Psotka
ur.10 lipca 1995r.
zm.10 lipca 2005r. godz 13:00 (niedziela)
Zjawiła się u nas zupełnie przez przypadek. Ot.pijak chciał jej się koniecznie pozbyć. Kiedy ją zabraliśmy miała zaledwie 8 tygodni. Była zaniedbana, zarobaczona,zapchlona i bardzo chora. Otoczyliśmy Psotunię troskliwą opieką i walczyliśmy o jej życie. Udało się. Od tej pory nigdy nie chorowała.Stala się najważniejszym członkiem naszej rodziny.Cały dom kręcił się wokół niej. Była nie tylko najwierniejszym i najlepszym przyjacielem ale naszą największą radością. Jak na Psotkę przystało rozrabiała ile wlezie. Swymi psotami wywoływała w nas ataki śmiechu. Była cudownym, oddanym kundelkiem. Wszystko rozumiała i swoją inteligencją zadziwiła nie jedną osobę. Nasz szczęście trwało 10 lat. Odeszła od nas 10 lipca 2005 roku w dniu swoich 10 urodzin. Jak smutne było to święto. Zachorowała w niedziele na zapalenie gardła .Cała choroba trwała tydzień. Cały czas była pod opieką lekarza. Słabła z dnia na dzień. Robiliśmy jej wszystkie możliwe analizy krwi. USG - nic nie odbiegało od normy. Antybiotyki, kroplówki. leki p.zapalne, nic nie skutkowało. Zawieźliśmy ją do kliniki (byliśmy przy niej). W niedzielę dostała wstrząsu. Nie poddawaliśmy się. Dalej walczyliśmy. Z nadzieją patrzyliśmy na każdą krople spływającą z kroplówki wierząc, że wyzdrowieje. Wierzyliśmy, że podawany tlen przywróci jej normalny oddech. Tuliliśmy to nasze, kochane maleństwo, dodawaliśmy jej otuchy - a ona odeszła. Odeszła nasza ukochana psia córcia. Zanim straciła przytomność machnęła nam ogonkiem. Potem nastąpiła reanimacja - nie przyniosła efektu. Krzyczeliśmy "maleńka ocknij się" ale Psotunia tego nie słyszała. Zostawiła nas. Dlaczego? Dlaczego tak się stało? Swoim odejściem zaskoczyła nie tylko nas, ale również lekarzy w klinice. Minęło 5 tygodni a to boli. Tak bardzo boli, że nie da się tego opisać. Najgorsza jest pustka - nic nie jest w stanie jej wyrazić. Każdy radzi nam wziąć innego psiaka. Kiedyś się na pewno na to zdecydujemy. Wiemy już, że na pewno będzie to sunia, kundelek i ze schroniska ale nie teraz. Rana jest zbyt głęboka i za bardzo boli. W ten poniedziałek przyjechała do nas rodzina ze swoją sunią..Mala obwąchała cale mieszkanie i położyła się na ulubionym miejscu Psotuni. Czuliśmy ogromny ból. Zdaliśmy sobie sprawę, że drugim psiaczkiem musimy się wstrzymać. Jak długo to będzie tak bolało? Przyczyna śmierci Psoni? Gwałtowny wzrost cukru po lekach p.zapalnych podawanych przy zapaleniu gardziołka. Na początku cukier był w normie. Dlaczego nagle wzrósł do poziomu krytycznego? Nie wie nikt. Psoni nie ma, a my mamy pretensje do wszystkich wetów, którzy ją leczyli. Gdyby szli w kierunku cukrzycy po wykluczeniu innych chorób byłaby z nami nadal. Inne choroby wykluczono. Nie ma naszego kochanego maluszka, nie ma naszej malutkiej, kochanej rozrabiaczki. Nie ma jej fizycznie, ale jest w naszych sercach i naszej pamięci. Tej miłości nikt nam nie wydrze z naszych serc. Kocham Cię mój słodki okruszku i będę kochała zawsze, do końca moich dni.
