-
Posts
2501 -
Joined
-
Last visited
Content Type
Profiles
Forums
Events
Everything posted by Sybel
-
5 letni labrador wyniszczony,JUŻ W NOWYM DOMKU
Sybel replied to Basia i Barni's topic in Już w nowym domu
To mi wygląda na ostre entropium, jeśli faktycznie tak jest, pies może mieć to od urodzenia. Kiedyś miałam w domu takiego dalmatyńczyka z ulicy. Operacja wtedy - 5-6 lat temu - kosztowała w (dość drogiej) lecznicy około 300 zł plus chyba 200 zł na krople do oczu (no i 200 na krople do uszu, ze 300 na leczenie ran, bo dzieci radośnie szczuły go swoimi psami, 200 na kastrację - nie ma to, jak wziąc psa z ulicy :] ). Pies miał bardzo zaawansowane entropium, powieki dolne i górne zawinięte trzykrotnie w rulon, co podrażniało całą gałkę oczną. Kiedy został zoperowany miał półtora - dwa lata, a jest to podobno wada genetyczna, którą nalezy skorygować do szóstego miesiąca życia. Zdaje się, że są dwie metody cięcia - laserowa i standardowa, więc dopytajcie o nie. Rany goiły się szybko, ale trzeba było psu założyć kołnierz, zeby się nie drapał w pyszczek. Pucel miał szczęscie, bo okazało się, że oczka ocalały, ba! Widział przez zasłonki :D Chyba mu wet rentgen tam wstawił :] W każdym razie pamiętajcie, nadzieja jest :) Jesli szukacie imienia dla tego psiaka, może duch mojego Pucla mógłby mu patronować? Tamten z koszmaru trafił do raju z kanapą, kumpelką, ciasteczkami i pieszczotami, więc może teraz z psiego raju jakoś wesprze tę bidę. -
Dzieki wielkie. Czemu nie wpadłam na RSPCA?? No nic, czasem móżdżek zawodzi :) Kot bedzie niepocieszony :)
-
Witam, nie wiedziałam, gdzie wstawić ten temat, a z doświadczenia wiem, ze na Dogo zawsze znajdzie się ktoś mądry, kto doradzi, więc wstawiam tutaj. Mój tata od 5 lat mieszka w Londynie. Miesiąc temu własciciel domu przyniósł miesięczną kotkę. Od razu mała przywiązała się do taty, który postanowił, że ją wysterylizuje i generalnie zadba o jej zdrowie. Potem przedstawi rachunek włascicielowi, niech facet zadba o to, co sam sprowadzil, tym bardziej, ze mała ma łapać szczury. W teorii. W praktyce jest tak dobrze karmiona, że nie chce jej się ruszać tyłka. Chciałabym wiedzieć, jakie obowiązkowe szczepienia powinna mieć - może znacie tez nazwy łacińskie lub angielskie, to by zycie ułatwiło baaaardzo. Jak często powinna być szczepiona? I jak często odrobaczana - złote rady, jak wtłoczyć w kota preparat (poza kewlarowymi rękawicami i maską do spawania na włascicielu... Poza tym ksiązeczka zdrowia - moze wie ktoś, jak to wygląda w Anglii? Mama w czwartek leci do Londynu i chce tacie pomóc. Co do sterylki, wiemy, jak to przebiega, znajoma sterylizowała osiedlowe koty i czasem pomagałsymy z sis przy tym. Z góry dziękuję za pomoc.
