Jump to content
Dogomania

Czarodziejka

Moderators
  • Posts

    10672
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Czarodziejka

  1. Cud się nie wydarzył. Portosek bez zmian. Zjadł z ręki troszkę mięska, popił i tak się zmęczył, że wbił się nosem w moją otwartą dłoń całym ciężarem starego łba...:( Nagotowałam psom gnacików do obgryzania i Portos również dostał swój. Patrzy na niego, liże, trzoszkę nadgryza przednimi ząbkami, kładzie na nim pysk i więcej nie daje rady, ale chociaż tyle. Jest z dużą ilością mięsa, więc może coś wyskubie. Dostał kompleks witamin w zastrzyku i syrop na poprawę apetytu - ostatni, bo się skończył. Witamin mam jeszcze na 3 dni.
  2. Grom dokumentnie ponownie zniszczył włazy do budy. Mają być wielkie i basta. Pan, który mi ja naprawia był ostatnio znó w czymś pomóc i zobaczył swoje mizerne dzieło, z którego był bardzo dumny...:-? Myslałam, że się pod ziemię zapadnę ze wstydu. Gromiś poza tym ma się przednio i szaleje w śniegu z Rafim i Bejem. Portos umiera powoli...Nie wstaje już biedaczysko...:(
  3. Portos umiera powoli...Gaśnie z każdym dniem....Nie wstaje już. Dostałam wpłatę od Anji. Jestem teraz całkowicie zasypana śniegiem i mam problem z dowozem suni na sterylizację. Misia z Kają śpią teraz razem w jednej budzie. Kaja wchodzi do budy Miśki. Jestem tym mile zaskoczona. Misia ma tam gruby filcowy płaszcz, więc maja przytulnie i ciepło ;)
  4. Belu, on się cieszył. Terroryzował mi tu całe stado, prześladował Arona, wzdychał do Miśki i Carmen, był przytulany, kochany, dawał mi łapę, siedzieliśmy sobie czasem blisko i masowałam jego wielki łeb, który opierał o moje czoło. Był najedzony, nieco wyczesany, bo tak do końca to się jednak nie dał - pozostał sfilcowanym indywidualistą zaraz po skołtunionym Aronie, który też dredy zapuszcza i liczy, że tym razem mu się jednak uda. Był najedzony - zawsze pierwszy dostawał swój gar, bo inny model nawet nie wchodził w grę, gnaciki prawie codziennie, miejsce na kocyku w garażu, do tego pilnował budy, żeby Aron nie mógł w niej spać, czasem sypiał w niej z Carmisią i Rafim wtulonych jeden w drugiego. Rafi z podwiniętą łapką zresztą zawsze spał przy Portosie. Teraz leży sam, ale i psy nie wchodzą do niego. Stają na progu, patrzą i wąchają, po czym odwracają się i odchodzą. Widocznie w świecie zwierząt śmierć - przejście w inny stan skupienia - jest procesem intymnym i każdy go szanuje. Nasz terrorysta agresor leży teraz taki bezbronny...
  5. Zapomniałam dopisać - czasem nam odcinają prąd i siada net, więc nie mogę szybko odpisywać.
  6. Niestety do lecznicy nie dojechałam, bo nie mogłam się wydostać na główną drogę, a spycharka przejechała dopiero ok 17.00. Kolejnych wizyt na razie nie umawiam, bo nie wiem, jak z dojazdem, w dodatku umiera mi Portos i teraz moja uwaga skupia się głównie na nim. Rafi ma się świetnie - szaleje z Bejem po łąkach na trzech łapach. Nie ma mrozu, więc wszystkie psy czują się rześko i dużo się ruszają. Pomyślałam też, że chyba lepiej będzie zawieźć dzieciaka na kastrację i podstawowe szczepienia do tutejszej lecznicy. Zawsze to już będzie jakiś krok do przodu i taniej. Kastracja w Łasku to ok 150 zł + jakieś 30 zł transport, bo ja się Corsą nie mam szans ruszyć. Jest za mała i za słaba w kółkach na takie śniegi. Do tego koszt rtg - Bóg wie ile, bo od zdjęcia i jakieś 500 zł za amputację, jeżeli będzie zalecona. Tu pod nosem ciachniemy go za góra 80 zł i jakoś dojadę sama. Kombinuję jak koń pod górkę, ale w tych warunkach nie da się tak po prostu załądować Rafcia i pojechać na umówioną godzinę...Przykro mi. Za kastrację zapłacę z pieniążkó wysłanych przez MalgosMalgos. Na pewno starczy.