BALBINKA
2002 -2016
żyła 13,5 roku
zm. 21.03.2016 o godz 14:15 (poniedziałek)
Adoptowaliśmy ją 1 września 2005 roku ( niespełna 2 miesiące po odejściu za TM Psoni). Była naszą malutką , kochaną królewną. Nikt tak pięknie nie tańczył dupinką lambady jak ona. Po śmierci Psoni Balbinka wprowadziła do naszych serc wiosnę. O ironio - odeszła w pierwszy dzień wiosny.
Zaraz po adopcji Balbinki zauważyliśmy jej dziwne zachowanie. Miała w sobie tyle lęków, że można było nimi obdzielić pół psiego świata. Jak określili behawioryści miała syndrom psa katowanego. Panicznie bala się mężczyzn. Mój mąż miał nie lada zadanie, żeby ją do siebie przekonać. Chodził za nią po dywanie, udawał psa, szczekał z kością w zębach. Wyglądało to komicznie ale... odniósł ogromny sukces. Sunia w błyskawicznym tempie nie tylko go zaakceptowała ale pokochała. Behawioryści nie dawali sobie rady z wyeliminowaniem u niej lęków, wiec maluśkimi kroczkami miłością i cierpliwością parliśmy do przodu. Udało nam się to osiągnąć w jakiś 90%. Nasze maleństwo poczuło się bezpieczne i kochane a to było dla nas priorytetem. Nie było osoby, która by jej nie kochała. My mieliśmy na jej punkcie prawdziwego bzika. Jak odeszła? 30 stycznia zaczęła nam delikatnie pokasływać takim suchym krtaniowym kaszlem. W płucach, oskrzelach było czysto, w serduszku nie słychać było szmerów, wiec dostała serię zastrzyków. Kaszel nie przechodził. poszła kolejna seria , potem kolejna. W sumie sprawdzaliśmy ją u 3 wetów, każdy potwierdzał diagnozę poprzednika. W końcu 1 marca u 4 weta, kiedy osłuchowo nic nie wysłuchano pogłębiono jej diagnostykę na moją prośbę i szok. Dwa guzy na szczytach płuc tuz przy tchawicy, jeden przesuwał się w okolice serduszka. Nikt nie dawał nam nadziei, rak był nieoperacyjny, chemia nie wchodziła w grę, zastosowano więc leczenie paliatywne. Zaczęła brać leki , kaszelek prawie ustąpił a ja zastanawiam się czy nie nastąpiła pomyłka. Badania pojechały do kolejnego weta, który powiedział, że choroba jej może trwać od kilku tygodni do kilku miesięcy. Balbinka czuła się dobrze 2 tygodnie. W trzecim zaczynały się drobne problemy z oddychaniem co miało być normalne. Cały czas była pod opieką lekarza prowadzącego. Uprzedził nas, że Balbisia może mieć lepsze i gorsze dni, że musimy się do tego przyzwyczaić ale nadejdzie taki dzień, że trzeba będzie jej pomóc odejść. Faktycznie po kryzysie następowała poprawa co nas bardzo cieszyło. W sobotę 19 marca nie podobał, się nam się jej oddech. Widać było, że ma trudności w oddychaniu. Bala się położyć i drzemała na siedząco, wiec pojechaliśmy do weta. Osłuchał ją bardzo dokładnie. Stwierdził, że mamy kolejny kryzys, ale nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, że skoro przybiera sobie taką pozycję to żeby jej nie przeszkadzać, bo lepiej jej się wtedy oddycha. Dostaliśmy receptę na kolejny lek, który jej podałam,. Kryzys minął. Niunia położyła się i zasnęła a my chodziliśmy na paluszkach, żeby jej nie obudzić. W nocy z soboty na niedziele zaczęło jej burczeć w brzusiu, nastąpiła biegunka i wymioty. Nie miała problemów z oddychaniem. Wyczytałam na ulotce nowego leku,że to najczęstsze skutki uboczne. Zadzwoniłam do weterynarza, kazał odstawić leki do poniedziałku , podać jej smectę. Minęło. Jak wielka była nasza radość kiedy Balbisiątko smacznie zasnęło , spokojnie oddychało a potem zjadło z wielkim apetytem