-
Posts
23614 -
Joined
-
Last visited
-
Days Won
2
Content Type
Profiles
Forums
Events
Everything posted by maciaszek
-
Pewnie jeszcze chwilę potrzyma, ale potem będzie lepiej. Tego Ci życzę. A teraz trzymaj się, mocno! O Prezia się nie martw. To silny chłop i wcale nie taki stary przecież. Jeszcze pożyje sobie ładnych kilka lat, cały i zdrowy. Nie ma sensu byś zamartwiała się na zapas. Choć wiem, że nie tak łatwo myśli czarne przegonić... Ale zastanów się - jakie masz korzyści z takiego myślenia? Coś dobrego z tego wynika? Czy fakt, że się martwisz zmienia coś w upływie czasu? Czy stresowanie się nie odbiera Ci części radości ze spędzanego z Prezesem czasu? Czy on czuje Twojej nerwówki, martwienia się i sam się stresuje? Często martwimy się na zapas. A potem mija dzień, tydzień, miesiąc, rok i nic złego się nie dzieje. Ale co sobie przez ten czas napsulismy krwi to nasze... Wiem, że to wszystko brzmi jak komunały jakieś. Ale uwierz mi, zadawanie sobie pytań tego typu, jak powyższe; zastanawianie się nad korzyściami konkretnych postaw, przynosi efekty. Nie od razu, powoli, ale pomaga zmienić nastawienie. Nawet jeśli nie o 180 stopni, to choćby częściowo, a to już duża ulga. I do psychozy coraz dalej ;)
-
To już 4 lata? Wow, ale ten czas pędzi. No to 100 lat i jak najmniej dziurkowania!!!
-
Bejdula i Tobołki. Dziesięć stóp dookoła Hugobergu.
maciaszek replied to Jasza's topic in Już w nowym domu
A Twój ślad?! I pamiętaj Jaszo, nie nadwyrężaj nogi! -
No to czekamy na wieści w sprawie wyników. Oby były dobre!
-
FRED i Baca za TM, teraz majestat rządzi a rudy dodaje kolorytu ;)
maciaszek replied to 3 x's topic in Już w nowym domu
:D :D :D No i proszę jak szybko kultury można nabyć :D -
Doris, sunia w typie ONka znalazła swojego człowieka!
maciaszek replied to Patrycja*'s topic in Już w nowym domu
Zmiany poczynione :) -
Byłam, jestem i będę!
-
Melduję się u Chudego!
-
Same świetne wiadomości :) !!!!!!!
-
Super :) :) :)
-
Empik ułatwił dt podjęcie dezycji o pozostawieniu go, tudzież oddaniu. Wątpliwości było co prawda sporo, kilka czynników przemawiało przeciw, ale jeden przeważył szalę. Empik szalony zaczyna "dręczyć" jamnika rezydenta. Rezydent nie dość, że jest wiekowy to ma problemy z kęgosłupem i po przebytej dyskopatii problemy z chodzeniem i utrzymywaniem równowagi. Empik skacze na niego, wiesza mu się na plecach, wywraca go, uniemożliwia mu wstanie. Co prawda zachowanie malucha jest normalne, w końcu to szczeniak, ale jednocześnie zaczyna stanowić "zagrożenie" dla rezydenta. W warunkach mieszkaniowych jakie ma dt ciężko psy od siebie od odizolować, domownicy starają się cały czas Empika pilnować, ale wiadomo, że nie zawsze można mieć oczy naokoło głowy. A rezydent, który z rodziną przeżył całe swoje ponad 16-letnie życie jest psem najwazniejszym, oczkiem w głowie i spokojna starość mu się należy. Zaczynamy się więc rozglądać za domkiem dla małego. Odezwały się do mnie 2 zainteresowane osoby. Oba domki na pierwszu rzut oka wyglądają ok, trwają rozmowy.
-
Poważnie?! Mów więcej! Ten psiak bardzo mi na sercu leżał, odkąd go zobaczyłam. Mów, mów, mów! :)
-
Też myślę, że to rocznica tak na Ciebie wpływa. Odżywają wspomnienia, powracają pytania, na które nikt nie odpowie, żal i ból narastają. Część z tych rzeczy dzieje się pewnie na poziomie podświadomym - niby nie ma powodu do smutku w danym momencie, a człowieka jednak rozpacz ogarnia. To będzie trudny czas... Trzymaj się! Myślimy o Tobie bardzo ciepło. A jesli Ci to jakoś pomaga, to pisz tutaj, rozmawiaj z nami, bądź. Ściskam.
