Jump to content
Dogomania

Ewa Marta

Members
  • Posts

    29148
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    30

Everything posted by Ewa Marta

  1. Kochane Dziewczyny, jest Was tu sporo, może któraś zna i mogłaby się podzielić kontaktem do miejsca, gdzie mogłybyśmy z Ellig umieścić niedużego psiaka, który dogaduje się z innymi psami? Szukam dla niego domowego domu tymczasowego, może być płatny plus utrzymanie psiaka. Płatności reguluję terminowo. To piesuś, który nie ma jeszcze swojego wątku na dogo i którego utrzymuję sama już ponad rok . Z różnych powodow musi zmienić miejsce pobytu i szukam mu miejsca, gdzie ktoś mógłby nauczyć go życia w mieście, czy wychodzenia na spacery na smyczy. Na pewno nie akceptuje kotów. To pies z tego samego miejsca, z którego wyciąga psiaki Ewu. Ona go zna. Nie chciałabym wdawać się w szczegóły jego dotychczasowego pobytu, fizycznie jest zadbany, nie dzieje mu się żadna krzywda, ale wpadł w jakąś czarną dziurę, nikt w jego sprawie nie dzwoni. Nie bardzo jest możliwość otrzymywania jego zdjęć, dostaję je rzadko. Z powodu braku czasu jego dotychczasowy DT nie jest w stanie z nim pracować. Ja mieszkam za daleko i nigdy nie poznałam Florka. Bardzo mi zależy na przeniesieniu go w nowe miejsce, bo im szybciej znajdzie dom, tym szybciej będziemy mogły wyciągnąć kolejnego psiaka. Jakby co, bardzo proszę o wiadomość na PW.... Będę bardzo wdzięczna.
  2. Cudowna sunia! Tak bardzo się cieszę, że tak doskonale trafiła:)
  3. Dostaliśmy dzisiaj przecudowny prezent od Eluni (Ellig). Eluś, kocham Cię za Twoje serce, empatię i za to, że zawsze myślisz o innych!!! Dzisiaj Rokuś dołączy do Semika, który zawsze jeździ z nami samochodem i zawsze jak wsiadam, witam się z nim. Coś do niego mówię albo głaszczę go.
  4. Aż się wierzyć nie chce... Taki dzikus też dostal szansę od wspaniałej rodziny i uadło sie go wyciągnąć z tej traumy. Cudownie!
  5. Bardzo Wam dziękuję za szybkie podjęcie tematu:) Też poproszę numer konta:) Sunia jest przecudowna! Ciężko jej było wytrzymac w kontenerku, dlatego po przeniesieniu do klatki kenelowej w samochodzie odżyła. Jest słodka, kochana i śliczna! Na dworzec przyjechała po nią Dorotka i Monika - wlaścicielka hoteliku, w ktorym maleńka będzie czekała na dom. Bardzo miło było spotkać po długim czasie Isadorę i Basię:) No i poznać Monikę:) Jak zobaczyłam, że Dorota robi malej zdjęcie, od razu pomyślalam, że domek pojawi się szybko, bo zdjęcia adopcyjne Dorotka robi genialne:) Basia dojeżdża do domu. Tłok w pociągu okrutny, nie ma nawet jak usiąść:( na szczęście troszkę odsapnęła u mnie w domu, bo przyjechałyśmy do mnie na 2 godziny.
  6. Kochane, Basia dojeżdża do Warszawy, a ja jadę się z nią spotkać. Jak sądzicie, czy byłaby szansa zrobienia bazarku kilometrowego na zwrot kosztów biletu Basi? Podobno ktoś robi takie bazarki (nie mam pojęcia kto, ale słyszałam). Basia sama o to nie poprosi, ale naprawdę koszty, które ostatnio ponosi są zabójcze dla jednej osoby. Poradźcie do kogo się zwrócić w tej sprawie...
  7. Basiu, a o której będziesz w Warszawie? Ja pracuję i mam dwa spotkania, ale może udałoby mi sie urwać troszkę z pracy, żeby się spotkać i ewentualnie gdzieś zawieźć sunię.