  7. Do mnie jest dojazd tylko, kiedy przejdzie spych, albo jakiś większy samochód kilka razy obróci w obie strony. Kiedy nic nie jedzie, to już około południa drogi nie widać, a śniegu jest po kolana. Większe samochody jakoś dają radę. Bez zimowych opon to chyba w ogóle szaleństwo gdziekolwiek jechać, więc bardzo racjonalna decyzja, żeby ten transport przełożyć.
  8. Całkowicie nas zasypało, odcinają prąd i znika net dlatego ostatnio mało piszę. Portosek słabiutki, ale stabilny. Oko już w porządku, w pysku zgrubienie jest mało wyczuwalne. Chudziutki aż płakać się chce, ale nie je - tylko kiedy podaję mu na dłoni. Je tak delikatnie i z takim namaszczeniem, że myślę, że robi to tylko dla mnie, bo jestem i proszę. Karmię go nadal samym mięsem - kurczak z wołowiną. Nie rusza nic z warzywami, nawet ze startą marchwią. Pije w normie, wypróżnia się, ale ma zatwardzenie, układ wydalniczy siada - tak jak krążenie a z nim cały organizm...Kupa wychodzi pół dnia. Ma wyścielane ciepło, a pod doopką gazety, żebym mogła szybko sprzątnąć te kilka mizernych bobków. Antybiotyk już wybrany i nie ma potrzeby kontynuować. Podaję mu tylko strzykawkę syropu na pobudzenie apetytu i zastrzyk witaminowy wzmacniający. Co jakiś czas kładę mu termofor, żeby się nie wychłodził. Nie ma mrozu, ale on wciąż leży. Masuję go całego i przewracam z boku na bok utrzymując w pozycji na brzuchu, bo na boku to już jakby na śmierć, a tak to widzę, że jeszcze ma siłę się utrzymać i podnosi głowę na mój widok. Dziś machnął ogonem - raz tylko i przytulił się do mojej nogi, kiedy go masowałam. Opuchlizna z jednej łapy zeszła, ale pojawiła się na drugiej...:( Patrzę mu w oczy, a tam kosmiczna przestrzeń, dosłownie w nią wpadam. Portos powoli odchodzi.
  9. No więc dziaduchna ma się jako tako. Myślałam, że w nocy zejdzie, bo nie zjadł kolacji, ale rano był w przyzwoitym stanie, opuchlizna nieco otęchła i widzę już oko przez szparkę. Stan zapalny jakby ustępował. Wetka kazała masować miejsca z wysiękami, żeby wydzielina wypływała. Masuję więc pysk, łeb i łapę. Być może siada krążenie. Rano Portos zjadł mięso i wypił rosołek, ale po jakimś czasie część zwymiotował. Nie załątwił się od wczoraj. Wetka dała kolejną porcję antybiotyku - na 3 dni, do tego jakąś zawiesinę w strzykawcę na poprawę przemiany materii - żeby się wypróżnił, syrop na poprawę apetytu, też na kilka razy w strzykawkach do pyska i tableteczkę na stawy. Koszt, jak wspomniała Luiza to ponownie 30 zł. Po zawiesinie zwymiotował...chociaż zjadł ponownie to co było w zasięgu pyska. Liczę na to, że kiedy Portos wreszcie odzyska widzenie w oku, to się podniesie...nie wiem jakim cudem, ale na to liczę. Jeżeli będzie bardzo cierpiał i nie będzie szans zamówię wetkę, żeby dała mu zastrzyk na wieczny sen. Odejdzie pod kocykiem...Mam nadzieję jednak, że doczłapie do wiosny i ucieszy się słonkiem stare biedaczysko...
