobaczyć na żywo, pójść na spacer, wziąć na DT i w razie czego zostawić. Ale nakręciła się na tego z Warszawy, a potem wybrała innego, jeszcze bardziej oddalonego. Całe wątki kręciły się wokół niej, więc chyba o to jej chodziło :cool3: Wybaczcie, dla mnie to już snobizm, chęć zwrócenia na siebie uwagi, niezdrowa próba zainteresowania swoją - jakże dobrą, adoptującą i miłosierną - osobą. Za własne pieniądze to możecie do Ameryki się po psy wybierać, nawet wpław :diabloti: Ale jeśli angażuje się w to stada ludzi i czyjeś pieniądze, bo ja chcem tego pieska ze zdjęcia!!!!!!!, to coś jest nie halo. Ja bywałam DT od przypadku do przypadku, ale bardzo tego nie lubię. Umawiania się z ludźmi, którzy potem nie przyjeżdżają. Oddawania psa, a potem odbierania, bo cośtam. Oddawania, a potem słuchania w słuchawkę, jaki to on niedobry, złośliwy, bo pogryzł pluszaka czy dywan. Albo "zabierzcie go!!!" kiedy już nie ma zupełnie gdzie. Ludzie biorą psy tak skrajnie bezmyślnie, że czasem mnie zatyka. Chyba nie znam nikogo, kto przed wzięciem psa, by przeczytał nt wychowania, szkolenia, zachowań cokolwiek. Wizyty PA też są bardzo urocze, wiozłam psa do Wrocławia, PA wyszła cudownie, dzień później dzioszka mi przywiozła psa z powrotem. Pies trafił na łańcuch do byłej właścicielki. Czekał rok na dom, teraz ma się cudownie - co zabawne, dom jest genialny, ale zabrali psa tylko pod warunkiem, że nie podpiszą umowy adopcyjnej. Mają jakieś takie dziwne zasady. Nie mieliśmy nic do stracenia, psa spotykam na spacerkach, jest wychuchany i cudowny, widać, że go kochają. Gdybym była zatwardziałą fundacją, to Łatek nadal dziczałby na łańcuchu, a przez rok i tak bardzo zdziwaczał :roll: Problem w tym, że nie ma zasad. Nie ma prostych rozwiązań, które można stosować. Trzeba każdy przypadek traktować jednostkowo, każdego człowieka prześwietlać na nowo, a i tak się zdarzają sytuacje, od których oczy na wierzch wychodzą, a ręce opadają na podłogę i się żałośnie turlają...
  15. Zauważyłam, że są ludzie, którzy mają ogromnego pecha do psów, niezależnie od tego, czy biorą rasowca, pseudorasowca czy kundla :roll: Miałam takich znajomych, których kolejne psy były chore, agresywne albo zachowywały się okropnie. Mieli pecha czy jakoś wybierali dziwnie te psy, to nie wiem... Ja ogólnie znam mnóstwo chorych rasowców, o wielu wadach genetycznych. Ale znam też ogrom pseudorasowców o ogromnej ilości chorób (głuchota, dysplazja, choroby nerek i serca). Ostatnio w ogóle odechciało mi się doradzać ludziom w kwestii psów... Fakt, że ze schroniska pies to kot w worku. I tutaj rozwiązaniem są DT - ale jeśli mają tak dzikie wymagania i z pogardą traktują ludzi, jak piszesz, to już w ogóle nie wiem co doradzać. Ja też nie rozumiem, jak ktoś może brać sobie psa z miasta oddalonego o 600km, bo spodobały mu się zdjęcia. Mam czasem wrażenie, że to jest raczej chęć zainteresowania - robi się wielką akcję, angażuje mnóstwo ludzi, zbiera pieniądze na benzynę. Niektórzy lubią mieć wokół siebie taką zadymę :diabloti: Ja uważam, że jeśli ktoś chce naprawdę mieć psa, to znajdzie go blisko i pokocha. A jeśli ktoś nie umie dostać psa od DT a boi się schroniska, to może sąsiadów popytać, zawsze znajdzie się jakiś