Ja miałam dzisiaj wyjątkowo energetyczny dzień i to prawie od samego rana. Wczoraj ścięto u nas na działce czereśnię, przez którą co roku miałam bardzo pracowite poranki przez parę miesięcy, a i w ciągu dnia też trzeba było grabić liście. Wreszcie cześnia padła, a wraz z nią budka lęgowa, która od kilku lat nie była używana. Dzisiaj od rana sprzątaliśmy pobojowisko i znalazłam nieszczęsną budkę lęgową, a w niej 3 maleńkie, jeszcze ślepe, nieopierzona pisklaki Akurat rozmawiałam z Jo37. Poradziła mi poszukać pomocy w ośrodku pomocy dla dzikich zwierząt. No i zaczęło się. Spychotechnika. Obdzwoniłam pół Polski, aż wreszcie udało się. Trafiłam do fundacji, która chętnie przyjmie pisklaki, ale trzeba je dowieźć. Do Gorlic. Z Bochni Znów telefon gorący w poszukiwaniu transportu. I znowu z pomocą przyszła fundacja. Ogłosili na fb, że poszukiwany jest transport 3 piskląt z Bochni do Gorlic. Po kilku godzinach jest. Jutro koło 10-tej. Po godzinie znowu telefon z fundacji. Jest transport na dzisiaj. Ktoś zadzwoni i umówimy się gdzie przekazać niemowlaczki. Za kilkanaście minut znowu zadzwonił telefon. Zdziwiłam się, bo zobaczyłam, że dzwoni Wtatara, z którą dawno nie kontaktowałam się. Oczywiście zdziwienie było obopólne, bo Wtatra także nie spodziewała się, że to ja się odezwę Okazało się, że pani z fundacji jest dobrą znajomą Wtatara, która właśnie jedzie do Gorlic. Niesamowity zbieg okoliczności. Wprost nie do uwierzenia Ogromnie się ucieszyłam, bo maluszki bardzo leżały mi na sercu i prawdę powiedziawszy, czułam się winna tej sytuacji. U mnie nie miały szans na przeżycie. Co prawda zapewniłam im ciepłe lokum na prowizorycznym termoforku i wikt w postaci papki z jajka na twardo, ale to tylko awaryjne warunki. Długo tak by nie pożyły Na szczęście ułożyło się tak, że lepiej trudno byłoby sobie wymarzyć.
A to te 3 maluszki, które tak poruszyły moje sumienie i serce.
Umówiłyśmy się, że będę dzwonić do fundacji za tydzień, żeby dowiedzieć się o maluszki.