kawałek piersi z kurczaka, który nie wyleciał ani górą, ani dołem. Po troszku zaczęliśmy karmić i nic się nie działo. Wieczorem po konsultacji z wetem mogłam jej podać delikatnie połowę dawki leków i wrócić w poniedziałek do całych dawek. Lek, który wywołał wymioty i biegunkę miałam zasępić kolejnym. W poniedziałek po porannym spacerze zaczęła gorzej oddychać. Byłam pewna, że to dlatego, że nie dostała całej porcji leków. Zajdla posiłek, podałam jeden lek , za 1,5 godz. kolejny ale oddech się pogarszał. Zaczęła łapać powietrze jak rybka i unikać z nami kontaktu wzrokowego. Stwierdziliśmy z mężem, że albo leki nie zadziały, albo przestał działać steryd i trzeba podać kolejny. Wzięłam wiec telefon do ręki i dzwoniłam po lekarza. Nagle Balbinka odkrztusiła 3 razy i upadła. Zmarła na naszym łóżku. Po śmierci z lewej dziurki noska wyleciała jej rozwodniona krew. Według opinii wet pękł jej guz. Ból jest straszny, nie do opisania. Nasza psia córcia odeszła. Była wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Balbinko zostawiłaś nas w ogromnym smutku, w krwawiącymi serduchami z oczami pełnymi łez. Kupę czasu musi upłynąć, żebyśmy zaakceptowali tą sytuację i wylizali nasze rany. Na razie zadajemy sobie pytanie DLACZEGO? Pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi. Pokonał cię rak. Zanim do nas trafiłaś przeżyłaś w swoim życiu piekło. Dlaczego los jest tak okrutny? Dlaczego nie mogłaś zostać dłużej w domu przepełnionym miłością do Ciebie? Dlaczego musiałaś zapłacić za tą miłość cierpieniem? Los jest okrutny! Wiemy jedno nasz kochany maluszku, na zawsze pozostaniesz w naszych sercach i naszej pamięci. Kochamy Cię nasza królewno i nic tego nie zmieni. Nikt, nic i nigdy! Masz tak samo jak Psotunia swój pokoik w naszych sercach, do którego nikt nie ma wstępu.
BAMBOSZ - połowa naszego psa
Żył ok 12 lat
TM * 22.09.2022
2 lipca 2016 roku byliśmy w odwiedzinach u przyjaciół. Upał był niemiłosierny więc siedzieliśmy na zewnątrz. Nagle usłyszeliśmy pisk opon i zobaczyliśmy jakiś ruch na skrzyżowaniu. Mąż z kolegą pobiegli w tamtym kierunku. Na środku jezdni leżał wychudzony i wycieńczony pies. Jeden z kierowców widział jak szedł i nagle padł. Inny żeby go nie potrącić wyhamował z piskiem. Chłopaki nie myśląc o niczym innym zabrali zwierzaka ze skrzyżowania i przynieśli na posesje. Ułożyliśmy go w cieniu na kocu, ocknął się czując wodę. Pił tak łapczywie jakby był z tydzień na pustyni. Obejrzeliśmy go dokładnie, Waldek zapakował go do samochodu i psina była przetransportowana migiem do weta. Nie miał żadnych urazów poza oparzeniami na łapach. Był niedożywiony i odwodniony, niewykastrowany, nie miał chipa, obroży kompletnie nic co mogłoby nas doprowadzić do właściciela, wiek psa oceniono na nie mniej jak 6 lat.
Zaopatrzony w leki psiak został przywieziony do Waldka domu. Od razu zaczęliśmy ogłaszać z nadzieja, ze zjawi się właściciel po zgubę . Nic takiego się nie stało. Podjęliśmy decyzję, że pies zostaje u Waldka, który miał dom, wielką działkę ze stawem, ale pies będzie nasz wspólny. Wielki, biszkoptowy sierściuch okazał się łagodny jak baranek. Waldek wybrał mu imię - Bambosz.
Bambosz był pod opiekę weta do momentu kiedy nie doszedł do siebie. Potem był pełen pakiet szczepień i kastracja.
Od tamtej pory Bambosz żył jak pączek w maśle. Skradał serca każdemu, kto się z nim zetknął choć na chwile. Wady Bambosza?