nieuświadomiony człowiek, który rozmnożył sukę przypadkiem i szczeniaki z takiego przypadku są całkiem w porządku. A z tą suką to sprawa fatalna, ja bym się z nią nie cackała, niestety. Tyle psów o fajnych charakterach dziczeje w schroniskach i traci nadzieję... Po co utrzymywać przy życiu zwierzę niesocjalne, agresywne i niebezpieczne? Jakbyśmy mieli za mało psów, to można się bawić w resocjalizację i ratowanie każdego, nawet pieprzniętego, pieseczka. Ale psów jest nadmiar i będzie ich jeszcze więcej, nie ma czasu ani miejsca, żeby walczyć o każdego psa, nawet jeśli ten przejawia już jakąś degenerację...:roll:
  16. Lepiej, jak nie dzieje się nic, niż jak się dzieje coś złego :diabloti: Wiadomo, że z owczarkiem to się nie ma co bać :evil_lol: Ja też wolę w noc iść z Herą niż z Lusią czy Chibi... Chociaż akurat Chibi to by mnie próbowała bronić, Luka zwiałaby pierwsza :cool3: Ale fotki piękne :p
  17. [quote name='Majkowska']a nie możesz jej puszczać z jakąś długą liną luzem? Tzn nie trzymasz liny, ale lina sobie lata po ziemi a w razie jakby to nadeptujesz?[/QUOTE] Wyłącza się, jak ma przypiętą linkę/taśmę, nie chce biegać. Poza tym przydepnięcie linki, gdy pies wystartuje do czegoś, to utopia :evil_lol: Kiedyś ją puszczałam z linką, ale zanim ją przydepnęłam, to już Chibi była o wiele dalej i linka też. Potem zaliczyłam gojącą się dwa miesiące ranę na nodze, po której mam paskudną bliznę (piesek wyrwał, a linka akurat zrobiła pętlę), i odechciało mi się linek do końca życia. Taśmy są tu bezpieczniejsze dla osób postronnych, ale znowu cięższe, pies doskonale wie, że jest na taśmie. Wczoraj byłam z rottweilerką znajomej na spacerze, a że psa nie znałam, to ją zapięłam na taśmę. Suka nakręcona na piłkę, taśma 10 metrów. Rzucałam jej tą piłkę, ona pędziła za nią, wracała, znowu rzut - widziałam coś niepokojącego (psa, człowieka w oddali): chyc za taśmę! I bez problemu. Ale Chibi tak nie działa. To nie jest pies, któremu wyciągniesz piłkę, porzucasz i będzie biegać. Ją trzeba nakręcać, skakać i piszczeć, czasem wręcz wrzasnąć i kazać jej piłkę przynieść, żeby się "odblokowała". Jeśli uda Ci się ją zachęcić do biegania, masz 5-10 minut zanim znowu się zawiesi "bo daleko jechała ciężarówka i miała taki straszny odgłos" "bo wieje wiatr" "bo 100 metrów dalej krzyknęło dziecko" i tak dalej. Taśma wszystko zmienia, bo wystarczy, że ją przydepnę niechcąco, a pies się zawiesza znowu. Nie mówiąc o tym, że jest niebezpieczna dla reszty psów, bo zahacza o łapy i tak dalej. Nie mam w okolicy równiutko przystrzyżonych trawniczków bez chwastów, wystających konarów i kamieni, o które się taśma zaczepia, gdy pies jest w pełnym pędzie.. Gwałtowne szarpnięcie za szyję, gdy pies jest rozpędzony - makabra. Nie, szelek nie nosi, bo się w nich nie rusza i totalnie nie chce nic robić, jeśli ma coś założone na grzbiet. Najlepsze jest to, że ona nigdy się nie rzuci w stronę człowieka czy psa, jak jest na otwartym terenie, w przestronnym parku, gdzie z daleka widzi psy i ludzi. Wtedy mogę ją na 100% spuścić - jest zawieszona, idzie za mną jak robot, ludzie mogą cmokać, a psy dostawać piany - idealnie grzeczny pies. W krzakach, jak poczuje się pewnie i jest nakręcona na