-
Posts
2501 -
Joined
-
Last visited
Content Type
Profiles
Forums
Events
Everything posted by Sybel
-
U nas dzień po wszystkie trafiały.
-
Agaga, ta z mojego pokoju miała taką samą akcję przy poprzedniej ciąży, więc myśmy nad nią skakały, jak nad jajkiem. A jak opowiadała, jak potem do pracy wróciła, a tam koleżanki w ciąży... Masakra. Engelina, dzięki wielkie :) Ja Ci strasznie zazdroszczę, ze już po i zaklinam się, żeby urodzić choć dzień przed terminem :) Byle nie z powrotem na OCP.
-
Ja wiem, że będzie ciągłe "ale dlaczego on płacze, ale dlaczego on tak się zachowuje" itd., ale teraz, jak nie widać, czy żyje, czy nie, to ja mam już schizy i najchętniej bym sobie kupiła własne domowe KTG, zeby go pilnować. Ten szpital mi zrył psychikę, mam nadzieję, ze to szybko minie. Za dużo tych historii, za dużo nieszczęść tam krąży i nie da się od tego odizolować, jak przychodzi np. ordynator i przy całej sali streszcza historię zmarłego malucha współlokatorki. Potem, jak KTG gubił u niej na moment tętno Malucha, to cały pokój sztywniał i leciałyśmy po położne. Masakra.
-
Opuchlizna zeszła, mam dużo leżeć z nogami w górze, unikać potraw z solą, np. pieczywa, poza tym smażonego, jeść dużo warzyw, głównie surowych, ale gotowane też mogą być. Raczej twarożki, niż wędliny, Unikać generalnie przypraw, nie łazić za dużo... Opuchlizna moze być oznaką zakażenia i dlatego od razu w późnej ciąży wrzucają do szpitala, jak się pojawia, może nieco na wyrost, ale z jednej strony to rozumiem. Tylko skoro wszystkie wniki były ok, mogli mnie szybciej wypuścić, a nie robić cyrk przez tyle dni. Zrzuciłam w 6 dni 3 kg, co w sumie w późnej ciąży nie jest takie super znowu. Przynajmniej nie dla Młodego... Engelina, mam termin między 16 a 23 czerwca, Młody waży 3 kg w tej chwili. Zazdroszczę, ze masz Małą już w ramionach, tak bardzo bym chciała, zeby Witek już był niezależny od mojego ciała, to jest takie stresujące, ja się ciągle boję, że jakiś mały błąd w żywieniu czy zachowaniu go skrzywdzi - OCP wychodzi bokiem.
-
Wypuścili mnie dziś :D Co za ulga, wykąpałam się, odpoczęłam, zrobiłam mus owocowy w ramach surowego, teraz pichcę pycha obiad - pierś kurczęcą w rękawie z pieczarkami i cebulką, a do tego warzywa na parze. Jak fajnie :) Jak normalnie :D Jutro za to marsz po wypis i na KTG, ale generalnie wszystko ok.
-
Martens, ja jeżdżę nad wodę z psem, który wodę uwielbia, ale nie umie pływać i głowa mu tonie :P To chyba nawet gorsze... Po prostu lezie po dnie, aż go woda zalewa. Dopiero, jak się go za szelki złapie i zawlecze głębiej, to jest w stanie płynąć samodzielnie. Z brzegu nie ma szans, zeby wystartował.