-
Rany... Moze tak: każdy, kto wchodzi do domu, gość, czy osoba niezbyt częsta w mieszkaniu, niech ma ze sobą smakołyki i wita się z psem po imieniu, entuzjastycznie częstując psa przy okazji czyms dobrym. To wymaga czasu, poza tym - z tego, co wiem o pinczerkach - im są starsze, tym agresywniejsze potrafią sie stać. Metoda z ciachem jest o tyle dobra, że pies zaczyna kojarzyć gości z jedzeniem, jednak absolutnie KAŻDY, kto przychodzi, musi coś psu dać, więc trzeba wszystkich zawczasu informować. Pracochłonne, ale działa, na mojego sześcioletniego wówczas psa (znajde, nie ja go wychowywałam) coś takiego podziałało, ktoś z domowników przytrzymywał go chwile w innym pokoju, a druga osoba wtykała gościom w ręce psie ciacha tłumacząc, jak mają sie zachować (wcześniej też im mówiliśmy). Z dzikusa, który skakal na każdego, zamienił sie w przylepkę, która gości ubóstwia, usiłuje teraz włazić na kolana i stoi słupka licząc na wyżerkę. Strat w ludziach nie ma :)
-
W sumie ja przy mojej suce robiłam tak, że jak była burza/Sylwester/ pogrzeb wojskowy na pobliskim cmentarzu, to ja głaskałam, a Fifi siedziała zwykle w wannie lub w takie budzie pod wielkim łóżkiem mojej siostry. W obu miejscach było wtedy ciemno, ciepło, miękko, okna były pozamykane, by maksymalnie wyciszyć hałasy. Nie umiałam jej podbudować, bo generalnie była psem bardzo pewnym siebie, szalenie przebojowym, taka iskrą dosłownie, bała się tylko brodatych mężczyzn - jeden na nia kiedyś naszczekał... No i własnie wystrzałów po traumie z młodości. Na sylwestra dostawała uspokajacze, ale podczas burzy mijało sie to z celem, bo przecież zanim środek zacznie działać, musi minąć spora chwilka. No i zamulona chodziłaby po burzy, a nie w trakcie. Moze własnie zorganizowanie jej kryjówki, ciepłej, miłej, takiej "oswojonej" pomoże?
-
Czy w tej lecznicy Cztery Łapy są jeszcze chipy? I czy trzeba się telefonicznie umawiać? Mam dwóch chłopaków i się biję z myślami, czy jechac czy nie (jeden jest strasznym dzikusem i każda taka wyprawa z nim to prawdziwa mordęga... Jak lód jest, to już w ogóle trauma)
-
Być może pies był bardzo źle odżywiany lub miał kiedyś parwowirozę (czy inne świństwo uszkadzające układ trawienny). Przede wszystkim badania krwi, rentgen może też, albo usg, żeby zobaczyć, czy nie ma czegoś dziwnego w brzuszku. Poza tym testy na alergie pokarmową. Jak pies ma problemy tego typu, to nie dawaj mu ciągłego dostępu do jedzenia. Z własnego doświadczenia (mam chory żołądek) wiem, że najlepiej dawkować pięć - sześć małych posiłków. Nie dawałabym żadnych kości, pękają, mogą podrażniać. Poszukaj może jakiejś karmy specjalistycznej dla psów z problemami trawiennymi, one są łatwo strawne, może mu zasmakują. Co do urozmaiconej diety - to ona może również powodować problemy, psy, które mają gwałtowną zmianę diety, często reagują rozwolnieniem. Mam jeszcze pytanko: czy kupa jest normalna (w sensie taki "klasyczny" kolor rozwolnienia) czy też jest smolista, albo po prostu dość ciemna? Nie ma w niej krwi? Czy psu się tez odbija, wymiotuje rano żółcią?
-
Władczyni,wiem o tym, chciałam zwrócić uwagę na fakt, że po prostu czasem lepiej je sobie darować, bo sama praca z psem przynosi o niebo lepsze wyniki, a psychotropy to bądź co bądź chemia przechodząca przez wątrobę, mająca wpływ na mózg. Warto dziesięć razy przemyśleć ich użycie, zanim się je zacznie stosować.
-
Może szkolenie profesjonalne no i pokazywanie domu - KONSEKWENTNIE - że Wy tam rządzicie, a nie ona. Ona ostatnia dostaje jeść, ona ostatnia wchodzi do domu itd. No i oczywiście karanie za agresję, słowne na przykład, a potem ignorowanie jej domagania się pieszczot. Ja bym tak zaczęła, ale najlepiej poradzić się specjalisty lub poszukać książek na ten temat
-
Moi chłopcy pewnie dostaną zabawki i jakieś gryzaki. Tylko mogę się założyć, że Felek ukradnie Filipowi zabawkę i będzie leżał na obu. Dwa lata temu zwinął mu gryzaka, jak wsunąl swój, a potem dostał rozwolnienia z przejedzenia... Żarłok...