  8. Dostałam od Marty dwa filmiki ze spotkania suniek. Widać, jak się nadal kochają:)
  9. Byłam w niedzielę w odwiedzinach u Szyszki. Poznała mnie i dostałam setki buziaków. Przytulała się i cieszyła bardzo. Jest jej dobrze w domku, jest bardzo kochana. Ja podjechałam obciąć jej pazurki, na co bez problemu pozwoliła. Zawiozłam jej dwie zabawki, które ochoczo złapała, choc obok posłanka ma koszyk z innymi, ale wiadomo, że nowa jest zawsze atrakcyjna. Robiłam jakieś zdjęcia, ale wyszly ciemne, wgrywam więc zdjęcie z poniedziałkowego (wczorajszego) spaceru Szyszki z Majką. Marta spotkała sie z Elą i razem poszły na długi spacer. Sunie były przeszczęśliwe i dokazywały przez cały spacer. A z Majka spacerujemy w każdy weekend. Agnieszka podjeżdża do Marty i zabiera Majkę, a potem spotykamy sie na polach za Konstancinem. Psiaki lataja jak szalone, więc ciężko bardzo zrobić jakiekolwiek zdjęcie. Majeczka poznaje nas z daleka i pędzi sie witać. Widać, że lubi całe nasze stado.Jest urocza, kochana, dobra i nie ma ani jednego telefonu w sprawie jej adopcji:(
  10. Dorotko, wielkie dzięki!
  11. CUDOWNIE!!!! Bardzo dziękuję!
  12. Basiu, a gdzie jest to zdjęcie? Jeśłi wyślesz mi mailem, podeślę je Dorotce
  13. Anica, kochana, Ewu chora i brak jej sił na jakiekolwiek działania. Czy Ty mogłabyś zadzwonić w sprawie jamnisi do Doroty?
  14. Najlepiej byłoby napisać, że to średnia suczka ważąca ok... i tu waga. To pozwoli bardziej wyobrazić ja sobie ewentualnym zainteresowanym. A co u panienki słychać?
  15. Bardzo Wam dziękujemy za wszystkie cieple słowa. Pusto bez Rokusia w domu strasznie. Każdego ranka mój wzrok pada najpierw na miejsce, gdzie było jego posłanie w sypialni. Teraz jest beznadziejna, pusta podłoga. Nie moge przyzwyczaić się do zamykania łazienki, a jak wychodzę, to wzrok pada na posłanie tuż przy drzwiach, na ktorym Rokuś zawsze na mnie czekał zerkając przez drzwi na to, co robię. Pilnował mnie bardzo i choc to było chwilami męczące, teraz oddałabym dużo, żeby choc raz jeszcze tak na mnie popatrzył:( Bardzo mi go brakuje, bardzo... Po raz pierwszy od 9 lat jeżdżę ze zlożonymi siedzeniami z tyłu. Do tej pory najpierw trzy, potem cztery psiaki wymagały rozlożenia ich i przeznaczenia calej powierzchni w kombi na ich legowisko w czasie jazdy. Po śmierci Rokusia jechalam z suniami na spacer i tak okropnie pusto było w tym aucie, tak bardzo widcą było jego brak:( Podnioslam więc siedzenia, moim maluchom założyłam matę samochodową na oparcia siedzeń, a potem wymościłam ja im ich ulubionymi kołderkami. Zrobiły sobie dwa grajdołki i widzę, że polubiły nowy sposób jazdy. Powoli przymierzam sie do zebrania rzeczy Rokusia i oddania komuś w potrzebie. Z 9 posłanek w domu skasowałam 3 największe. Jedno wyniosę do piwnicy, bo nigdy nic nie wiadomo, może się przyda w przyszłości. Kolejne jest już mocno zdeformowane przez Rokusia i ciągłe pranie. Ale mam wielki i porządny ponton dla dużego psa. Właśnie dosycha, bo jest rozbieralne. Zrobię potem zdjęcia i chętnie oddam jakiemuś psiaczkowi w potrzebie. Mam też leki, na pewno Lotensin, a jakie jeszcze - muszę zobaczyć. Schowałam wszystkie w dniu