-
Ja się dożywiam sama - jabłka, marchewki, świeże ogórki, pozwolili mi też na jogurt z musli, zjadłam też baton musli, żeby dołożyć nieco kalorii. Pierwszego dnia diety, jak w sumie nie dojadałam ze swoich zapasów jeszcze, Młody był po prostu ledwie żywy. Teraz śmiga, szaleje, brzuch faluje. W ogóle to dla mnie szok - tyle się mówi o zdrowej diecie dla ciężarnych, o tym, jak ważna jest higiena, a sam szpital co oferuje? Na kolację dla mnie tarty seler z marchewką i trzy połówki totalnie zwiędłych jabłek - psiunów, takich jakby zagotowanych w torbie. Ręce opadają. Jak dla mnie to w sumie powinno trafić wręcz do prasy, tak nie powinno być w szpitalu położniczym, na oddziale, gdzie są ciąże zagrożone. Z drugiej strony mam w pokoju pannę z awarią nerek, wyła całą noc z bólu, więc noc nieprzespana. Troskliwi rodzice dożywiają ją żarciem z budki chińskiej, jak ona powinna z dala od soli, jeść lekko, gotowane, delikatne. Panna w 7 miesiącu, przybrała już 20 kg, wsuwa na śniadanie bułę słodką i marsa, potem fast foody, a jak lekarz zapytał, skąd taka waga, ona twierdzi, że nie wie, jak to się stało, ze tyle utyła. Po prostu brak mi słów na ludzką głupotę. Teraz, 3h po chińczyku, wyje z bólu i znowu dostała zastrzyk w tyłek - nie kojarzy jednego z drugim :|
-
Bonsai, zagłosowałam i puściłam w ludzi :D
-
Ok, dzisiejsza akcja śniadaniowa mnie rozbroiła... Dostałam pojemnik sałaty, tzn jakieś 2-3 liście podlane śmietaną, czy jogurtem, nieco brązowe. Pani, która to przyniosła, z rozbrajającą szczerością wyznała "ja nie wiem, jak ma pani na tym wytrzymać do obiadu". Nie wypisuję się, jutro ma być rozmowa z lekarzem, czy mnie nie wpiszą, bo w niedzielę i tak nie wypuszczają.
-
Dziewczyny, nie wiem, czy jeden dzień, czy więcej, to jest najgorsze. Plus taki, ze Młody dziś fika, jak nakręcony, wrócił do formy, a wczoraj był tak potwornie niemrawy, ze mi wyobraźnia już galopowała. Gameta, nie da się nie słuchać, jak wpada ordynator i każe dziewczynie streścić poprzednią ciążę. Chciała bym, ale nie da się :| No historia życia przed całą salą - niefajne.
-
Spoko, wykładowcy uniwersyteccy w ciągu 10 lat mieli w sumie 50 zł podwyżki, przynajmniej u nas. Pensję mają niższą, niż szkolni niestety, a wymagania też kosmiczne, no bo sesje, bo egzaminy, dyżury, zdobywanie sobie pensum itd. No i poziom studentów z roku na rok wymaga większego wysiłku, bo ludzie są po prostu niedouczeni przez obecny system oświaty.
-
No więc siedzę w szpitalu "przyjaznym dziecku" i muszę przyznać, ze jestem w szoku. Ustawili mi trzydniową dietę surówkową na obrzęki (które zeszły, zanim doczekałam się pierwszego posiłku). Dieta jest taka, ze jak wczoraj dostałam dwa posiłki, to potem mnie 4h trzymali na KTG i zabrali na przepływy w trybie pilnym, bo dzieciak zrobił się tak niemrawy. Rano dwie łyżki tartego starego selera, potem dwie łyżki marchewki tartej i jakiejś zwiędłej kapusty, a wieczorem znów marchew i... kiszona kapusta w ramach diety bezsolnej. Dziś obiad oddałam do kuchni, bo były gotowane buraczki i sałata w słonym sosie. Tak więc zebrałam od kucharki burę, że wzgardziłam obiadem i czy w takim razie w ogóle raczę zjeść kolację. Dobrze, że dostałam pozwolenie na jogurt i musli, bo wczoraj przy cyrku z KTG i przepływami dostałam dosłownie histerii - leżę w pokoju z dziewczyną, która poprzednią ciążę straciła w 38 tygodniu, zupełnie nagle. To działa na wyobraźnię. Dziś po jogurcie młody ma dobre wyniki, tętno podskoczyło, wczoraj spadło kilka razy do 70... Był zupełnie nieaktywny, zgaszony, ledwo się ruszał. Dziś śmiga, tętno 130-160. Poza tym w łazienkach syf taki, że brak słów. Krew po trzy dni na deskach i podłodze, na dwa brodziki jeden zapchany. Podobno wczoraj na oddział trafiła dziewczyna ze świerzbem (podsłuchane u pielęgniarek), więc mam jazdy, ze załapię w tym syfie. W ogóle w szoku jestem, że tu jest aż tak fatalnie, spodziewałam się, że będzie średnio, ale aż tak? Mam nadzieję, że w poniedziałek mnie wypuszczą - teraz nie ma szefowej oddziału, więc nic z tego. A moja kuracja to surówki i leżenie, co mogła bym równie skutecznie robić w domu, w warunkach znacznie bardziej sprzyjających. Jestem wściekła po prostu.