  10. Grom może mieć towarzyszy, nie jest dominatorem, ale na pewno nie będzie ofiarą, gdy ktoś go będzie chciał dziabnąć ;)
  11. To nie pierwszy stary pies, który u mnie dożywa swoje psie życie. Wszystkie zaniedbania wywalają na starość. Biedne schorowane, wyniszczone ciała...Portos jest twardy, ale ile można cierpieć? Zupełnie nie rozumiem tego stanu zapalnego. Skąd i dlaczego tak nagle...Cieszę się, że je. Zaraz idę z kolacją. Wymasuję go, oczyszczę i zakropię. Dziś się jeszcze ani razu nie załatwił.
  12. Szarotko, będą. Portos ma straszliwy stan zapalny kości w przyzębiu....Robię wszystko, żeby nie zszedł i żeby nie bolało...:( Jutro Rafi z podwiniętą łapką też jedzie po wyrok - łapka, albo cięcie. Gromiś ma się świetnie, zniszczył już pracę pana, który tak uroczo naprawia mi budy. Lubi demolkę i koniec. Biega z psami po śniegu, a na noc do kojca.
  13. Nie pisałam, bo nie miałam dostępu do netu i w dodatku walczę o życie Portosa. Staruszek zupełnie mi się rozłożył....:( Jutro jadę do lecznicy 35 km odemnie do chirurga z Rafim z pokurczoną łapką...Jeżeli nic się nie da zrobić, to będzie amputowana. W tym wszystkim zupełnie nie myślę o sterylkach. Dziewczynki są obie w doskonałej formie. Dostałam też info, że jakaś pani poszukuje strużującej suni, ale warunek - wysterylizowanej. Pomyślałam o Miśce. Co jak co, ale stróżować, to ona potrafi doskonale. Jeżeli jutro dobrze pójdzie z Rafim, to postaram się zawieźć Misię do naszej lecznicy, potem pomyślę o Kajce. Wciąż nas zasypuje i muszę się nieźle nagimnastykować, żeby ze wszystkim zdążyć zanim droga zniknie, a spych przejeżdża późnym popołudniem. Teraz nieco odwilżyło, więc decyduję się na wyprawę z Rafim. Tu nie mają rtg i nie robią operacji na kości...
  14. Piękny i szczęśliwy :D A u mnie stary Portos tak bardzo cierpi...Mam nadzieję, że wyjdzie z tych męk i jeszcze troszkę pożyje sobie szczęśliwie.
  15. Asl - dzięki!!! Carmisia dziś wyszła ze swej niedostępnej twierdzy i odrazu dostała w ucho od Kajki - z zazdrości. Byliśmy na długim spacerku z całym stadkiem i nasze dwa grubasy sobie pobiegały. Carmi była przeszczęśliwa. Wygląda paskudnie, bo sierść wyłazi z niej straszliwie, a ja jestem teraz zajęta Portosem - jest w tragicznym stanie...Wyczeszę ją w najbliższych dniach.