-
U weta jest między innymi dostępny ziołowy syrop uspokajający o nazwie STRESNAL. Zapytaj weta, czy coś takiego jest dobre dla Twojego psa. Mój, gdy do nas trafił, miał ogromne problemy z agresją na spacerach. Teraz jest lepiej, ale nadal nas broni. Dostawał psychotropy "poprawiające nastrój", ale szczerze mówiąc guzik dały i nie polecam. Więcej dała praca z nim. Moja suka natomiast panicznie bała się strzałów, ale nigdy nie udało nam się jej z tego wyleczyć, gdyż kojarzyło jej się to z czasami, gdy do niej strzelano śrutem (świadczyły o tym rany na ciele, gdy do nas trafiła). Co gorsza, z wiekiem się pogarszało i na przykład na Sylwestra już tydzień wczesniej zaczynaliśmy ją wyciszać lekami, a 31 drudnia po południu dostawała dawkę mocniejszego środka, po którym miała przespać strzelanie. Niestety lęk był tak silny, że zwiększona dawka środka też nie zdołała jej rozluźnić
-
Sowa na Pietrusińskiego 47/49 jest super, całodobowa, profesjonalna, uczciwa i niedroga. As w ostateczności, jest na Składowej 37a, też całodobowa, ale jak dla mnie spoczęli na laurach, są drodzy dość i niesympatyczni. Jednak jeśli jest sytuacja alarmowa, a bliżej masz na Składową niż na Pietrusińskiego, to lepiej podjechać do Asa niż stracić psa. Pod Koniem na Kopernika też jest całodobowa, ale podobno maja tendencję do usypiania trudnych przypadków. Nie wiem, sama nigdy tam nie byłam. Na Stokach , [I]Janosika[/I] 143a, są nieźli, ale pracują chyba od 10 do 18. Osobiście polecam.
-
Na działkach robotniczych moja ciotka i jej sąsiedzi w kółko sypią trutki na ślimaki, rozpylają też takie antygrzybowe, na mrówki, na mszyce... Psy i koty cały czas się tam kręcą i naprawdę nigdy żaden tego nie ruszył. Ani jeden nie zginął z tego powodu (koty tam tłuką gołębiarze, trują, mordują, puszczają na nie pitt bulle, ale dowodów na skur... nie mamy ;( ). Może to świństwo było "doprawione" do smaku? Bo chyba psy tego zwykle ot tak nie zżerają? Co do zabawek, lateksowe są słabe, kupiłam żabę za kilkadziesiąt złotych, po kwadransie Felek chodził z jej głową w pysku, a reszta leżała w strzępach luzem. Sznurki po dwóch dniach żucia czasem pleśnieją, a pleśń bywa toksyczna. Maskotką może się udławić. Jedyne naprawdę skuteczne zabawki, które dotychczas nie uległy niszczycielskiej sile szczęk moich Chłopaków to piłki lanki i gumowe, lite kółka. Ale taka piłka jest ciężka i jak za mocno sięodbije i pies to złapie, to się boję, że zęby powybija...
-
Kochana Sarunia odeszła dziś podczas operacji
Sybel replied to asiaf1's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Asiu... być może to był wybór Sary... Kiedy umarła moja Babcia, a najukochańsza Pańcia mojej suki Fifi, ta wytrzymała trzy tygodnie i dostała z żalu zawału (albo udaru, ciężko było określić). Wytrzymała w sumie jeszcze 5 miesięcy na lekach, ale wciąż wyła, płakała, aż w końcu jej serduszko w lipcu staneło. Psy tak bardzo kochają, ze ich serduszka nie wytrzymują straty swego jedynego wspanialego Człowieka. Sara i jej Pani też są szczęsliwe... Wierz mi. -
Pożegnanie niezwykłego beagle - Delfi, dziękujemy, że byłeś!!!
Sybel replied to delfi's topic in Psy, które pożegnaliśmy....