-
Troszkę ochłonęłam, bo spanikowałam, jak mi lekarz powiedział, tak dosć nerwowo, ze koniecznie się musze jutro o 9 stawić w szpitalu, bo te nogi źle wyglądają (też nie aż tak, zawsze mi puchły w upały, ale teraz bardziej). No i do tego ciśnienie wysokie, bo 150/100, ale robione zaraz po marszu i wchodzeniu po schodach, dlatego podejrzewa kwestie krążeniowe. Teraz zmierzyłam, mam 126/71, tętno 69, więc pewnie tamto było kwestią zmęczenia. Generalnie w szpitalu byłam raz, w 6 klasie podstawówki na wycinaniu migdałka i po prostu boję się tego miejsca, bo kojarzy mi się jedynie z pobytem moich babć, które zmarły w szpitalu (jedna na udar, druga na wylew) i mojej mamy leczonej dwa lata temu (operacja onkologiczna), więc siła wyższa chyba. Co do skurczy, to mam nisko macicę, ale mówił, ze 4 tygodnie jak nic do porodu. A skurcze w normie. Kurde, nie wiem, co wziać do szpitala, koszulę, czy mogę leginsy i tuniki jakieś, żeby wygodniej latać, a nie łóżkowo? Mam mieć badaną krew, pewnie mocz, przepływy łożyska itd. W ogóle nie wiem, co wziąć, pewnie co chwila będą pielgrzymki, bo czegoś zapomniałam ;) No, ale najważniejsze to sprawdzić, co z Małym, co z moimi nogami i naprawić sprawę, jeśli tylko to możliwe, bo te nogi bardzo mnie męczą, opuchlizna wcale nie schodzi, nawet w nocy. Wczoraj to wyglądało, jak nadmuchane na full lateksowe rękawiczki.
-
Cóż, jutro na 9 do szpitala z powodu puchnących nóg, moze do weekendu zostanę, może dłużej. Na razie panikuję. Miałam iść do szkoły, bo mnie sis z partnerem wszędzie dowoziła, ale po tym tekście o szpitalu troszkę wymiękłam. Czekają mnie różniste badania i srednio się cieszę. No, ale może w końcu się uspokoi, jak będzie wiadomo, co się dzieje i co z tym zrobić. Teraz mam mega doła :|
-
Dam znać, na szczęście częściowo mnie sis podwozi. No i chyba do szkoły dzis nie pójde, jest 30 stopni, także odpuszczę sobie raczej.
-
Kurna... Znalazłam w domu no spę, ale ważną do 2011 :| No nic, jutro kupię, najbliższa całodobowa apteka w Łodzi, więc nie będę chłopa wysyłać, bo zwariuję sama z nerwów. Jutro mam masę pytań do mojego lekarza, także będzie dłuższa wizyta. Ciekawe, co powie. Akurat jutro ciężki dzień, najpierw idę z sis na USG, w zeszłym roku jedna "specjalistka" jej stwierdziła guzy w piersi i wątrobie, onkolog nic nie znalazł, ale młoda lata regularnie na kontrole od tego czasu i wolę z nią być w ramach wsparcia. Potem lekarz, czyli godzina siedzenia w poczekalni, a potem szkoła rodzenia, ale w sumie nie wiem, czy dam radę na to iść, skoro mają być upały. Zobaczymy, bo dziś miałam nogi jak bańki. W ogóle te ostatnie tygodnie są straszne.
