Dziękuję Wam najpierw za pomoc Barytonowi, potem za bycie razem z nami przy nim i teraz za jego pożegnanie.
Szczególnie dziękuję rozi za wsparcie w tych ostatnich dniach, za jej duchową obecność, za to, że doradzała.
To była strasznie trudna decyzja, bo to był najbardziej inteligentny pies, jakiego mielismy. Szczególnie trudna dla mojego męża, bo Baryton go sobie wybrał. Do tego miał mocne serce, sprawny umysł. Niestety spondyloza zdewastowała jego cały kręgosłup uniemozliwiając poruszanie się, wstawanie, a nawet podniesienie głowy. Nie działały już żadne środki przeciwbólowe. Próbowaliśmy wszystkiego. Byliśmy przy nim średnio 20 godz na dobę.
Dopiero po jego smierci dotarło do mnie jak ogromne miał zwyrodnienia. Nie dało się zgiąć łap, czy ruszyć głową. Wszystko było skostniałe. Odszedł w swoim ulubionym miejscu w ogrodzie.
Potem była pierwsza noc bez niego, pierwszy poranek w ziemi. Kazde szczeknięcie i byliśmy odruchowo na bacznosć, bo Baryton. Potem przychodziła myśl, ze jego już nie ma. Cisza w domu.
Bardzo nami wstrząsneło odejście Barytona. Coś się skończyło, coś zmieniło.
Muszę zrobić jeszcze rozliczenie. Trudno mi, ale muszę.