zabawkę, błyskawicznie przenosi to nakręcenie na poruszający się w oddali obiekt, np człowieka, który mignie jej między drzewami. Ma tak od szczeniaka, teraz jest lepiej, ale nie "dobrze" :roll: [B]*Monia* [/B]- taa, już nic mi nie zwiększy mętliku w głowie, ale dobrze, że piszesz :p Właśnie siostra Hery miała sterylkę i mogę porównać (pewnie Hera zareaguje tak samo) - nie przytyła, wszystkie szczyle z miotu Hery to makabryczne chudzielce mimo odpowiedniego karmienia. Ale nie znosiła suk, a teraz nienawidzi ich jeszcze bardziej.. A tego u Hery nie chcę, bo chcę Obedience trenować albo Rally-O, a jeszcze przy tym poskramianie np na zawodach niechęci do współzawodniczek tutaj mi potrzebne jak zęby w du...szy :diabloti:
  18. Majkowska - a to bardzo ciekawe, co piszesz.. Czy to jakaś konkretna fundacja, czy piszesz tak ogólnie? Bo ja działam w adopcjach i naprawdę trzeba się postarać u nas, żeby psa NIE dostać. Nie każdego psa dajemy każdemu, ale na pewno zaproponujemy innego, bardziej pasującego. Nie szukamy nigdy domku z kanapką, jeśli pies nie jest na uwięzi czy w kojcu, biega po podwórku i i ma budę, to naprawdę są dobre warunki. Może trzeba trochę pochodzić po wsiach, żeby zrozumieć, że "dobre warunki" to nie stan zerojedynkowy, ale cała skala. Niektóre domy są całkowicie super, ale są domy po prostu dobre, odpowiednie, dostateczne. W dobie zastoju adopcji, gdy gryziemy sobie pazurki nad kolejnym psem, którego nikt nie chce, "dostatecznie" staję się już "wystarczająco" :cool3: Może niech Twoi znajomi nie szukają psa w Krakowie, ale raczej w okolicznych, mniejszych miastach? Wiem, że w pobliskim dużym mieście też działa fundacja, która ma bardzo wygórowane oczekiwania. Ludzie, którzy u nich nie dostają psa, zgłaszają się do nas. Oczywiście, sprawdzamy dom, ale bez negatywnego nastawienia na wstępie ;) Mamy na te psy oko i mają się naprawdę dobrze, nawet jeśli nie są hołubione, nie trenują sportów czy nie śpią na kanapie... Niestety, idealny dom zdarza się bardzo rzadko, ale takie "dość dobre" to nie aż taki biały kruk ;) Ja z mamą czasem rozmawiam także o tych smutnych sprawach. Jeszcze mieszkam z nią, ale jestem "na wylocie". Jeśli się wyprowadzę, zabiorę ze sobą 2 z naszych psów, a dwie małe sunie zostaną z mamą (ciężko mi na sercu, gdy to piszę, ale wszelka logika tak podpowiada - suczki są związane z domem i małym miastem, mają sztywny rytm dnia i trudno im go zmienić, poza tym ja z 4 psami w dużym mieście to średnio dam radę, a mama też kocha psy i lubi z nimi wychodzić). Jako że mama też działa w TOZie, a jak będzie miała wolne miejsce po mnie i naszych 2 psach.. Podejrzewam, że o powiększenie psiej rodzinki nietrudno :evil_lol: Dlatego zawsze zaklinam, żeby nie brała więcej psów, niż ja bym była w stanie potem ogarnąć. Ona się ze mną zgadza, ciekawe na jak długo...:diabloti: Ale prawda jest taka, że ja też dałam sobie limit 2 psów, bo nie wiem, czy coś się nie wydarzy - może będę musiała służbowo wyjechać, może choroba czy ciąża i tak dalej. W razie potrzeby dwa psiaki mogą na jakiś czas trafić do mamy. Ale trzy, cztery? Jasne, że będzie mi ciężko żyć bez stada, bo się przyzwyczaiłam do posiadania sfory i to uwielbiam. Ale logika tutaj musi