-
Mam od dawna podobny problem z moim kundlem z ulicy (tak xxxx52, kundlem, to nie jest obelga, tylko stwierdzenie faktu, że pies jest skundlony). Najpierw też prowadzaliśmy go na długiej lince, ale ja np. miałam problem ze zwinięciem jej szybko, kiedy pojawiał się inny pies, który na dodatek musiał do nas podbiec, a właściciel hen za górami coś tam mamrotał pod nosem usiłując psa przywołać. Powiedzmy sobie szczerze, to nie było najwygodniejsze rozwiązanie. My akurat zdecydowaliśmy się na szelki i smycz flexi w wersji 8 metrów. Pies bardzo szybko nauczył się, jaka jest długość maksymalna, na jaką może sobie pozwolić, na dodatek nauczył się reagować na komendę "do mnie" i natychmiast podchodzi, a ja mam krótką, łatwą do ogarnięcia smycz. No ale to wiadomo, nie każdemu takie rozwiązanie pasuje, tylko podrzucam pomysł. Mój Filip rzucał się na wszystko, co się rusza, więc najpierw zapoznałam go na działce mojego męża z dwoma psami jego rodziny (dla jasnosci, jak Filipa wzięłam, w domu były już 2 psy i je akceptował bez szemrania, również przy misce). Podczas działkowego meetingu wszyscy psi uczestnicy mieli kagańce plastikowe, w których nie mogli zrobić sobie krzywdy, my ingerowaliśmy, jeśli spięcie bylo zbyt agresywne. Teraz psy są ze sobą wielce zakumplowane, a tamten zabieg pozwolił nam zapoznać Filipa z różnymi psami na osiedlu - też nie ze wszystkimi, ale ma teraz znajomych. Jeśli się szarpie na obcego psa, pada komenda SIAD. Aktualnie sprawa nieco się skomplikowała, bo jestem w zaawansowanej ciązy i pies uznał, ze wymagam ciągłej ochrony, więc broni mnie przed wszystkim - nie wiem, co to będzie, jak się niedługo Mlody urodzi... Tak więc da się psa zlagodzić, według mnie warto kupić kaganiec fizjologiczny. Jeśli masz agresywnego psa, powinien być zabezpieczony, zeby nie skrzywdzić innych. Gajos ma rację co do pytania o karcenie przy złych zachowaniach - niektórzy np. radzą ignorować takie zachowania, my natomiast sadzamy psa na tyłku i siedzi tak długo, aż wyluzuje. Co do linki też się z Gajosem zgadzam, długa powinna wejść, jak pies nauczy się chodzić na standardowej, nie wcześniej. Linka treningowa tylko na spacery na pola, żeby pies ćwiczył na niej wracanie na każde zawołanie, a przy tym miał luz. No i pomyśl też o próbach socjalizacji z łagodnymi psami z Twojego otoczenia. To moze pomóc, choć nie musi - zależy od psa.
-
Ja wiem, głównie o płuca chodzi. Co sobie pomarudzę, to moje, ale te skurcze mi się cały dzień ciągną po trochu, łapią co jakąś godzinę i potrafią dość długo trzymać, jak przyjechałam rano do mamy, po spacerze z psami poszłam odsypiać i potem wstać nie mogłam, bo tak mnie znowu złapało. Po prostu chyba to już ten moment, kiedy bym chciała mieć to z głowy. Maluch najważniejszy, tyle sie przemęczyłam, to wytrzymam. W ogóle zauważyłam, że jak słyszę w radio niektóre kawałki, które leciały, jak byłam w I trymestrze, to nadal robi mi się niedobrze. Po prostu pies Pawłowa mi się załącza i od razu robi mi się niedobrze, czuje zimową zgierską spaleniznę i muszę wyłączyć radio. Tak z innej beczki, babcia mojego męża za każdym razem pyta, czy już wiem na 100%, że mam cesarkę, na co jej odpowiadam, ze wiem, ze zamierzam rodzić normalnie, bez cięcia brzucha, nie ma w tej chwili wskazań do cesarki (chyba, ze zajdzie taka potrzeba i lekarz uzna, ze innej opcji nie ma). Przedwczoraj usłyszałam, ze w takim razie pewnie będzie poród kleszczowy i argument, ze w tym szpitalu tego w ogóle nie robią nie dotarł... Dlaczego kobiety lubią się pławić w straszeniu ciężarnych, sprawia im wręcz autentyczną radość takie gadanie, jak to strasznie, jak boli, jaka jatka, jakie dzieci zdeformowane itd. Nie kumam zupełnie.
-
Ja planuję zajść drugi raz w przyszłym roku, koło sierpnia, żeby na maj było rodzeństwo dla Witka :) Ale teraz naprawdę mam dość, bo mi opuchlizna z nóg nie schodzi, a dzisiejsze skurcze i cyrk z biustem odebrały ochotę na wszystko. Dobrze, że jutro ide na kontrolę do lekarza :)
-
No, przewracanie się było i jest torturą, ale dziś jakby bardziej. I teraz też mam co jakis czas takie mega mega skurcze, ale jeszcze nie te chyba - po prostu brzuch mi cały sztywnieje. Niefajne. My o combi myslimy, teraz mamy uno, w którym w porywach zmieściło się 5 osób i 4 psy. W Uno chyba by wszedl fotelik, my dwoje i jeszcze dwie osoby plus 2 psy na kolanach, ale na środku nie ma pasów sensownych, są dwupunktowe, więc fotelik trzeba wpinać za pasażerem. Poza tym niniejszym oświadczam publicznie: ja mam dość ciąży, chcę już urodzić... Ugh...