Początkowo skłonność do ucieczek. Jak tylko na posesji pojawił się lis, kuna, czy inny zwierz Bambosz potrafił przeskoczyć nawet 2 metrowe ogrodzenie, żeby pognać intruza. Kiedyś przeskoczył przez płot bo słyszał na parkowym placu zabaw śmiech dzieci. Uciekł do nich, żeby się z nimi pobawić i pograć w piłkę. Kilka razy zwiał na pobliską stacje benzynową na hot doga, czy hamburgera. Nie nie został obsłużony. Okradał ludzi wychodzących z knajpy. Potem mój Janusz, albo Waldek kupowali okradzionym dania, które mieli spożyć, a które wylądowały w paszczy Bambosza. Nie napadł na ludzi. Delikatnie stawał na tylnych łapach i ząbkami wyjmował z rąk gościa to na co miał ochotę. A, że Bambosz oprócz adresatki miał do szelek przyczepioną wielką wstążkę z wypisanymi markerem numerami telefonów do właścicieli reakcja okradzionych była natychmiastowa, bo Bamboszek danie spożywał na miejscu bez żadnego pośpiechu i dawał się nawet głaskać.
Kolejna wada to noszenie w pysku gałęzi i to takich solidnych. Do samego końca nie można go było od tego odzwyczaić. Jak nie było żadnej w pobliżu to potrafił ją odgryźć z drzewa. Wygrzebywał też z ziemi kamienie, cegły i nosił je w pysku nie wiadomo po co? Obok trwała budowa pawilonu Biedronki więc i tam właził, gdzie zaczął pełnić nieoficjalną funkcję kierownika budowy. Wszyscy pracownicy go uwielbiali i wybaczali mu zakoszenie nie jednej łopaty, no bo przecież te miały atrakcyjne, drewniane trzonki. Tak - kradł.
Był niesamowicie kochanym misiaczkiem, noszącym też w pysku swoje maskotki. Kiedy ukochanej gumowej gęsi odpadła głowa był taki lament, że trzeba było na cito szukać mu identycznej zabawki..
Był niesamowitym czyściochem. Kochał czesanko i kąpiele szczególnie te w stawie. Po raz pierwszy widziałam psa, który wchodził sobie do stawu, popływał a potem wylegiwał się na słoneczku susząc futerko. Kiedy na stawie pojawiły się kaczki z młodymi cierpliwie czekał aż kacze matrony opuszczą teren jego kąpieliska. Był cierpliwy i opiekuńczy .Nie pozwalał żadnemu kotu zbliżyć się do kaczątek. Jak pojawił się tam jakiś dzikusek musiał pędem wdrapywać się na drzewo.
Długo by opisywać wyczyny Bambosza. Był kochany i odszedł kochany. Zmarł nagle dzisiejszej nocy. Czuł się dobrze, bawił się, zjadł kolację i.... zszedł.
Pozostawił po sobie ogromny ból nie mniejszy niż Psonia, czy Balbinka. Był członkiem rodziny. Co prawda połowicznym ale był.
