Wchodzę do pokoju.
Rano.
Koty grzecznie siedzą - węszę podstęp.
Wyglądają tak jakoś odświętnie i coś tam mruczą.
To mruczenie brzmi nawet trochę jak: "Przybieżeli do Betlejem...".
No, myślę sobie: "Co u licha ?".
Fakt, podpadli ostatnio, tzn. koty są podpadnięte.
Zapolowali na słuchawki i pogryźli kabel na odcinki mniej więcej 3 cm, a w sobotę Skrzat zapolował sobie na myszkę /komputerową/ i odgryzł jej wszystko, co było możliwe.
No więc była awantura, jak 150, a nawet gonienie debili ze ścierą.
Myślę sobie:
- Coś znowu zjedli, naszczali gdzieś, wypuścili Luśkę, zamordowali psa i go zjedli...
Przyglądam się podejrzliwie tym typom, ale widzę, czyste, przepełnione miłością ryje.
Wyglądam przez okno...
Patrzę...
A tam przygotowane śniadanie dla mnie jest.
To znaczy, śniadanie z rana na świeżym powietrzu.
Na podstawce od kwiatka, leży gustownie ułożona /niczym pstrąg w maśle/ - myszka, z wetkniętym pod głowę habaziem.
W tle słyszę teraz wymruczane:"Pójdźmy wszyscy do stajenki..." i widzę czekające na mój zachwyt ryje morderców.
Taki to prezent dostałam od moich kotów.