Były panie z Warszawy, Klaudia i Ida. Nie mogły zabrać psa do siebie (na co w głębi serucha liczyłam...), ale i tak zrobiły dużo. Szukają domu tymczasowego i fundacji, żeby ten dom i pracę z Sarą opłacić. W niedzielę ma dać odpowiedź jedna z nich.
Tymczasem Sara zostaje u nas i mam z nią pracować. Panie pytały o, jak Sara reaguje na nasze suczki. Mówię, że odkąd nie ma szczeniąt, Sara nie szczeka na nie, wręcz piszczy jakby chciała z nimi być. Dziewczyny rozciągnęły siatkę koło kojca i zrobiły mały wybieg. Zabrałam z domu na ich prośbę Bezię, jako najbardziej przyjacielską, i z nią zostałam w tym ograniczonym miejscu. Otworzyłam kojec. Bezia wmeldowała się do środka i obie sunie zaczęły się bawić! Wyszły poza kojec i jak głaskałam Bezię, podbiegała też Sara. Machała do Bezi ogonem, kręciły kółeczka, no nie ten sam pies, co w kojcu. Po chwili Sara sama weszła do kojca. Mam za zadanie wchodzić do kojca z Bezią i karmić je na raz, głaskać itp. Potem nastąpiło szczepienie - bo do tej pory nie dało się tego zrobić. We czworo, z Tomkiem, powolutku zagoniliśmy Sarę do budy, podniosłam dach, dziewczyny zarzuciły kocyk na psia głowę i dostała zastrzyk na wirusówki. A że znieruchomiała, nie była wcale agresywna, to pobiegłam do domu po obrożę i kawałek smyczy, by coś dyndało. I też pani Ida powolutku otoczyła obrożą psią szyję i zapięła zatrzask. Na razie to duzy postęp.
Czyli dom z psem i niewielkim ogrodem potrzebny, a wg pań w ciągu miesiąca Sara się ucywilizuje.