Kochany Bamboszku wyryłeś swoje imię w naszych sercach i tam pozostaniesz na zawsze. Kochamy Cię nasz pycholku. Twoje odejście boli, bardzo boli, a oczy są pełne łez. Biegaj z Psonią i Balbinką po tęczowych łąkach
ZUZIA
ur. 03.11.2006
TM -30.10.2025 godz. 16:07 wtorek
Żyła 18 lat 10 miesięcy i 27 dni
Z nami 18 lat 1 miesiąc i 20 dni
Trafiła do nas na dom tymczasowy po operacji ratującej życie jako 9 miesięczne szczenię. Pierwsi właściciele, którym było młode małżeństwo postanowiło rozmnożyć sunię podczas pierwszej cieczki, ale nie zasługiwała na przebywanie na stałe w domu. Jej stołówką było najczęściej podwórko i to co na nim znalazła, a także dobrzy sąsiedzi, którzy od czasu do czasu rzucili jakiegoś ochłapa. Niedożywiona, wyłysiała, zapchlona do granic możliwości sunia miała stać się źródłem dochodu młodej pary. Kiedy urodziła martwe szczeniaki, a jej samej wypadł narząd rodny, który wlekła po ziemi sprawił, że stała się bezużyteczna. Właściciele zamiast ratować to stworzenie wydali na nią wyrok śmierci i zaczęli poszukiwać lecznicy, która dokona eutanazji. Na szczęście nie znaleźli. Ostatnia lecznica, do której trafili zaproponowała zabieg i uratowanie psiaka. Właściciele od razu "sprzedali' historyjkę, że to nie ich psiak, a znaleziony w parku w takim stanie. Lekarka nie dała się nabrać na tą historyjkę widząc jak sunia lgnie do tych, którzy zgotowali jej taki los. Suma sumarą okazało się, że to jednak ich sunia, która wabi się Perełka, zrzekli się praw na rzecz fundacji Niechciane i Zapomniane SOS w Łodzi. Lekarka przeprowadziła zabieg ratujący Perełce życie, ale po zabiegu był potrzebny na cito dom tymczasowy do czasu zdjęcia szwów. Tak Perełka trafiła do nas. Jak tylko się wzmocniła od razu było widać, że psina ma ADHD. Wszędzie było jej pełno, rozrabianie i niszczenie było dla niej tak normalne jak dla człowieka powietrze i woda. Na wszelkie takie wybryki byliśmy zahartowani przez naszą Psonię. Trzeba przyznać, że pomysłów jej nie brakowało. Próbowała za wszelką cenę zdominować naszą rezydentkę, którą była Balbinka. Czasami dochodziło między nimi do spięć. Na szczęście sunie nigdy nie były same i nie zrobiły sobie krzywdy. Zbliżył się termin zdjęcia szwów, ale u Perełki "przechrzczonej" przez nas na Zuzię pojawiły się hurtem guzy na obu listwach mlecznych. Jeden z weterynarzy podejrzewał raka. Na szczęście guzy okazały się zastoinami pokarmowymi pomimo, że sunia dostawała leki na zbicie pokarmu. Wyleczyliśmy to i malutka wróciła do zdrowia i rozrabiania. Przez ten krótki czas miała na swoim koncie niezłą listę zniszczeń, ale robiła to tak wdzięcznie, że zamiast się złościć pękaliśmy ze śmiechu. Tymi wybrykami do złudzenia przypominała nam Psonię. Doszliśmy do wniosku, że w innym domu może niszczyć jeszcze bardziej szczególnie gdyby została sama. U nas jej to nie groziło, postanowiliśmy nie narażać jej na ewentualne kary przez inną rodzinę i stać się dla niej domem stałym. Podpisaliśmy dokumenty i panna Zuzia stała się pełnoprawnym członkiem rodziny. Dość szybko dogadała się z Balbinką, zaakceptowała jej wyższość w stadzie i obie panienki zaczęły tworzyć piękny duecik. Ku naszemu zdziwieniu ta mała wampirzyca bardzo szybko nauczyła stateczną dotąd Balbisię rozrabiania. Przecież we dwie jest raźniej.
Nadszedł dzień, że Zuzia zachorowała na zapalenie krtani i na przy okazji zasłabła. Lekarce nie spodobało się jej serduszko. Kardiolog, do którego się udaliśmy rozpoznał poważną wadę serca i wdrożył leczenie, które trwało do samego końca jej życia. Nigdy więcej nie pojawiły się jakiekolwiek epizody ze strony serduszka pomimo, że wadę potwierdzały kolejne badania.
