Jest dokładnie tak, jak piszesz. Staram się przed tym bronić rękami i nogami, ale jest ciężko. Samoistnie, o określonych godzinach/porach, przychodzą myśli. Że rok temu w tym właśnie momencie wiozłam Łosia do lecznicy i jeszcze nie wiedziałam, że już stamtąd nie wróci. Że o tej godzinie, w zeszłym roku wracałam z lecznicy, pełna nadziei, że się uda. Że, że, że....
Staram się nie wchodzić w te tematy, nie zagłębiać się. Skupić się na Melutce malutkiej. Nie myśleć. Ale nie jest to łatwe. I szczerze mówiąc nie wiem czy mądre. Może powinno się dac wybrzmieć emocjom? W końcu one są. I najwyżej tylko je zepchnę głębiej w podświadomość. Ale nie znikną...
I ciągle dręczy mnie myśl, że Bazylek się męczył, że go bolało. Że taką paskudną miał końcówkę życia. Że na to nie zasłużył.
:(