Biedny maluch... Niby tylko 10 lat, ale tak naprawdę aż dziesięć wspaniałych lat, pełnych miłosci i ciepła. O tym trzeba pamiętać. Może kiedyś zdecydujecie się przygarnąć kolejne światełko do domu? Wierzcie mi, to koi rany jak balsam, nie wymazuje z pamieci, ale psie psoty w domu nawet w najgorszej sytuacji wywołują uśmiech. Taka terapia... Dla wszystkich :) -
W moim domu zawsze były psy. Zanim się urodziłam, Mama i Babcia ściągnęły do domu Dziekana, bardzo mądrego niewielkiego kundelka, który był piekielnie brudny, zapuszczony, głodny i... przeraźliwie inteligentny. To był chyba rok 80... Dziekan zwykł jadać z Dziadkiem jabłka na kanapie, gdy razem czytali gazety, kochał sie w "dużych rudych", głównie seterkach, a owczarki niemieckie najpierw witał, a potem zachodził od tył, gryzł w jajka i uciekał, bo kiedyś jeden go pogryzł. Dziekan dwa razy sprowadził na działki do Dziadka pomoc, gdy ten zasłabł. Uratował mu życie. Gdy w 84 roku przyszłam na świat, Dziekan uzależnił sie od smoczków. Potem uczył mnie i młodszą o dwa lata siostrę chodzić, zawsze nas w nocy pilnował. Umarł chyba w 88 czy 89. Nie mialyśmy jak mu pomóc. Nikł w oczach. Wtedy nie było tak rozwiniętej weterynarii. Niby zapalenie płuc, ale moze wątroba, a w zasadzie nie wiemy. Nie mógł chodzić, cierpiał trzy czy cztery dni, ostatkiem sił wlazł na kanapę, na której zwykl siadywać z Dziadkiem i... zasnął. Bardzo nas to bolało, ale na osiedlu pojawił się Maks. W typie gończego polskiego, zdziczały, podobno zamykano go w garażu i katowano. Potwornie chudy, poparzony jakąś chemią. Babcia miesiąc latała po osiedlu z koszem parówek. Maks biegał z małym Rudzikiem, razem spali, dzielili się jedzeniem. W tym samym czasie znaleźli domy. Maks panicznie bał się mężczyzn, samochodów, butelek. Jednak Ojcu ufał. Na początku bywał agresywny, ale nie wobec mnie i siostry. Nas zawsze bronił. Zresztą, do konca życia ochraniał dzieci i małe psy, gotów był zycie oddać. Dwanaście lat temu trafiła do nas Fifi, jego wielka miłość. Pierwszy raz wpuścił obcego psa do domu, na własne nieszczęście :). Wiecznie obgryzione uszy, łapy, gdy robił kupę, Fiska z rozędu w niego uderzała, zeby przewrócić. Gdy tuz po przyjściu do nas miała parwowirozę, Maks spał przy niej i pierwszy dawał znać, ze coś jest nie tak. Do ostatniej chwili za nią szalał. Nagle okazało się, ze nie moze się zalatwic. Jeden wet stwierdził: "Zdrowy, 40 zł się należy". A potem, w porządnej lecznicy, wyszło na jaw, że jest rak prostaty wielkości grejfruta, z naciekami na kosć. Kilka dni z cewnikiem, pieluchami i kołnierzem, a potem ta straszna decyzja: musimy go uśpić. Ma prawo odejść od bólu. Fiśka długo nie mogla znaleźć swojego miejsca i wiecznie sprowadzała nam spy do domu. Dzieki niej dwa odnalazły zgubionych włascicieli, a jeden trafił do domu z ogrodem. I w końcu znalazła Pucla. Obraz nędzy i rozpaczy, spał pod krzakiem rózy (jak romantycznie...). Od razu zacząl uciekać. Był dalamtyńczykiem, pewnie z pseudohodowli, młody, z ogromnym entropium, pzez co slepy prawie. Pogryziony, bo "urocze dzieciaszki" szczuły na niego swoje psy. Długie, kosztowne leczenie oczu i uszu dało efekt. Stał