W piątek wieczorem telefon od znajomej dziewczyny, Oli, że wraca z Ostrołęki i aż zatrzymała samochód - pies na szosie, w lesie. Gmina dawno zamknięta, nie ma komu zgłosić, a pies przemieścił się z pobocza do lasu. I został, Ola wróciła do domu. No nie ma co, podjechaliśmy z Tomkiem wczoraj. Ni widu, ni słychu. W bok od szosy prowadzi droga przez las do wsi, raptem kilka domów. Pewnie tam sobie poszedł. Dziś mówię do Tomka, podjedźmy, zobaczmy, jak się pies pokaże, to jutro go zgłoszę do gminy, nich panowie z gospodarki komunalnej go łapią. Wzięłam wodę i karmę, na wszelki wypadek. I bingo... za rowem, w lesie, leży sobie zwinięty w rogalik Powolutku, powolutku, podszedł do jedzenia, wziął chrupki z ręki, popił wodą. Popatrzyliśmy z Tomkiem po sobie - skoro tak był już przy naszych nogach, i autku, to... Na ręce, do samochodu i przyjechał do gabinetu. Odrobaczenie, odpchlenie, obróżka i zawieźliśmy do gminnego kojca Został bidulek ma dach nad głową, pełną miskę i wodę. Zaraz go pokażę na stronie gminy jako znalezionego.