Prosili na grupie "Ada tak nie wypada", więc udostępniam. Historia z Lią i "fundacją" Ada w Przemyślu. Niech idzie w świat...
To może teraz ja opowiem moją historię..będzie długa i zaczęła się niecałe 5 lat temu, kiedy to obejrzałam filmik z płaczącym Radkiem, bo chcieli mu zamknąć ośrodek czy coś takiego, już nie pamiętam o co chodziło. Zrobiło mi się ich żal. No i tak dałam się wkręcić. Jakiś czas później zobaczyłam moją Lię (sierpień 2018 r.) Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Więc były wpłaty na leczenie, stały przelew, wtedy też były organizowane koncerty charytatywne na budowę psiej wioski, więc praktycznie na każdym z tych koncertów byłam (jestem ze Śląska, więc kawałek mam). Na pierwszym koncercie Lia już była w ośrodku, więc zapytałam jak wygląda kwestia adopcji. Zbywano mnie. Pomyślałam no ok, pewnie już ktoś jest zainteresowany. Jakiś czas później, bodajże w okolicach października/listopada, na FB pojawił się post jakiejś nieznajomej laski, że szuka karmy i podkładów dla Lii (WTF!?). Odpowiedź z Ady brzmiała: to nie dla niej, tylko dla psów z nią przebywających no ok. Tydzień później kolejny post od tej samej laski, że szuka DT w Warszawie, bo Lia leci do Stanów... No tu już mi ręce opadły. Napisałam do Radka, że chociaż nie jestem właścicielką to nie wyrażam zgody na to. No i dwa tygodnie później Lia trafiła do mnie. Bez umowy, bez wizyty adopcyjnej
Następnie byłam urabiana, że Lia będzie miała darmowe leczenie. Tak jak jest to wmawiane wszystkim nowym właścicielom. Niestety dalej miałam ustawiony stały przelew, kiermasze, przelewy na inne zwierzaki. Jakiś czas później, kiedy Lia już wyzdrowiała całkowicie (na początku miała krzywicę, robaczycę i grzybicę, trafiła do mnie prawie wyleczona, ale wychudzona), pojechałam na wizytę do Ady i wcześniej spotkałam się z wolontariuszką, która opowiedziała mi różne historie, po których włos się na głowie jeżył. M.in. o tym, że Lia tylko na zdjęciach była w szpitaliku, a tak to w obsranej, śmierdzącej i zardzewiałej klatce gdzieś z tyłu lecznicy i to że zwierzęta albo uciekają (borsuki) albo umierają a zrzutki prowadzone są dalej jeszcze przez kilka lub kilkanaście dni... Na drugi dzień odwiedziłam Adę i tam mnie zapewniano, że to nieprawda i mydlono mi oczy. Uwierzyłam. Rok później zrobiłam z koleżanką zbiórkę w pracy. Uzbierał się prawie cały samochód darów.. karma, żwirek, legowiska, miski nawet mały snopek siana. Pojechaliśmy 350 km w jedną stronę. Na miejscu zero jakiegokolwiek zainteresowania. Wzięli rzeczy i schowali gdzieś. Wzięłam też Lię, żeby ją zbadali czy wszystko jest w porządku i przy okazji zaszczepili, bo akurat zbliżał się termin. Przypominam, że obiecali bezpłatne leczenie
Zbadali, zaszczepili -wszystko ok. Jakieś 15 minut później dostaję telefon z nieznanego numeru. "Dzień dobry, czy Pani jest jeszcze na ośrodku, bo musi pani uregulować należność za badania i szczepienie - 160 zł"... Jak bym dostała w twarz. Skończyło się moje finansowanie ośrodka. Jak napisałam w komentarzu prawdę parę dni później, to mnie zablokowali. Ot cała historia.
Na zdjęciach Lia w Adzie i teraz
https://www.facebook.com/amanda.ami.jelen