się pięknym, łagodnym psem o wspaniałym sercu i małym rozumku. Ganiał się z Fiśką, stanowiły bardzo zgrany duet. Aż połknął cholerną piankę od okien. Gdy wymienialiśmy okna, pies cały dzień był na smyczy i w kagańcu, bo wiedziałyśmy, jak jest zarłoczny. I tak zdołal jakoś złapać kawał pianki, która spuchła i zatkała mu jelita. Spowodowała martwicę. RTG, USG, morfologia - żadnych nieprawidłowości, bo tego świństwa w badaniach nie widać. Miał byc operowany, ale nad ranem dostał zapaści i zmarł już w lecznicy. Miał tylko 5 lat, był pełen życia i z jego śmiercią do dziś nie mogę się pogodzić. Fiśka znów cierpiała. Miała już 9 lat, ale wciąż była szczeniakiem. Wciąż kazdy się nią zachwycal, a ona przestała jesć, przestała biegać, stała się drazliwa. No i miała usuwane guzki na karku i boku, więc była bardzo nie w humorze. 17 dni po śmierci Pucla, tydzień po operacji Fiśki, trzy lata temu trafił do nas od doktor Pacałowskiej Feliks, wyjsciowo Gizmo, przejściowo Mały. Po wypadku, z połamanymi, ale złożonymi nogami, z przetrąconą miednicą. Miał nie chodzić. Tyle, że chyba jakas magiczna siła wznoisła go na wyzyny stołu i wsadziła pysk w sernik. Tak się obżarł, ze ledwie się stoczył ze stołu. Fiśka najpierw na Feliksie siadała, bo nigdy nie miała tak małego kumpla. Potem zaś go pokochała. Rok później na spacerze Mama z Siostrą i Duetem znalazły smutnego, brudnego, kulejacego mopa. Był koniec listopada, zimno, mgliście, paskudnie. A ta bida już od pół roku się pojawiała, ale nie dala się złapać. Teraz zaś owszem, chętnie do nas przyszedł i... został. Filip moze fizycznie nie miał problemów poza zapaleniem stawów i robakami, ale psychicznie był najbardziej skrzywiony ze wszystkich, które u nas mieszkały. W domu do rany przyłóz. Na dworze zabije wszystko, co się rusza. Jest cudowny mimo to, najpierw nie umiał się bawić, teraz uwielbia swoje kółeczka i piełczki, spi na kanapie do góry brzuchem. Jest fantastyczny. 30 lipca, pół roku po smierci Babci i własnym udarze Fifi umarła. Niestety, żal i tęsknota za panią, do tego słabe serduszko, upały i wiek - 13 lat - swoje zrobiły. Zdążyła pogonić chłopaków na spacerze, zjeść sniadanko, położyła się na swim miejscu, zawyła... i już pędziła do swoich przyjaciół za TM. Życie w moim domu zatacza koło. 26 listopada miną 3 lata od pojawienia się Felka, a 29 listopada - 2 lata od przybycia Filipa. Dom ciągle jest pełen smiechu i szczekania, wszędzie walają się zabawki. Tylko czasem siadamy wieczorem przy stole i wspominamy cudne serduszka, które zaszczyciły nas swoją ogromną miłością. I niech mi ktoś powie, że psy nie mają uczuć, ze nie mają duszy... Taki ktoś sam jest pusty jak wydmuszka i chyba nigdy nikt go prawdziwie nie pokochał. Może dużo tego, ale jak miałam pominąć któregokolwiek z nich, jeśli wszytskie są w naszym życiu jak iskierki, zawsze pozostaną w pamieci.
-
O ile dobrze pamiętam ktoś, a chyba Weronika1, mówił w związku ze śmiercią Lusi, że dzwonił do weterynarza. Może można zadzwonić jeszcze raz i się dowiedzieć z pierwszej ręki, jak pies umarł i co obstawia specjalista? Taka sugestia, bo przepychanki słowne są bez sensu, nic nie wnoszą.
