Sybel Posted November 19, 2008 Posted November 19, 2008 W moim domu zawsze były psy. Zanim się urodziłam, Mama i Babcia ściągnęły do domu Dziekana, bardzo mądrego niewielkiego kundelka, który był piekielnie brudny, zapuszczony, głodny i... przeraźliwie inteligentny. To był chyba rok 80... Dziekan zwykł jadać z Dziadkiem jabłka na kanapie, gdy razem czytali gazety, kochał sie w "dużych rudych", głównie seterkach, a owczarki niemieckie najpierw witał, a potem zachodził od tył, gryzł w jajka i uciekał, bo kiedyś jeden go pogryzł. Dziekan dwa razy sprowadził na działki do Dziadka pomoc, gdy ten zasłabł. Uratował mu życie. Gdy w 84 roku przyszłam na świat, Dziekan uzależnił sie od smoczków. Potem uczył mnie i młodszą o dwa lata siostrę chodzić, zawsze nas w nocy pilnował. Umarł chyba w 88 czy 89. Nie mialyśmy jak mu pomóc. Nikł w oczach. Wtedy nie było tak rozwiniętej weterynarii. Niby zapalenie płuc, ale moze wątroba, a w zasadzie nie wiemy. Nie mógł chodzić, cierpiał trzy czy cztery dni, ostatkiem sił wlazł na kanapę, na której zwykl siadywać z Dziadkiem i... zasnął. Bardzo nas to bolało, ale na osiedlu pojawił się Maks. W typie gończego polskiego, zdziczały, podobno zamykano go w garażu i katowano. Potwornie chudy, poparzony jakąś chemią. Babcia miesiąc latała po osiedlu z koszem parówek. Maks biegał z małym Rudzikiem, razem spali, dzielili się jedzeniem. W tym samym czasie znaleźli domy. Maks panicznie bał się mężczyzn, samochodów, butelek. Jednak Ojcu ufał. Na początku bywał agresywny, ale nie wobec mnie i siostry. Nas zawsze bronił. Zresztą, do konca życia ochraniał dzieci i małe psy, gotów był zycie oddać. Dwanaście lat temu trafiła do nas Fifi, jego wielka miłość. Pierwszy raz wpuścił obcego psa do domu, na własne nieszczęście :). Wiecznie obgryzione uszy, łapy, gdy robił kupę, Fiska z rozędu w niego uderzała, zeby przewrócić. Gdy tuz po przyjściu do nas miała parwowirozę, Maks spał przy niej i pierwszy dawał znać, ze coś jest nie tak. Do ostatniej chwili za nią szalał. Nagle okazało się, ze nie moze się zalatwic. Jeden wet stwierdził: "Zdrowy, 40 zł się należy". A potem, w porządnej lecznicy, wyszło na jaw, że jest rak prostaty wielkości grejfruta, z naciekami na kosć. Kilka dni z cewnikiem, pieluchami i kołnierzem, a potem ta straszna decyzja: musimy go uśpić. Ma prawo odejść od bólu. Fiśka długo nie mogla znaleźć swojego miejsca i wiecznie sprowadzała nam spy do domu. Dzieki niej dwa odnalazły zgubionych włascicieli, a jeden trafił do domu z ogrodem. I w końcu znalazła Pucla. Obraz nędzy i rozpaczy, spał pod krzakiem rózy (jak romantycznie...). Od razu zacząl uciekać. Był dalamtyńczykiem, pewnie z pseudohodowli, młody, z ogromnym entropium, pzez co slepy prawie. Pogryziony, bo "urocze dzieciaszki" szczuły na niego swoje psy. Długie, kosztowne leczenie oczu i uszu dało efekt. Stał się pięknym, łagodnym psem o wspaniałym sercu i małym rozumku. Ganiał się z Fiśką, stanowiły bardzo zgrany duet. Aż połknął cholerną piankę od okien. Gdy wymienialiśmy okna, pies cały dzień był na smyczy i w kagańcu, bo wiedziałyśmy, jak jest zarłoczny. I tak zdołal jakoś złapać kawał pianki, która spuchła i zatkała mu jelita. Spowodowała