jego śmierci i nie mam jeszcze siły ich oglądać i segregować. Usiłuję przymierzać sie do zrobienia bazarku z rzeczami dla psiakow. Dostałam od mojej przyjaciólki nowe obroże, smycze i nie wiem co jeszcze, bo wszystko jest w kartonie. Nie wiem jak sie zebrać do tego, bo czuje się kompletnie wypluta. Staram się jak najwięcej czasu poświęcać suniom, chodzimy na długie i szybkie spacery, robimy mniej więcej 3-krotną trasę spacerów, które robiliśmy jeszcze we czwórkę:( Rokusia już nie ma, ale została jeszcze Kulka i kotek u Gośki. Niestety tylko jeden kot, bo dopiero niedawno powiedziała mi, że drugi wyszedł w Wigilię i nie wrócił:( Znał doskonale te pola i na pewno się nie zgubił. Obawiam się, że spotkal jakiegoś lisa albo dzika:( I jeszcze dla porządku napiszę, że ostatnie Rokusiowe koszty pokrywamy my - jego rodzina. Wizyta lekarza i pochówek na cmentarzu wyniosly 700 zł.
  16. Stówka poleciała na Twoje konto. A co z sunią w typie jamnisi? Nie mogę przestać o niej myśleć:(
  17. Tak wygląda ta sunieczka:( Serce pęka:( Basiu, wysyłam Ci zaraz 100 zł na opłacenie tej wizyty w Zabrzu. Jeśli coś zostanie, dorzuć do któregokolwiek Twojego psiaka albo na opłacenie bramek - cokolwiek wymyślisz..
  18. Basiu, a kto płaci za sunię? Ty sama, czy ktos jeszcze się dorzuca? Sunia musi ćwiczyć mięśnie żuchwy. Mnie doktor Olkowski (świetny ortopeda) zalecił dla jednego podopiecznego, który mial podobny problem dużo zabaw z piłką. Nie za twardą, żeby psiak mogl ja nagryzac i ćwiczyc mięśnie.
  19. Podalam ewu telefon do Dorotki. Mam nadzieję, że coś wymyślą wspólnie.
  20. Zastanawiałam się długo, czy wgrać ostatni film i zdjęcia, ale chciałam Wam pokazać jak cierpliwy do końca był Rokuś. Tak bardzo słaby, a jednocześnie żadnego sprzeciwu w tym, że coś od niego chcę... Bardzo chudł, zapadały mu się boczki
  21. Bardzo trudno jest myśleć o tym cudownym Staruszku w czasie przeszłym. Nagle w moim życiu zrobiło sie bardzo dużo czasu. Nikt ode mnie nic nie chce, nikt mnie nie goni do sypialni, żeby w końcu mogł iść spać, wszyscy radzą sobie sami, a ja zamiast odsypiać, piorę, piorę i piorę, porządkuję, segreguję i płaczę. Kłamałabym mówiąc, że Rokus był psem bezproblemowym. Chwilami opieka nad nim była trudna, nie tylko fizycznie. Trzeba było pilnować, żeby nie podszedł do niego duży pies, żeby nie zgubił się kiedy zostawał w tyle, bo jak tracił mnie z oczu to leciał przed siebie i niekoniecznie w moją stronę. Trzeba było podnosić go przy wsiadaniu do samochodu i wysadzać z niego, wsadzać na kanapę i po chwili, jeśli chciałam wyjść z pokoju zsadzać go z niej - czasami kilka razy w ciągu godziny. Pamiętać o podaniu leków, niektórych pół godziny przed jedzeniem, niektórych po jedzeniu. Codzienne sprzątanie i kilkukrotne w ciągu pranie zabrudzonych posłań, czyszczenie podłogi, pranie dywanów. Częste podnoszenie Rokinka z podłogi, bo jak upadł w miejscu, gdzie nie było chodnika, to nie był w stanie wstać. Trzeba było być przy nim bez przerwy od chwili powrotu z pracy, bo inaczej krzyczal i domagal sie obecności. Nie można go było zostawić wieczorem w domu, bo ujadał tak, że sąsiedzi słyszeli. Od pewnego czasu