-
I to jest prawidłowe podejście ;)
-
Melduję się u Hulka!
-
Chwilami mam wrażenie, że siedzisz w mojej głowie... Nic dodać, nic ująć. No tak, racja. Nie pomyślałam o tym. Tak jest. A im większa wrażliwość i empatia, tym większe cierpienie. Niestety. Albo stety. Dziękuję. Za to co i jak napisałaś. I masz rację, dobrze że taka rozmowa się wywiązała. Czasem warto pogadać, nawet jeśli w taką rozmowę wpisany jest ból. Śmierć to koniec, ale taki - jakby to ująć - częściowy. Są inne istoty, które kocham, które są mi bliskie, na których mi zależy. Świat nie może się skończyć z odejściem jednej z nich. Może się chwilowo zawalić, bardziej lub mniej, ale z czasem odbuduje się na nowo. Życie ma wiele różnych sensów. Potrzeba tylko czasu. Tak to widzę.
-
Jest wieczór, jest i Maciaszek, jak to trafnie przewidziała Elisabeta. Ja to nawet mam wrażenie, że z czasem boli bardziej. Że więcej rzeczy się kojarzy. Więcej rzeczy przypomina. Wczoraj zjadana w spokoju marchewka, dziś każdym kęsem staje w gardle i potok łez wywołuje, bo zawsze przy jej jedzeniu towarzyszyły mi wpatrzone w warzywo oczy Bazyla i czoło zmarszczone, pełne wyczekiwania. Niemożność ugotowania jakiejkolwiek zupy staje się coraz większa, bo od wielu miesięcy zupa była "efektem ubocznym" gotowania dla Bazyla i tylko wtedy się ją gotowało, a teraz nie ma po co. Bazylkowa poduszka w nogach łóżka, codziennie wieczorem układana na kołdrze, bo nie umiem inaczej, nie potrafię jej schować, odłożyć, oddać. To tak, jakbym wyrzucała białasa ze swojego życia. A On wciąż tu jest. Ze mną. Cholernie to wszystko trudne... Im dalej od momentu odejścia kochanej istoty, tym silniejsza jest świadomość, że jej już nie będzie. A przecież Bazylek dopiero co był. Przecież zawsze był :( Nie sposób się pogodzić. A bez pogodzenia nie pójdzie się dalej... I wiem, że może zamykam się w skorupie cierpienia, ale nic nie poradzę na to, że razem z Bazylem odeszła część mnie. I podpisuję się obiema rękami pod wszystkim, co pisze Furciaczek. Również pod poniższym zdaniem: Nigdy w życiu nie myślałam, że coś takiego mi się zdarzy. Jakoś w głowie mi się nie mieściło, że mogę psy mniej zacząć kochać. Choć może to wcale nie mniej, a inaczej. Zawsze mówiłam, że jak Bazyl odejdzie to zaraz będę w schronie i wezmę jakiegoś psa. I na początku po rozstaniu z białasem myślałam o wzięciu psiaka. Tylko ostatecznej decyzji na tak podjąć nie umiałam. I nawet mówiłam, że jakby ktoś "podrzucił" mi go, sprezentował, to byłabym, zadowolona. A teraz wiem, że dobrze że się tak nie stało. Bo nie umiałabym go pokochać. Jeszcze nie teraz. 3-tygodniowy szczeniak, którego wzięłam w grudniu ze schroniska, wylądował w końcu na dt u mojej siostry i ulżyło mi z tego powodu. Psiak jest super i bardzo go lubię, ale właśnie tylko lubię. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie nic więcej. Po drodze, z jakieś 2 tygodnie temu, robiłam podejście do adopcji pewnej suczki. Byłam już "po słowie", miała być umawiana wizyta przedadopcyjna. I choć wydawało mi się, że chciałam kolejnego psa, to cały czas czułam opór i coś w głębi mnie mówiło wyraźnie "nie!". Nie umiem tego wytłumaczyć, sama nie rozumiem jak to możliwe, jak to mogło przydarzyć się mnie, osobie, której psy są tak bliskie, ale gdy widzę oczami wyobraźni jakiegoś psa w naszym życiu, gdy jego obecność staje się namacalna (bo adopja tuż tuż) to nie tylko czuję opór, ale ten pies mnie drażni. Aż głupio trochę mi to pisać. Bo zawsze myślałam, że będzie inaczej. I bo to przydarza się mnie - psiarze od urodzenia. Być może na ten stan ma wpływ również ogromne zmęczenie psychiczne, problemy z jakimi od lat borykam się ja i moi bliscy. Może to już zmęczenie materiału. Może odejście Bazylka było "gwoździem do trumny" mojej psychiki. Ale myślę, że i bez tego całego bagażu życiowego odejście białasa by mnie potężnie trzepnęło. Więzi jaka mnie z Nim łączyła nie da się opisać - jak to napisała o swojej więzi z Furią Furciaczek - była metafizyczna. Dziękuję. Nie narażasz się. Nie mam ani cienia pretensji, żalu do osób, które widzą ten temat inaczej. Nawet w pewnym sensie zazdroszczę osobom, które potrafią w takiej sytuacji dać dom kolejnemu czworonogowi. Bo tyle ich czeka na swojego człowieka. Ale widzisz, ja teraz nie umiem dać psu nawet domu tymczasowego (choć myślałam, że to może jakieś rozwiązanie będzie, taki "półśrodek"), a co dopiero domu stałego. To trochę jest tak, że do każdego psa ruszam z uśmiechem i nadzieją, ale tak naprawdę chcę, żeby to nie był jakiś pies, ale Bazyl. To Jego chcę zobaczyć i żadnego innego... Wiem, że w naszym domu pojawi się pies. Że wygoda, o której wspominasz nie weźmie góry. Tego jestem pewna. Bo dla mnie pies zawsze był ważniejszy niż wygoda. I już raz przeżyłam czas bez psa, będąc wolną i mogąc w zasadzie wszystko. Ale to mnie nie cieszyło tak bardzo, jak czworonożny przyjaciel, coś bezcennego. I przyszedł dzień kiedy powiedziałam: "muszę mieć psa, choćbym nie wiem jakie przeszkody na drodze miała, po prostu muszę." Przyjdzie czas na psa, ja to wiem. Ale wiem też, że muszę być na to gotowa i że jeśli roztoczymy opiekę nad kolejnym czworonogiem to muszę umieć go pokochać. Nie tylko polubić. Ale pokochać. I nie za rok czy dwa, gdy już się do niego przyzwyczaję, ale.od razu "mieć do niego serce", uczucie płynące naturalnie, a nie "wymuszone". A na to nie jestem teraz gotowa. Muszę pożegnać istotę, z którą przeżyłam prawie 13 lat. Rozerwania prawie 13-letniego związku nie odchoruję w krótkim czasie. Nie umiem. A jeśli chodzi o sytuację, gdy ma się 2 psy albo i więcej i jeden z nich odchodzi to na pewno się przeżywa i pewnie też mocno, ale myślę, że jest łatwiej, bo nie ma takiej pustki, bo człowiek musi się zająć tym drugim czworonogiem, którego też przecież kocha. Dziękuję. Nie wywieram na sobie presji. Daję sobie czas. Na pożegnanie z Bazylkiem. Na pogodzenie się z tym, że Go nie ma. Na oswojenie z Jego brakiem. Płaczę, wściekam się, nie rozumiem, przeżywam żałobę. I choć chwilami mi głupio, że blokuję dom dla jakiegoś psa w potrzebie, nie chcę robić nic na siłę, nie chcę "uciekać" przed emocjami przykrymi, nie chcę "zamiatać" tematu pod dywan. Jeśli odejście Bazyla wymaga ode mnie tylu łez, to muszę je wylać. Bo On na to zasługuje. Dziękuję za te miłe słowa. I znów podpisuję się obiema rękami. Choć, jak już pisałam, zawsze myślałam, że ze mną będzie inaczej. I jeszcze kilka dni po odejściu Bazylka przekonywałam moją mamę, że ze mną nie będzie tak, jak było z nią, że nie była gotowa od razu na nowego psa, że ten nowy ją drażnił, że porównywała go z tym poprzednim. Dziękuję. Nie męczysz. Bądź, zaglądaj, A pies będzie, na pewno.
-
Furciaczku, dziękuję...
-
Dziś mija 10 tygodni. Regres. Albo im dalej, tym bardziej boli. Sama nie wiem. :( Sprawy codzienne angażują. Praca, obowiązki, chwile miłe, problemy różne, uśmiechy, momenty zapomnienia. Życie toczy się dalej. Ale serce wciąż w kawałkach. I gula w gardle tak często rośnie... Brakuje mi mojego czterołapego przyjaciela. Tęsknię bardzo. I wciąż nie wierzę.