Jaka była Zuzia? Pełna życia, była psiakiem, które je kochał ponad wszystko, a nas w szczególności i to z wzajemnością. Potrafiła się ze wszystkiego cieszyć. Nawet z tego, że się obudziła. Psinka, która nigdy się nudziła. Pomijam już jej pomysły z rozrabianiem. Swoją radość okazywała skakaniem jak konik. Była słodziakiem ale też i kochaną zołzą w jednym ciałku. Atakowała wszystkie psy na ulicy, obszczekiwała każdego, kto przechodził pod balkonem. Nie dała sobie w kaszę dmuchać osobom obcym. Miała określoną grupę ulubieńców , a reszta miała się trzymać od niej z daleka. Nie cierpiała wetów z całego serca. Jednego podczas wizyty domowej uchlała, innym razem złapała za strzykawkę. Podczas pobierania krwi zawsze zachowywała się jak histeryczka i tak była nazywana przez większość weterynarzy, z którymi się zetknęła w swoim życiu. Kąpiel była dla niej czymś strasznym, więc starała się nam ją utrudniać na wszelkie sposoby. Tego potwora jakim była suszarka do włosów najchętniej by zagryzła. Do 14 roku życia kochała wszelkie maskotki toteż miała ich całą masę. Jedyne co z nimi robiła to każdej jednej wygryzała oczy i nosy, rzucała mi je pod nogi, jak się zorientowała, że potrafię je wyhaftować. Każda maskotka z jej osobistego majątku miała wyhaftowane oczy i nosy. Im większa maskotka, tym lepsza. Piłki były przez nią mordowane w ciągu 5 minut.
Zuzia nie mogła pogodzić się ze śmiercią Balbinki. Za wszelką cenę chciała ją obudzić. Pomimo naszego bólu, staraliśmy się jak mogliśmy, aby przeżyła to odejście jak najłagodniej. Jak najczęściej wychodziliśmy z nią z domu. Musieliśmy na długo zmienić trasę spacerów, bo na starej najwyraźniej czuła zapach Balbinki. Szukała jej i piszczała. Sama poważnie zachorowała nam 4 lata temu. Stoczyliśmy dzięki naszej weterynarce ciężką batalię z ojej życie zakończoną sukcesem. Uszkodzony błędnik, zaburzenia neurologiczne spowodowały, że porzuciła totalnie miłość do zabawek. Pomimo, że już ruchowo nie była tak sprawna jak dawniej nadal uprawiała skakanie jak koza, cieszyła się życiem i okazywała nam swoją miłość na każdym kroku. Nie przeczuwaliśmy żadnego kryzysu zdrowotnego. Czuła się dobrze, pomimo, że ruchowo z roku na rok szczególnie po nocy widać było deficyty w tylnych łapkach, na które zawsze pomagały masaże. To trwało do niedzieli. W niedzielę Zuzi zaczął w błyskawicznym tempie ""wysiadać" nie wiadomo czemu przewód pokarmowy. Podjęliśmy kolejną walkę z nadzieją, że ja też wygramy pomimo, że nasza wetka nie dawała nam zbytniej nadziei mówiąc, że wiek zrobił swoje, a na to niestety leku nie ma. Widać było, że Zuzia też walczy, że chce żyć. Niestety przegraliśmy na całej linii. Tym razem starość była górą.
Żegnaj nasza maleńka, nasz waleczny terminatorze w małym ciałku. Jak każdy z naszych psiaków masz swój własny pokoik w naszych sercach, do którego nikt nie ma wstęp i nikt nie wydrze nam tej miłości. O to możesz być spokojna. To pisze u każdego psiaka, bo taka jest prawda. Byliśmy razem ponad 18 lat i dlatego nasze serca krwawią bardziej niż kiedykolwiek, a oczy nie chcą wysychać. Nawet nie masz pojęcia jaką zostawiłaś po sobie nieznośną pustkę. Wiemy jednak jedno. Na pewno w naszym domu nie będzie innego psiaka. Dziś zdaliśmy sobie sprawę z tego, że życie z Wami jest cudowne, ale pożegnania zbyt bolesne. To nas po prostu przerosło. Twoim odejściem zamykamy rozdział "psiego" domu. To za mocno boli. Za mocno. Od 4 lat Twoja lekarka uświadamiała nas, że ten moment się zbliża, że musimy być przygotowani w każdej chwili na Twoje odejście, że pewnego dnia Twój organizm powie "dość". Niestety nie byliśmy.
Byłaś wyjątkowa taka pozostaniesz w naszej pamięci. Kochamy Cię maluszku.
Psonia odeszła w niedzielę
Balbinka odeszła w poniedziałek
Zuzia odeszła we wtorek.