nie mogliśmy nigdzie z Jackiem wyjść razem, bo cały czas denerwowałam się i martwiłam, czy Rokuś na pewno leży na posłanku, czy nie woła nas. Na spacerach też byliśmy sami, bo nikt nie chciał dreptać stopka za stopką, żeby dostosować się do tempa Rokusia. Spacery były zawsze dostosowane do jego samopoczucia. Raz dreptaliśmy godzinę, a czasami tylko 30 minut i trzeba było wracać do domu. Ubieranie Staruszka w ubranko, żeby nie zmokły jego chore łapki, wycieranie pupinki po załatwieniu się, bo inaczej od razu miał ją czerwoną i pewnie jeszcze dużo innych zajęć, których w tej chwili nie pamiętam. Mimo to, zrobiłabym wszystko, żeby pozostał z nami, bo kochaliśmy to cudowne Słonko bardzo. Płaczemy po nim oboje, bo bardzo się z nim zżyliśmy i bardzo trudno teraz żyć bez niego. To stało sie tak nagle... Teoretycznie byliśmy przygotowani na to, że choroba będzie się posuwala. Ja uczepiłam się stwierdzenia "umiarkowana złośliwość" w badaniu hist-pat. Sprawdzałam wielkośc węzłów chłonnych, pilnowalampodania leków, starałam się go aktywizować. Nie przypuszczałam, że ta pierwsza biegunka jest oznaką przerzutu do jelit, a nawet wtedy, kiedy dr Jagielski potwierdził, że chłoniak zaatakowal jelita, myślałam, że jakos damy radę to opanować, że będziemy na stałe podawać leki, które pomogły za pierwszym razem na 2 dni. Jeszcze wpiątek nagrywalam filmik, na którym Rokuś byl taki zadowolony. Po raz pierwszy od prawie 2 tygodni widzieliśmy go takiego zadowolonego. Zaświeciło się światełko nadziei, że czuje sie lepiej, że na pewno już nie będzie biegunki. Po 10 minutach niestety znowu się z niego lało:( A potem było już tylko gorzej. Po raz pierwszy rozmawialiśmy o tym, że jest naprawdę kiepsko w sobotę. Jacek poruszył temat, że musimy o tym porozmawiać, podjąć jakąś decyzję, sami sobie dać jakiś termin. Uciekałam od tej rozmowy, zbyłam go nawet niegrzecznie, kiedy powiedział, że musimy liczyć się z tym, że to się może stać na dniach. Jacek prosił, żebym spróbowala zadzwonić do Konika i dopytać w jakich godzinach można do nich przyjechać. Myślałam, że go zabiję, wydawało mi się, że to zdrajca, że wcale Rokusia nie kocha, tylko jest zmęczony opieką nad nim. Wysłałam zdjęcia Rokusia Eluni jak je na leżąco z miski, bo nie ma siły wstać, zdjęcie jego odbytu. Ona odpisała, że nie wygląda to dobrze... Mimo to nie zadzwoniłam do Konika i zaklinalam rzeczywistość. Nie spałam całą noc. O północy zrobiliśmy Rokusiowi zastrzyki z poltramu i No spy. Zasnął na 4 godziny mocno. Chrapał i odsypiał godziny, w których tylko siedział i w ciszy patrzył przed siebie. O 4 nad ranem zaczął dyszeć, wstał i po raz pierwszy odkąd był z nami przeszedł w nocy do dużego pokoju na swoje dzienne posłanie. Odwrócił się tyłem do pokoju (po raz pierwszy). Leżał, ale nie spał. Podałam mu lek przeciwbólowy z paszteciku - ledwie go wziął. Ja siedziałam obok, nie odzywając się ani słowem. O 6 rano zmienił mnie Jacek. Powiedzial, że Rokuś znowu zasnął i spał bardzo mocno. Nie miał serca go budzić, ale chciał przed wyjściem na uczelnie wyjść z nim na krótko na dwór. Potem powiedział mi, że to było bardzo trudne, widać było, że Rokinek nie ma