martwicę. RTG, USG, morfologia - żadnych nieprawidłowości, bo tego świństwa w badaniach nie widać. Miał byc operowany, ale nad ranem dostał zapaści i zmarł już w lecznicy. Miał tylko 5 lat, był pełen życia i z jego śmiercią do dziś nie mogę się pogodzić. Fiśka znów cierpiała. Miała już 9 lat, ale wciąż była szczeniakiem. Wciąż kazdy się nią zachwycal, a ona przestała jesć, przestała biegać, stała się drazliwa. No i miała usuwane guzki na karku i boku, więc była bardzo nie w humorze. 17 dni po śmierci Pucla, tydzień po operacji Fiśki, trzy lata temu trafił do nas od doktor Pacałowskiej Feliks, wyjsciowo Gizmo, przejściowo Mały. Po wypadku, z połamanymi, ale złożonymi nogami, z przetrąconą miednicą. Miał nie chodzić. Tyle, że chyba jakas magiczna siła wznoisła go na wyzyny stołu i wsadziła pysk w sernik. Tak się obżarł, ze ledwie się stoczył ze stołu. Fiśka najpierw na Feliksie siadała, bo nigdy nie miała tak małego kumpla. Potem zaś go pokochała. Rok później na spacerze Mama z Siostrą i Duetem znalazły smutnego, brudnego, kulejacego mopa. Był koniec listopada, zimno, mgliście, paskudnie. A ta bida już od pół roku się pojawiała, ale nie dala się złapać. Teraz zaś owszem, chętnie do nas przyszedł i... został. Filip moze fizycznie nie miał problemów poza zapaleniem stawów i robakami, ale psychicznie był najbardziej skrzywiony ze wszystkich, które u nas mieszkały. W domu do rany przyłóz. Na dworze zabije wszystko, co się rusza. Jest cudowny mimo to, najpierw nie umiał się bawić, teraz uwielbia swoje kółeczka i piełczki, spi na kanapie do góry brzuchem. Jest fantastyczny. 30 lipca, pół roku po smierci Babci i własnym udarze Fifi umarła. Niestety, żal i tęsknota za panią, do tego słabe serduszko, upały i wiek - 13 lat - swoje zrobiły. Zdążyła pogonić chłopaków na spacerze, zjeść sniadanko, położyła się na swim miejscu, zawyła... i już pędziła do swoich przyjaciół za TM. Życie w moim domu zatacza koło. 26 listopada miną 3 lata od pojawienia się Felka, a 29 listopada - 2 lata od przybycia Filipa. Dom ciągle jest pełen smiechu i szczekania, wszędzie walają się zabawki. Tylko czasem siadamy wieczorem przy stole i wspominamy cudne serduszka, które zaszczyciły nas swoją ogromną miłością. I niech mi ktoś powie, że psy nie mają uczuć, ze nie mają duszy... Taki ktoś sam jest pusty jak wydmuszka i chyba nigdy nikt go prawdziwie nie pokochał. Może dużo tego, ale jak miałam pominąć któregokolwiek z nich, jeśli wszytskie są w naszym życiu jak iskierki, zawsze pozostaną w pamieci. Quote
jola od jadzi Posted November 19, 2008 Posted November 19, 2008 Sybel, napisałaś, że może dużo tego... Spójrz, tyle pięknych historii tylu psów, zawartych w jednym opowiadaniu... A przecież to tylko kilka zdań o każdym z tych psiaków,ich kilku czy kilkunastoletnie życie pełne przygód,zabaw, codziennych naszych trosk w jednym poście...Chociaż tyle możemy im dać,by nie umarły na zawsze... Quote
ma_ruda Posted January 1, 2009 Posted January 1, 2009 [quote name='jola od jadzi']...Chociaż tyle możemy im dać,by nie umarły na zawsze... Nie umarły "na zawsze". Przecież pamiętamy.... Quote
Recommended Posts
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.