Pan Andzrej ma juz jednego psa, teriera ze schroniska. Spodobała mu się Emi i zadzwonił, czy aktualne. Przemyslałam sprawę, bo obiecałam innej pani przetrzymać Emi do przyszłej soboty. Te warunki wydaly mi się lepsze. Młodzi ludzie, bez dzieci, pracuja na zmiany, odebrać mogą osobiście od nas ze wsi, przyjechać zaraz, zapraszają do siebie, umowę podpisac oczywiscie (no, wszystko wydało mi sie takie, jak chciałam usłyszeć). Nawet to, że przyjadą te 100 km i jak mi sie coś nie spodoba, odjadą bez psa, ale maja nadzieję itp... Świadkiem wizyty była Agnieszka, która przyjechała po Pysię.
Najważniejsze, zę mamy umowe, ze jak cos nie tak, dzwonią. Warszawa to nie Wrocław czy Trzebinia, bliziutko. I podobał mi sie, zę ludzie sie nie przestraszyli tego jazgotu (powiedziałam, że tak grają ogary) i Emi od razu do nich przylgneła.
Reszta w rękach Boga i łapach Emi.
Ryzyko jest zawsze.