-
Bardzo bardzo przykro mi z powodu psów. Nie jestem wśród Was aktywna, nie wiem, o co chodzi z wątpliwościami dotyczącymi jakości domu Wet- Siostry, kultury osobistej i innych takich. Zresztą nie mnie to oceniać. Pragnę zwrócić tylko uwagę na fakt, że są ludzie, czasem mieszkający kawał od psów, którzy psów zwyczajnie nienawidzą i z czystej nienawiści krzywdzą (chyba o tym wiecie najlepiej pomagając takim zwierzakom). Na moim osiedlu ktoś długo i dokładnie truł psy i koty, umierały szybko i w koszmarny sposób, zginęło dosłownie całe pokolenie starszych psów, z 10 sztuk minimum. Okazało się, że truł dozorca, bo psy kupy na JEGO trawnikach robiły. Nie trafiło to na policję z jednego powodu: psiarze zapewnili facetowi karę po stokroć surowszą, niż policja. Znajomym sąsiad przerzucił do ogrodu kiełbasę z jakimś świństwem, trzy psy przeżyły, ale z lekkim paraliżem (w tym suka kaukaza). Dlaczego? Bo szczekały i dołki - na terenie właścicieli - kopały. Nie wydaje mi się rozsądne oskarżanie właściciela/opiekuna o otrucie zwierząt, jeśli nie ma się solidnych podstaw. Może gdy poznacie trutkę, wyjdzie na jaw, kto mógłby coś takiego mieć, wtedy zaś spokojnie można będzie oskarżać. Wiem, że emocje, wiele z Was znało psy osobiście, sama się popłakałam na myśl, że moją ferajnę coś takiego mogłoby spotkać (tfu tfu). Nie da się zawsze psa upilnować, taka jest prawda. Są takie, co potrafią wsunąć znalezisko przez kaganiec, więc co zrobić? Zadrutować psu szczękę? Trzymać w domu lodówkę z ampułkami antidotum na każdą okoliczność? Mój pies zatruł się pianką do uszczelniania okien - moja wina, bo dosłownie na sekundę spuściłam go z oka, nie zauważyłam, że ją połknął, a na RTG i USG tego świństwa nie widać. Ono spuchło, zapchało jelita, wet nie wiedział, co się dzieje, pies umarł na moich rękach w efekcie. No moja wina, cholera, trzy lata, a ja po nim nadal wyję. Odrobinkę empatii, naprawdę nie zaszkodzi. Na oskarżenia przyjdzie czas. Teraz jest czas na łzy i wspominanie psiego nieszczęścia.Złość zachowajcie na potem, by móc ją wyładować, jeśli znajdziecie winnego. Wtedy zaś - bez litości.
-
Tęczowy Most wirtualnie - Dla niepogodzonych ze śmiercią przyjaciela....
Sybel replied to Manu's topic in Tęczowy Most
Wyję jak bóbr... 30 lipca zgasła moja Fifi... Miała 13 lat, po prostu piękne psie serduszko było zbyt zmęczone żalem. Gdy do nas trafiła 12 lat temu, dosłownie wyrwałyśmy ją śmierci sprzed nosa. Tyle wycieczek, włóczęg, przebierania w kostium kąpielowy (różwy, z fioletowym czepkiem), szukania myszy, wymuszania ciastek... Pól roku wcześniej straciła swoją ukochana Panią, a moją Babcię. W ciągu kilku miesięcy z mojego życia odeszły dwie wspaniałe Seniorki, zawsze, do ostatniej chwili pełne wigoru, roześmiane, czasem wręcz nieprzyzwoite. W domu nagle, po raz pierwszy w moim życiu zapadła cisza. Do tej pory słysze jej tupot nocami. Po niej zostało w domu jej dwóch kumpli, bardzo tęsknili. Nadal czasem jej szukają. Wiecie, wielu ludzi nigdy nie trafi do nieba, bo na to nie zasługują. Pies, czy inne zwierze zaś zawsze, bo im serce dyktuje, co mają robić. Tylko człowiek umie być z gruntu zły i krzywdzić, jak skrzywdził wszystkie sześć psów, które w ciągu mojego życia zaszczyciły moją Rodzinę miłoscią, troską i oddaniem. Fiśka po śmierci swojego pierwszego kumpla do domu sprowadziła nastepnego. Zresztą uważała chyba, że nasz dom moze być domem niezliczonej ilości psó i kotów, wiecznie usiłowała kogoś wręcz wnieść do mieszkania... Maleńka, tęsknię za Tobą... -