kompletnie siły, ani chęci na ruszanie się. Spacer trwał 4 minuty. Jacek siedział z nim jeszcze, podał mu leki i w końcu spóźniony ruszył na uczelnię - zapominając telefonu. Ja wstałam około 9:30, od razu poleciałam do Rokusia. Obudziłam, wycałowałam i starałam się namówić go na wyjście na dwór. Bardzo ciężko było go podnieść, w końcu nałożyłam mu na leżąco szelki i jakoś go podniosłam. Siły starczyło mu na dojście do windy. Kiedy zaczęłiśmy zjeżdżać do garażu, upadł i za nic nie mogłam go podnieść. Natychmiast wróciłam na górę i jakoś udało mi się go wyciągnąć z windy. Sunie przerażone chowały się po kątach. Dotaszczyłam go do posłanka i zaczęłam dzwonić do Jacka. Jego telefon odezwał się w domu. Opatuliłam Rokusia i wybiegłam na krótki spacer z suniami. Po raz ostatni wziął kapsułkę Duspatalinu zawiniętą w szynkę chyba kolo 11, nie pamiętam. Nakręcałam filmik, myśląc, że jeszcze z tego wyjdziemy, że jeszcze pokażemy wszystkim, że sie podniesiemy. Do tej pory taką szynke jadł w sekundę, teraz najpierw wypuścil z pyszczka, potem namawiany ledwie zjadł. Zaczęłam dzwonić do Eluni (Ellig). Już było wiadomo, że stan pogarsza się z minuty na minutę. Pupcia napęczniala potwornie, cały czas miał skurcze jakby chciał się załatwić. Ze środka zaczęła płynąć ropa. Współnie z Elą, która starała się zapanować nad moją histerią podjęłyśmy decyzję, że to już koniec. Ela zaczęła szukać miejsca, gdzie możemy pojechać z Rokusiem, ja zadzwoniłam do swojej lecznicy prosząc o przyjechanie lekarza do domu. Ela już pisała jak trudno było ze znalezienem miejsca dla Rokusia. w Koniku przez 2 godziny nikt nie odbierał, kremacja pod Warszawą i w Lublinie odpadała, bo nikt nie chciał po niego przyjechać, ani przyjąć go na noc. Ja w tym szoku mówiłam, że może podamy mu baterie lekow przeciwbólowych, coś na sen i że będę z nim siedziala całą noc, że może to jeszcze nie czas dla niego. Ela, której nie było lekko musiala przebijać sie jeszcze przez ten mój szok i tłumaczyła, prosiła, żebym teraz myślała tylko o Rokusiu, o tym co dla niego dobre, że teraz najważniejsze jest, żeby zakończyć cierpienia, bo widać było jak bardzo go boli. Ja wyłam, a ona cały czas mi tłumaczyła i nie mogąc być tu na miejscu jeszcze szukala kontaktu do Jacka, do mojej sąsiadki, żeby ktokolwiek do mnie przyszedl i mi pomógł. To ona wpadła na to, że mam dzwonić do syna, żeby przyjechał do mnie. Na szczęście przyjechał jak tylko usłyszal co się dzieje. Sąsiadka przybiegła po sunie, które trzęsły się jak galarety i chowały po kątach. Wybiegły z miezkania z ulgą. Pojechały na bardzo długi spacer na pola. Kiedy przyjechała Ania - cudowna wetka z Boliłapki - obejrzała Rokusia i powiedziała, że to czas najwyższy, że nie poradzimy juz nic i nawet podając kroplówkę, leki przedłużymy mu tylko cierpienia, bo on umiera. Z ogromną delikatnością i taktem robiła co musiała. Dała mi czas na utulenie go, na to, żeby spokojnie i powoli usypiał po podaniu pierwszego zastrzyku. Kiedy przepraszałam go za to, że juz nic więcej nie mogę zrobić powiedziała, że zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy, żeby go utrzymać przy życiu. Mówiła o tym, jak