  16. W naszym zasypanym i dciętym od świata grajdołku Bejek żyje sobie całkiem przyzwoicie. Dziś uśmiałam się do łez, mimo iż mam Portosa w stanie krytycznym i wcale mi nie do śmiechu. Bejek ganiał się z Kają, a ona jest szarpiąco - warcząca ;) Kiedy go wypatrzyła, że samowolnie sobie podskakuje w śniegu i jeszcze się cieszy przypuściła atak - pędem przez łąki, strumyk i masy śniegu, żeby Bejka dopaść i wgnieść, tudzież wytarmosić za kołnież. A on przyuważywszy zmasowany atak kościstej suczy migiem łepetynę w śnieg jak struś :D I tak co chwila :D Kaja nie mogła go wytarmosić, a ona lubi złapać za uchem jak jej się w oczy ze strachem patrzy ;)
  17. Umówiłam się na jutro w Łasku. Koszt kastracji jest wyższy, bo ok 120-150 zł...ale można Rafiego prześwietlić i zdiagnozować. Dowiedziałam się, że być może amputacja będzie niepotrzebna i wystarczy leczenie farmakologiczne. Koszt wizyty może wynieść ok 200 zł, a z amputacją nawet do 750 zł, ale to najwyższe możliwe kwoty, bo wszystko zależy od wagi psa i komplikacji zabiegu. Nika, wyślij mi sygnał jeżeli masz mój nr, bo ja twój zapodziałam.
  18. Nie miałam dostępu do netu, zasypało nas i walczę o życie Portosa - staruszka z powodzi. Jest w stanie tragicznym...:( Rafi musi zostać najpierw prześwietlony, żeby nie było żadnych nieopatrznych ruchów. Niestety, w tej lecznicy wetki nie mają rtg, więc muszę z nim jechać do Łasku - 35 km w jedną stronę. Tamta lecznica jest droga, ale prowadzi ją bardzo doświadczony wet ze spacjalizacją chirurgiczną. Miałam napisać, że wpłynęły kilka dni temu pieniążki. Po przewalutowaniu 392,44 zł. Dziękujemy!!!! Rafi ma więc opłacony grudzień i jest trochę na leczenie. Zadzwonię do Łasku i zapytam, jaki jest koszt kastracji, bo może za jednym zamachem byłby wycięty, prześwietlony i zdiagnozowany, tudzież...amputowany. Z pyska śmierdzi mu wybitnie. Portos staruszek cierpi na paskudne zapalenie okostnej i to w okolicy przyzębia. Z pyska leje mu się ropna wydzielina, oko zniknęło pod opuchlizną, ale smród nie jest taki powalający, jak z pyska Rafiego.
  19. Byłam u Portoska, żeby mu oczko zakropić, wymasować i przewrócić na drugi bok. Zjadł porcję gotowanego mięsa i wypił sporo wody. Opuchlizna jakby mniejsza, ale oko wciąż zasklepione i widzę, że boli, więc na siłę nie otwieram. Przemyłam mu pyszczek i w środku też. Boli go w tyle grzbietu, bo mając tak spaskudzone oko ani razu nie pisnął, a kiedy go masowałam silniej wzdłuż kręgosłupa, to jednak biedaczysko zapłakał...:( Prawa tylna łapa jest spuchnięta. Rano była normalna...:(