U mnie w domu był kiedyś Dziekan - przygarnięty z okolic któregoś dziekanatu właśnie, szalenie mądry (służył mi i siostrze jako "chodzik", jak miałyśmy po półtora roku :D ). Ciotka pracowała w rektoracie, mama z Dziekasiem przyszła ją odwiedzić, a akurat u ciotki był jakiś tam dziekan. Pies przyszedł z piłką i cały czas zszczekał na ciotkę, żeby ta mu piłkę rzuciła. W końcu ciotka nie wytrzymała i ryknęła:"Dziekan, zamknij się i siadaj na d...!" Facet przestraszony zamilkł i klapnął na krzesło, a pies szczekał dalej :D Cóż, wyższa inteligencja dominuje :] Człowiek tylko moze sobie pomarudzić pod nosem :)
-
Skomplikowana sprawa. Może najpierw wyjaśnię, jakie ja miałam w domu sytuacje, bo kilka ich było, ale wszystkie ( w sumie 3 psy i suka) zostały opanowane i bardzo się kochały lub kochają (dwa nie zyją, historia trwa kilka lat). Zacznę od tego, że ponad 12 lat temu wzieliśmy Fifi, roczną sukę z parwo, 25 kg. Był już wtedy pies, ale on ją sprowadził i dalby się za nią pokroić, więc Maksia pomijam. Gdy umarł, Fiśka rok była sama, po czym znalazła sobie na ulicy dalmatyńczyka Pucla, potwornie zdziczałego, z entropium. Wyleczyłyśmy go, poczuł się pewnie i usiłował zdominować Fiśkę. Nas też, ale lądował w kagańcu, dostawał karcącą przemowę bardzo poirytowanym głosem i szybko wybił sobie z głowy ataki na nas. Generalnie najbardziej w ułozeniu jego stosunków z Fiśką pomógł jej bojowy charakter, bo nie pozwalała na siebie ruszać oraz nasz pozycja w rodzinnym stadzie. Pucel na kazdym kroku był usadzany na najniższej pozycji w stadzie, ostatni dostawał jeść, był wycierany po spacerze zawsze po Fiśce, po niej dostawał ciastko. Jesli usiłował na nią ruszyć, natychmiast był karcony słownie. Zmarł w wieku 5 lat nagle, wet nie wiedział, co się z nim dzieje, ale w ciągu ostatniego roku ani razu nie przejawiał agresji. Po jego śmierci trafił do nas Felek, kórego Fiśka nie akceptowała (bo był mały i to nie ona go znalazła... baba uparta ). Nie gryzła go, tylko warczała, siadała na nim, traktowała go jak dywan/kanapę/wycieraczkę. Kilka razy rozpędziła się i potraktowała bidulka jak deskę do surfingu... Więc teraz trzeba było pokazać, że nieco ze swej pozycji straciła, ale nadal jest kochana. Felek mia TYLKO pierwszeństwo w pieszczotach. Po roku trafił do nas Filip, zupełnie zdziczały średni sznaucerkowaty pies. Tak oto miałyśmy trzy... No i znowu Filip usiłował dominowac. Wylądował na samym dole drabiny tak, jak już opisałam. Fiśka w lipcu tego roku zmarła na serduszko, miała 13 lat. Filip teraz czasem usiłuje Felka zdominowac, ale wystarczy ostrzeżenie słowne i już chodzi grzecznie, razem się bawią, razem śpią. Wszystkie były lub są wykastrowane, co miało naprawdę duży wpływ na układ sił, hormony to ogromna moc w naturze, również u suk. Podsumowując, spróbujcie pokazać psu, kto jest na którym miejscu. Pokażcie mu, kto się liczy, kto ma więcej praw. Czasem pomaga głaskanie spokojnego psa, a ignorowanie agresora. Gdy agresor jest grzeczny, dostaje pieszczoty. Przynajmniej u mnie działało. Poza tym psy cały zcas były zachęcane do wspólnej zabawy, ciągane na jednym kiju, prowadzone nos wnos na spacerze, przez co nie umiały bez siebie życ. Trzeba przy tym bardzo bardzo dużo spokoju. Psy muszą być non stop razem. Jeden, Filip na samym początku był na lekkich środkach "poprawiajacych nastrój", zapisanych przez weta, bo miał dosłownie psychozy po conajmniej półrocznej bezdomności. Jednak po miesiący zostały odstawione, a pies nauczył sie jeść wszelkie leki bez problemów prosto z ręki... Nigdy nie byłam u psiego behawiorysty, ale cała moja wataha, nawet licząca trzy sztuki, po dosc krótkiej pracy stanowiła zgraną mafię ciasteczkową, bez sladu agresji.