cudowne 2 lata mu podarowaliśmy, że ona jak mało kto może powiedzieć o naszej trosce, bo mało jest takich właścicieli, którzy tak bardzo dbaliby o swoje psiaki. Powtarzała cały czas, że nic nie mogłam zrobić, że nic nie zostało zrobione nie tak. Ja jeszcze nie mogłam pogodzic się z tym, że to już konice. Prosiłam ją, żeby obejrzala jeszcze raz jego pupcię, zbadała go. Ania powiedziała, że to co widzę na zewnątrz to jedno, a nie zdaję sobie sprawy co jest w środku biorąc pod uwagę jak dużo ropy z niego wylatuje. Jeszcze raz powiedziała, że nie ma szans, żebyśmy go z tego wyciągnęli. Odszedł spokojnie, godnie, w moich ramionach, na swoim posłanku, całowany do końca w ten cudowny nos i pyszczek, do ostatniego oddechu. Cały czas mu mówilam jak bardzo go kochamy, jak bardzo jesteśmy wdzięczni, że nam zaufał, że nas pokochał i że spotka się tam z Semikiem, a on się nim zaopiekuje. Kiedy ruszaliśmy z moim synem do Konika, nadjechał Jacek. Marcin powiedział mu przez okno, że wieziemy Rokusia do Konika. Ja siedziałam z tyłu tuląc go cały czas. Jacek natychmiast zaparkował swój samochód i tak jak stał bez kurtki przesiadł się do nas. Pojechaliśmy odwieźć go wszyscy. Na miejscu ułożyliśmy go w jego ulubionym posłaniu, wymoszczonym kołderkami - jak lubił. Przykryłam go kocykiem polarowym, na którym spałam , żeby był otoczony zapachem z domu. Został sam na noc, bo pochować mogliśmy go dopiero rano w poniedziałek. Pojechaliśmy tam rano z Jackiem. Pan proponował, że pochowa go sam i wyśle nam numer jego grobu, ale powiedziałam, że ten pies miał swój dom i rodzinę i nie wyobrażam sobie, żeby go nie pożegnać, żeby nie być z nim do końca. Tak się stało, byliśmy z nim i opłakiwaliśmy jego odejście. Był naszym psem, członkiem naszej Rodziny, kochany, akceptowany ze wszystkimi zaletami i wadami, zmienił nasze życie - wywrócil je do góry nogami- ale my też zmieniliśmy jego życie. Wiem, że czuł, że jest kochany, widziałam, że jest mu z nami dobrze, że nas kocha. Okazywał wdzięczność za dom tym szalonym przywiązaniem, chodzeniem za mną krok w krok, szczekaniem i domaganiem się, żebyśmy cały czas byli obok niego. Co może być piękniejszego od świadomości, że jesteśmy komuś tak bardzo potrzebni? Kiedy słyszę od znajomych i przyjaciół, że mamy wielkie serca, bo przyjęliśmy schorowanego psa pod swój dach myślę sobie, że dostaliśmy w zamian tak dużo, że to my jesteśmy szczęściarzami.
  22. Od wczorajszej nocy nie możemy opanować gigantycznej biegunki:( Wykańcza Rokusia strasznie, nie ma siły się podnieść:( Zaczęło sie od 4 nad ranem, kiedy Rokinek zalatwił się pod siebie nie budząc sie nawet. Podnioslam go, wyjęłam zabrudzoną kołdrę, umyłam całą pupinkę, po czym kilka minut póxniej zaczęło sie znowu:( Porozkładalam wszędzie podkłady, podalam mu kolejny zestaw leków, ale to nic nie pomogło. Praktycznie co sie ruszy, to strzela mu z pupci błotnista woda:( Rokuś jest bardzo słaby, nawet apetyt ma gorszy:( Wyprowadzamy go co 2 godziny na krótko przed dom i za każdym razem jest to samo. jestem przerażona, bo w tej chwili widać, jak bardzo źle się czuje. Najpewniej chłoniak zaatakowal jelita:(
×
×
  • Create New...