Mama uwielbiała Psońkę. Czasami sie spierałyśmy kto jest jej właścicielką. Najśmieszniejsze było to, że gdy Psonia trafiła do nas jako mały berbeć to książeczka zdrowia była wydana na moje nazwisko, w komputerze u weta też była na mnie, ale mama z zazdrości poszła do urzędu zarejestrować ją na swoje nazwisko.
Gotowała jej specjalne potrawki, bo malutka była chora i zabiedzona, trzymała ją na kolanach, nosiła na rękach. Gdy Psonia dorosła to wybaczała jej wspaniałomyślnie wszystkie psoty.
Psonia nienawidziła wszystkiego co miało fioletowy kolor. Pamiętam jak mamcia kupiła sobie fioletowa podomkę. Wtedy powiedziałam " mamuś, ale ona jest fioletowa, a wiesz, ze Psonia nie cierpi fioletów". Mama ubrała się w tą podomkę, było jej naprawdę ślicznie. Niestety mogła się nią nacieszyć tylko tego dnia, bo gdy wstała z łózka następnego ranka z podomki zostały strzępy.
Kochała ją bardzo i do końca ją wspominała. W jej pokoju było Psoni zdjęcie. Ciągle na nie patrzyła i wspominała te psoty.
Jolu, kiedy mama wróciła ze szpitala sparaliżowana ( wtedy nawet nie siedziała), to Psonia bezwarunkowo trzymała wartę w jej pokoju. Wystarczyło, że mama się poruszyła a Psonia wszczynała alarm i przybiegała po mnie. Najwiekszy problem miałam, gdy do domu przyjeżdżała karetka pobrać mamie krew do badań. Mama bardzo się bała pobierania krwi. Psonia nie dała pielęgniarce się zbliżyć do mamy, pielęgniarka się bała Psoni, mama nie pozwalała Psoni wyprowadzić z pokoju i był cyrk.
Nie mogę się pozbierać. Na nic nie mam ochoty, nic mnie nie cieszy, prawie wcale nie zaglądam na dogo na PwP. Jest to do mnie niepodobne, ale takie są fakty.