  20. Cantadorro, nie myślałam o eutanazji, tylko o jakimś głębszym leczeniu.
  21. Dziewczyny, z Portosem bardzo źle. Nie miałam dostępu do netu, ale drugi dzień walczę o niego. Ma jakiś stan zapalny przyzębia i to tak agresywny, że spuchł mu pysk, a wczoraj wydzielina ropna zalała oko. Nie jadł, nie wstawał dwa dni. Ja w weekend byłam poza domem w pracy. Dostałam telefon, że Portosowi puchnie łeb z prawej strony, ale wciąż chodzi, wieczorem, że oko zniknęło pod opuchliuzną i przestał się podnosić, nie chce jeść. Byłam w domu następnego dnia wieczorem. Biedaczysko cały w jakiejść dziwnej wydzielinie, oka nie było widać. Nie chciał wstawać, jeść i wpadł w totalną apatię. Zaniosłam go na rękach prowdząc między nogami do gospodarczego i położyłam w ciepłym miejscu, przytkryłam, rozmasowałam. Oczyściłam mu oko, zakropiłam gentamycyną - akurat miałam na stanie, zdezynfekowałam mu pysk, podałam środki przeciwbólowe i to na siłę, bo nioe zamierzał nic połknąć. Kolacji nie zjadł, nie chciał pić, pysk mu się dosłownie zatrzasnął na amen. Stan zapalny jest gdzieś w kości, bo w najcieńszym miejscu pyska zauważyłam maleńką dziurkę, z której wypływa ropna wydzielina. Wymacałam, że źródło zapalenia jest w pysku w okolicach górnej szczęki pod okiem. Byłam u weta. To może być jakiś ropny stan zapalny, co u starych wyniszczonych psów czasem się zdarza. Nie wiem, na jakim podłożu. Rano opuchlizna się zmniejszyła, Portos zaczął jeść. Daję mu po troszku, bo je bardzo łapczywie. Łeb nadal opuchnięty, w pysku też wciąż czuć zgrubienie i wciąż wycieka z niego ropna wydzielina. Przemywam, zakrapiam i masuję mu mięśnie, bo nie wstaje i robi pod siebie...Bardzo szybko stracił na wadze. Dostał zastrzyk przeciwbólowy, który uśmierza ból na ok 8 dni i codziennie antybiotyk w zastrzytku, żeby opanować stan zapalny. Do tego gentamycyna do oka, które jest w stanie fatalnym. Jeżeli nie będzie poprawy, to pojutrze wiozę go do lecznicy, chociaż wetka powiedziała, że raczej powinien się z tego wykaraskać. Rano dostał ciepłe mleczko z bułką i drobiowym pasztetem - wymięszane na papkę, bo myślałam, że będę musiała go karmić siłą, albo wykupić kroplówkę, ale Portos zjadł ze smakiem wszystko, do tego wyjadł kocie chrupki, które też tam w miseczce stały, napił się i po zabiegach oczyszczających chętnie sobie mamlał gnacik - raczej bez szans, że go nawet nadkruszy, bo wybrałam twardy i duży. Zaczął też warczeć na kocicę, a nawet na mnie, bomu wciąż pysk ucieram, masuję, a on chciał się kością zająć. Mimo to...nie wstał jeszcze. Przewracam go z boku na bok, siusiak od jakiegoś czasu zupełnie mu wypadł z worka mosznowego i chodząc popuszczał, teraz leży z tym siuraskiem i leje pod siebie. Tak mi go potwornie szkoda...Oczyszczam go też kropelkami MMS- dostałam od Anett - roztworem, który ma właściwości silnie antyseptycznie i antygrzybiczne. Z pyska wciąż wycieka mu cuchnąca ropna maź. Co jakiś czas idę mu ten pysk zdezynfekować, przepłukać i wytrzeć. Taki jest biedny... Rachunek za weta i recepty to 30 zł. Jeżeli jego stan się nie poprawi, to zawiozę go w czwartek do lecznicy. Proszę was o jakieś wsparcie.
