Dziś Rex ma zły dzień.
Nie dość, że prawie zagryzł kociczkę - dopadł ją w drzwiach domu, na szczęście byliśmy wszyscy, ja, tz i Julcia. To ona zobaczyła, jak niczego nieświadoma kociczka idzie sobie do domku na podusię, a tu pojawił się wściekły, spieniony ujadający Rex. Tz tak na niego ryknął, że nie wiem, czy Rexowi bębęnki w uszach nie popękały ;)
Ale zdążył ją dopaść... teraz kicia ma uszczerbek na uszku. Dobrze, że łepka nie zmiażdżył. Dałam w pysk, aż mu się kufy po wewnętrznej skleiły. To się naburmuszył i poszedł pod mur, na słońce. Potem nagle tz chciał ruszyć samochodem a tu skowyt - Rex...Nie wiadomo, skąd się raptem znalzł pod autem. Nagrzało się, więc poszedł tam doopę przykleić.
Nic mu się nie stało, bo tz nawet nie ruszył, tylko zapalił....się chłopak wystraszył, ja też. Obmacałam, wygniotłam, wyszczypałam - cały jest.