Niedawno byłam ze swoim psem u weta,nikogo nie było już w poczekalni,bo przyszliśmy przed samym zamknięciem przychodni.Drzwi do gabinetu były niedomknięte,słychać było rozmowę wetów z właścicielami.Pies chory,po wdrożeniu leczenia-na dwoje babka wróżyła...po chwili decyzja o uśpieniu.Właściciele zostawili psa i wyszli uśmiechnięci na papierosa.Naprawdę nie wiem z czego się cieszyli,może to była ich taka "nerwowa"reakcja na fakt uśpienia...ciężko powiedzieć.Widziałam przez chwilę ta biedną,małą sunię i jak została sama w ostatnich chwilach z obcymi ludźmi...płakałam mimo,że nie znałam psiny.Za chwilę wetka wyniosła ciałko zapakowane w kartonik,ot taka niepozorna paczuszka.Właściciele z uśmiechem odebrali paczkę,wsiedli w samochód i pojechali,a ja taka zapłakana weszłam do gabinetu...