-
Dziękuję, lecznicę bardzo dobrą mam, mianowicie Sowę w łodzi. Co do lizania mebli - Filip nie ma powodów do stresu, nie zostaje praktycznie nigdy sam, nie krzyczę na niego, ma masę zajęć, więc nuda wykluczona. W zasadzie w moim domu psy pomagają we wszystkim, nawet w zamiataniu i podlewaniu kwiatów. Jeśli nikt z domowników się nim nie zajmuje, to zawsze Feliks zaczyna go napastować i ganiają się po domu. Śpi brzuchem do góry, do tego jak kamień, więc raczej czuje się bezpieczny. Psychika to to nie jest... Ostatnio zaczął puszczać mordercze bąki. Przez to skojarzyło mi się, ze może mu jest niedobrze i dlatego tak macha językiem. Brzuch go nie boli, to pewne. Zmiane karmy z hill's na eukanubę zniósł dobrze, było to jakies trzy tygodnie temu, nie wiem, czy to moze mieć wpływ, ale chyba wrócimy do hillsa.
-
Zobaczę jeszcze jutro, jesli będzie bez zmian lub zmiana na gorsze, po prostu poprosze ciotkę o wsparcie, jest samotna, a szaleje za moimi psami, wiec powinna pomóc. Martwię się, raz wet nie zdołał zdiagnozowac, co mojemu psu było, pies cierpiał przez miesiąc, a wet rozkładał ręce. W końcu mój ukochany, pięcioletni dalmat z ulicy umarł mi na rękach i tego baaardzo się boję. Liczyłam na jakiś pomysł, w jakim kierunku go badać przede wszystkim.
-
Filip był strzyżony juz kilkakrotnie, uwielbia to, a teraz został obcięty w sam raz na zimę, żeby nie zmarznąć. Ilekorć jest w okolicy salonu, automatycznie tam skręca, aż biegnie na miejsce, bo podczas strzyżenia (tak samo, jak podczas kąpieli i innych zabiegów) dosłownie zasypia, rozpływa sie z błogości. Jest regularnie odrobaczany, szczpiony, nie ma pcheł ani innych pasożytów, ma dobrą karmę (uekanuba rano, na obiad ryż z kurczakiem i warzywami), jest wybiegany, śpi na kanapie, żeby nie miał przypadkiem reumatyzmu (mieszkam na parterze, mamy wilgoć w piwnicy i niestety reumatyzm u moich psów sie zdarzył). Boję się, ze moze to być albo zapalenie błędnika, albo choroba powodująca jakieś problemy neurologiczne. Jest to mój szósty pies, widziałam parwowirozę, wgłobienie jelita, udar, zawał, raka prostaty, padaczkę. Takiego czegoś nigdy nie widziałam i nie wiem, co się dzieje. Na razie go obserwujemy. [quote]1. jeżeli pies interesuje sie okolicami odbytu, to może mieć zapełnione gruczoły okołoodbytowe. 2. jeżeli tylko "potrzasa" głową to może zapalenie ucha. 3. może suka w pobliżu ma cieczkę i pies to wyczuł.[/quote] 1. Ma opróżniane gruczoły, zreszta sam to potrafi. 2. Nie potrząsa, kręci w poziomie na lewo, a potem na prawo, jakby zerkał na boki, troszkę jak te pieski do samochodów z luźną główką,co się tak koszmarnie kiwają. 3. Jest kastratem, w okolicy mieszka jedna siedemnastoletnia wysterylizowana suka i same psy. W domu ma kumpla kastrata, do lipca żyła z nim starsza wysterylizowana suka i nie było nigdy czegoś takiego.