-
Z gier to Skyrim jest fajny, choc nie do końca rozumiem, czemu od 18 lat, jak porównam np. z Wiedźminem, to jest wręcz niewinny (Wiedźmina za język polecam). Ale to jedna z tych gier, gdzie mama może sobie pograć, odpocząć i się chwilę pobawić - ładne widoki, solidna grafika, piękna muzyka, do tego wielu zna tę grę pod nazwą "symulator wycieczek wysokogórskich" :) Dziewczyny, pytanie. Znowu. Dziś w nocy miałam skurcze, raczej te przepowiadające, ale się bitą godzinę wlokly. W sumie nawet nie one mnie obudzily, tylko próba przewrócenia się na bok i gigantyczny ból, jakbym miała kamień zamiast macicy. Jestem wedlug OM w 35, wedug USG w 36 tygodniu i przypuszczam, że powinnam przywyknąć, ale strasznie długo to trwało. Miałyście tak? No i oczywiscie rano koszula nocna mokra na biuście... W sumie dobrze, ze nocna, a nie dzienna. Zaraz idę odsypiać, ale mam wrażenie, ze Młody chyba niedługo będzie, za jakieś 2 tygodnie (oby, liczę, ze w 38, a ni np. w 41 tygodniu...)
-
Mój pierwszy chłop był z Warszawy, powiedzmy, ze był to krok desperacki (do tej pory siebie nie rozumiem), jak po półtora roku się z nim rozstałam, wszyscy znajomi zaczęli urządzać mi imprezy gratulacyjne :| Także powiedzmy, ze udany związek to to nie był, a jak jeszcze sobie przypomnę, ze on mi się oświadczył... OMG... Mój mąż od razu podłapał moje paplanie o psach, sam miał wtedy jednego. Po kilku miesiącach znaleźliśmy sukę i on tak zakombinował, ze została u jego rodziców. Do tego bardzo pomógł w socjalizacji mojego Filipa, choć przedtem miał zero doświadczenia w takich sprawach. Od czasu, jak jest ze mną, nie dość, ze ogląda się za cudzymi psami, to zaczął reagować na bezdomniaki, razem kilka zebraliśmy z ulicy, nauczył się patrzeć. Prawdę mówiąc trafiłam naprawdę fajnie, teraz ze mną chodzi do szkoły rodzenia, chce być przy narodzinach naszego Wicia (Znaczy ile da radę) i generalnie po tym pierwszym to jest coś super. Czasem w szoku jestem, ze takich w ogóle jeszcze robią... Swoją droga dziś witałam się z dalmatynką i się prawie poryczałam, gęś głupia. Tyle lat po śmierci Pucla, a ja nadal mięknę na widok czarnych kropek na białym tle :|
-
To ja muszę docenić mojego. Bo teraz szukamy nowego mieszkania (w 26 metrach my dwoje, nasz syn plus trzy szczury to tak ciasnawo z deka), więc już postanowiliśmy, ze szukamy na terenach spacerowych, a jak tylko się da, bierzemy ze dwa psy. W zasadzie chyba suki, bo w najbliższej rodzinie same chłopaki. Tylko kwestia, co się faktycznie przybłąka, ostatnio na spacerze w Sokolnikach znaleźliśmy ogromnego bernardynowatego psa, czarnego podpalanego, ale uciekł, a zaraz potem sukę karmiącą, która też uciekła... Także nie wiem, jak nam się to skończy :) No ale Młody będzie wychowany w sumie przez 3 szczury i minimum 4 psy, więc co jak co, ale zwierzaków będzie w bród :) Ja bym kota też chciała, ale TZ nie może przy nich oddychać, więc teraz mam dylemat - pozbyć się męża, czy zrezygnować z kota :P (dziwnie mi się o nim pisze/mówi/myśli per "mąż", starsznie dziwnie...)
-
To jak planujesz drugiego TTB w domu, to ja bym radziła zainwestować w kask, może taki, jak dla hokeistów, od razu z zabezpieczeniem na zęby :] Bo inaczej czarno widzę :D
-
Fakt, że chodzi o jakość spaceru. Człowiek też by oszalał, jak by non stop siedział głównie w swoim ogrodzie, nie mógl zobaczyć czegoś nowego. Suka musi mieć ciekawe spacery, jak najbardziej stymulujące. Warto pomyśleć o zabawach w szukanie, o aportowaniu, a teraz moze o biegach przy rowerze, czy innych takich. Do tego dużo dużo nauki.