wygrać, bo nie chcę skrzywdzić psów. I to samo mówię mamie. Nie wyobrażam sobie, w razie jakiegoś wypadku, olania psów rodziców. Ale jeśli będzie ich 4... A ja już będę miała 2... To będzie bardzo, bardzo trudno. No i jeszcze na koniec, taka smutna historia - pan podchodzi do mnie z dziećmi, akurat z psami byłam. Że widzi, że psy, że może wiem, kto by się zajął dwiema 10 letnimi sukami, albo do jakiego schroniska je oddać. Bo teść umarł, pan odziedziczył dom, ale tam są te psy. "A wie pani, karmienie kosztuje, sąsiad je tam dokarmia, ale musiałem mu karmę dać". Podobno suczki fajne, kochają dzieci, garną się do ludzi, wychuchane. Czasem mnie denerwuje to, że taki człowiek nie zapisze sobie w testamencie, że "dom zostanie oddany tylko jeżeli spadkobierca zajmie się psami" albo coś takiego. Powiedziałam o ogłoszeniach w internecie i gazetach, o szukaniu domu. Ale przyznam, że mi w gardle rosła gula. Fajnie, tak dostać dom, wywalić z niego jego mieszkańców - psy - i żyć sobie z czystym sumieniem i w spokoju! Szczególnie, że z opisu te suczki nie są kłopotliwe, ale "trzeba je karmić, no wie pani". W wredocie mojego serca wtedy rodzi się zła myśl "ciekawe, co by było, gdyby te słodkie dzieciaki tak samo oddały pana do domu starca - on dużo je, wie pani, a my nie mamy czasu" :diabloti:
  19. [quote name='evel']Zaciekawiło mnie to, co piszesz o Chibi. Bo Zu je głodowe racje surowego, a jeśli tylko ma mniej ruchu niż normalnie to "za chwilę" zaczyna wyglądać jak pufa. Jak mam możliwość jej zapewnić wycisk, to znowu jest OK, a potem znowu kluska. Pańcia poszła do pracy w idiotycznych godzinach i nie codziennie ma okazję pieska porządnie styrać to teraz ma :roll: W sumie ja bym też się mocno wahała przy ewentualnym wycinaniu mocnej charakterem suki... Także nie zazdroszczę ;)[/QUOTE] Kolejna, która mnie wspiera :loveu::diabloti: Też nie wiem nadal, co robić. Dokładnie jak piszesz, Chibi tyje w tempie atomowym, a wybieganie jej to droga przez mękę, bo 1) ma wielogodzinne zawiechy i nie ma wtedy szans, żeby zrobiła cokolwiek i 2) jak się odwiesza i dostaje głupawki to radośnie pędzi obszczekać coś/kogoś, kto mignie jej np w krzakach, niezależnie od stopnia nakręcenia na zabawkę. Dotyczy to tylko krzaków, parku itd. Jak się czuje pewnie w zalesionym terenie, to uznaje, że będzie bronić terenu i przeganiać obcych. Praca nad tym jest mega trudna, bo... Pies znowu łapie zawiechę, a wtedy w krzakach mogą tańcować zające, ona nie pobiegnie, bo jest zawieszona. Jak jest na lince/taśmie/flexi, łapie zawiechę. Więc wtedy nie popracuję nad jej głupim zachowaniem. Odwiesza się, gdy jest luzem i pełna energii, no ale wtedy znowu nie da jej się powstrzymać, żeby poleciała coś obszczekać.. Dla niej to chyba tylko OE by się nadało :roll: Na razie staram się jak mogę zauważać ludzi/psy przed nią, puszczać ją tylko na czas ganiania za piłką a potem zapinać i tak dalej. 9/10 spacerów jest ok, czasem się zdarzy wtopa ;) No ale przez to muszę ciągle pracować nad jej formą i wagą. Hera ma bardzo mocny charakter, trudno mi sobie wyobrazić, że miałaby jeszcze mocniejszy :eviltong:
  20. Bobryna - dręczysz mnie! Kiedy właśnie szala się przeważa w stronę sterylki... ;) To trudny temat, bo niektórych rzeczy nie zauważysz gołym okiem, a jak zauważysz, może być za późno. Np. ropomacicze... Ciąże urojone Hera ma, ale dość okrojone - ma na tyle dużo ruchu na co dzień, że jakoś nie ma siły wariować z niańczeniem zabawek. Tylko "kopie nory" w dywanie przez jakiś czas, ale mija to szybko. Hera tak czy siak nie jest aniołem wobec innych suk, ma cięty i trudny charakter, jak zresztą jej siostry. Ja w niej to lubię, bo nie znoszę psów-kluch :evil_lol: Ale życia w bloku na osiedlu, które nas w najbliższych latach czeka, taki psiak nie ułatwia... Z jednej strony, jakby się stała bardziej cięta, to byłoby ciężko z nią żyć w dużym mieście. Z drugiej, z cieczką 2x do roku tak samo się trudno mieszka na blokowisku. No i jak zawsze jest wiele za i przeciw i sama nie wiem :diabloti: Wiem, że Chibi ma niestety skłonności do tycia, których nie ma niewysterylizowana Lusia. Wystarczy trochę nieuwagi, trochę za duże porcje żarełka i mniej biegania, żeby sucz wyglądała bardziej jak tucznik niż pies :roll: A odchudzić ją jest trudno.. Jest też "starsza" w zachowaniu niż inne psy, mniej skłonna do zabaw, nie łapie takich głupawek. Ale czy to kwestia tego, że po prostu taka jest, czy sterylki - trudno powiedzieć. Tylko tak prosto z biologii wynika, że brak narządów to patologia, a nie stan normalny. I na pewno pewne procesy w organizmie są zaburzone, szczególnie jeśli chodzi o sprawy hormonalne. Z drugiej strony, sterylka chroni przed wieloma chorobami, a biologia jednak nie baczy na to, że osobnik będzie na starość chorował, tylko interesuje się tym, żeby osobnik się rozmnożył ;) I teraz pytanie, kto ma rację, biologia czy medycyna.. ;)
  21. Myślę, że tak jest z nami wszystkimi, tylko nie każdy chce się do tego przyznać :eviltong: PS. Noo może z wyjątkami :diabloti: Ale ja się ciągle edukuję, a im więcej, tym bardziej się okazuje, jak mało wiem ;)
  22. Może skojarzył to teraz z Tobą, może to jakieś skojarzenie z przeszłości, które w nim obudził ból i dyskomfort... Myślę, że musisz to przeczekać, być po prostu sobą jak zawsze. Pies w końcu skończy się "burmuszyć", żyje z Tobą na co dzień i nie ma wyboru, żeby uznał Cię na stałe za "tą złą" ;) Jeśli będziesz dla niego milsza, zaczniesz podsuwać mu smakołyki, zabawki i za bardzo "dziubdziać" to tylko stracisz w jego oczach: to w końcu pies powinien się starać o atencję właściciela. Nawet biedny i chorowity pies ;) U mnie na takie psie fochy idealnie działa dawka szkolenia - nauka nowych sztuczek, przećwiczenie tego, co pies już zna. Bez nadmiernego entuzjazmu, z wyraźnym zaznaczeniem, co pies ma robić i nagrodą za dobre wykonanie. Jakoś psu wtedy wraca pewność siebie (i właściciela), ma jasne wytyczne, wie co jest nagradzane, a właściciel jest bardziej przewidywalny ;) Nie wiem, na ile Patryk ma siłę, żeby coś zrobić... Ale głupią łapkę przed podaniem michy i kilka siad-wstań-siad-leżeć może zrobić, dla przypomnienia, jak fajnie jest pracować na żarełko :cool3: Jeśli da radę, chowaj mu zabawkę w jednym pokoju, niech szuka i za przyniesienie dostaje nagrodę - to praca samodzielna, ale z przewodnikiem, więc powinna mu odbudować zaufanie do Ciebie :) Przykro mi, że macie takie problemy, życzę duuużo zdrowia!
  23. Dawać mi tu to słońce ze zdjęć! :mad: [URL]http://i42.tinypic.com/2462adf.jpg[/URL] Uroczy psi uśmiech :loveu:
  24. [quote name='Pani Profesor']też działa, ale wolniej - z Waldkiem Majkowskiej tak zapoznawałam, że najpierw wyjechał do biedaka z zębami, po chwili szły obok siebie na smyczy, ale Pat go raczej ignorował, a każdy bliższy kontakt (typu "wychylę się i powącham") kończył się zębami. Waldek go zlewał, a Patrykowi się szybko znudziło, toteż jeszcze tego samego dnia biegały razem i taplały się w wodzie. Następny spacer - przywitał zębami, ale szybko się odczepił. Trzecim razem już przywitanie z machającym ogonem, puszczone luzem - zero agresji. jakby się widywały na co dzień, to by zostały kumplami - tak Patryk ma, że każdy napotkany pies = wojna, burzliwy przebieg, ale krótki dystans.[/QUOTE] Frotek zachowywał się bardzo, ale to bardzo podobnie. Nie mogłam po prostu zapoznać go z psem - najpierw potrzebny był spacer równoległy, jednoczesne wykonywanie komend Fro i tego drugiego, powąchanie sików tego drugiego :diabloti: i ew. powąchanie siebie wzajemnie. Potem było już ok, zlewał drugiego psa lub się bawił. A przy następnym spotkaniu i tak musiałam na nowo robić ten sam rytuał, bo nie zapamiętał, że to psi kumpel, a nie psi wróg :roll: U niego pomogła kastracja, intensywne szkolenie, duuużo resocjalizacji (spotkania na obcym terenie w grupie psów) i porządne wybieganie na co dzień (jogging, cani-cross). Tylko że to szkolenie chyba było jako pierwsze - najpierw nauczyłam się go opanowywać w każdej sytuacji, szczególnie przy obcych psach. Jak już wiedziałam, że zareaguje na komendy nawet w dużym pobudzeniu, to mogłam go resocjalizować...
  25. Niektórych ludzi bardziej pociąga "branie psa" niż "manie psa", że tak powiem :diabloti: Cała otoczka - kontakt z hodowcą, z innymi właścicielami rasy, kontakt mailowy, wyprawy do hodowli, chodzenie na wystawy, spotkania ludzi posiadających daną rasę i tak dalej. Kupujesz psa i wchodzisz do elitarnego grona. Poznajesz rzeszę fajnych, psio-zakręconych osób. Wszystko jest pięknie i ładnie, tylko... Pies się w tym gubi. A jak się pojawia w domu, to okazuje się, że to jednak nie tylko przepustka do klubu rasy, ale także zwierzę, które nade wszystko jest... Psem. Znam to z własnego podwórka, moja znajoma ma już kolejnego rasowego psa, poprzednie lądują u rodziny lub z powrotem u hodowcy. Kiedy wszyscy się przestają interesować, pytać i rozmawiać, a pies okazuje się psem - pora na lepszy model :diabloti: A jak pogadasz, to oczywiście - dogoterapia, psie sporty, szkolenia, czysta odpowiedzialność. Nauczyć się słówek z zakresu słownika kynologii jest prosto. Najbardziej lubię moją groomerkę, która miała od mnie ale, że mam stadko psów- bo jak coś się stanie, to nikt się psami nie zajmie, to nieodpowiedzialne... Sama miała dwa psy i koty, dziś nie ma już nic :diabloti: jeden pies jej zwiał razem ze smyczą, trafił do schronu, stamtąd go odebrała inna babka. No i była właścicielka psa się dowiedziała o tym, poszła z pretensjami, a na końcu i tak pies został u tej drugiej :loveu: Także fakt, wydawanie psów to temat-rzeka. Ale u mnie tak się złożyło, że ci najbardziej wygadani, elokwentni i obyci w temacie, byli akurat tymi najgorszymi właścicielami :eviltong:
×
×
  • Create New...