  22. Ostatnia przygoda Daszeńki. Otóż, jak niektórzy wiedzą parkują u mnie dwa dziki. W budynku gospodarczym stoją wory ze śrutą dla nich i karmą suchą na zimę. Tuż obok wiadro z karmą awaryjną dla psów- w razie, gdybym nie zdążyła ugotować, albo czegoś brakło. Podczas krzątaniny właściciela owych dzików, oraz lekko zamroczonego alkoholem murarza, który u mnie czasem pracuje, bo jestem w stadium wiecznego remontu drzwi od pomieszczenia były otwarte. Potem panowie sobie wyszli i zostały zamknięte. Minęły może ze dwie godziny i murarz znów poszedł do gospodarczego. Otwiera, a stamtąd proszę ja was kwadratura beczki wychodzi parskając i otrząsając z pyska resztki śruty....Daszka. Weszła, a że głucha, to nie słyszała wołania i odgłosów zamykania drzwi. Z natury ciekawską będąc i czas mając do zagospodarowania zrobiła research i dorwała się do wora ze śrutą. Pojadła jak na smakoszkę przystało.Potem zauważyła lube sercom psów wszytkich wiadro z zawartością sobie znaną, więc otworzyła nosem - był obtarty i ponownie pojadła sobie dowoli. Wyszła ledwo stawiając łapy. Myślałam, że do kolacji nie wstanie, ale cóż...Kiedy tylko nadeszła pora, Dasz z zaciekawieniem wypatrywała swojej małej dietetycznej miseczki tak wdzięcznie i tak ufnie, że cóż...a niech se poje raz jeszcze - nałożyłam jej szczerze. Na drugi dzień Daszka galopowała po polach gubiąc kilogramy, a dziś asystowała przy odgarnianiu śniegu idąc za łopatą między moimi nogami ;)A chyba półtorej godziny odgrniałam, cud, że wciąż dycham jeszcze.
  23. Niko, może zmień temat wątku, bo ten już nieaktualny. Może: "Śliczny młody onek Rafi z bezwładną łapką. Potrzebne pieniądze na leczenie i DS!!!" Słuchajcie...nie wiem, co będzie z łapeczką. Rafi jest żywy jak srebro i kochany bardzo. Wcale nie zauważa, że łapka jest nie taka, jak być powinna. Biega, skacze, bawi się z Bejem na śniegu, wspina się do okna, a na łapce już 2 rany obtarte...:-? Masuję mu łapkę i bark codziennie kilka razy. Do naświetlań się nie nadaje, bo nie usiedzi w miejscu, ale myślę, że to kwestia czasu, bo już jest bardziej ułożony. Myślałam, żeby mu opatrunek na łapkę założyć i skarpetkę i chyba tak dziś zrobię, ale obawiam się, że sobie zdejmie...:-? Kolejna sprawa, któa wydaje mni się dziwna, to smrodek z pyska. On jest psem młodym i powiem szczerze, że żadnemu z moich staruszków tak nie daje z paszczy, jak Rafiemu. Ząbki ma bieluchne a z pyska padliną cuchnie. Jeżeli chodzi o kastrację, to myślę, że przyszły tydzień, bo teraz nas totalnie zasypało i mimo iż odwaliłam kilkadziesiąt metrów drogi, to wciąż sypie i mogę stanąć z wyciątym psem kilkaset metrów od domu i trzeba będzie dojść brodząc po kolana w śniegu. Muszę wybrać dzień w miarę przewidywalny, żeby rano, kiedy go zawiozę i po południu, kiedy go odbiorę droga była przejezdna. Kiedyś pojechałam o 16.00 po zakupy, a ok 18.00 droga była tylko śnieżnym wspomnieniem. Samochód musiałam zostawić u sąsiadów i czekać na łaskę gminy, żeby wysłali spych. Takie uroki życia na wsi.
  24. Grom nie chce opuszczać kojca ze względu na rujkującą Carmen, któą ma za towarzyszkę. Wokół przybytku wciąż stado rozochoconych starców i młody Rafi z podwiniętą łapką. Jest więc czego bronić. Alke cóż...qoopa na dachu, w dodatku pod śniegiem i przymarznięta :D Kilka dni temu zamówiłam sobie pana, który co jakis czas naprawia mi różne rzeczy. Buda została więc wyjęta z kojca, odnowiona, włożyliśmy styropian na spód, bo nie miała, dodatkowo zabezpieczono ją od dołu papą i ustawiono na wysokich cegłach, żeby odizolowac od ziemi. Dach też pokryty został nową papą i kolejny raz wstawiono nowe dechy wokół wejść, bo Grom lubi se popodgryzać. Pan wpadł na pomysł, żeby je posmarować z zewnątrz smarem, to może Gromiś da spokój...Nastepnego dnia już było nadgryzione ;) I najważniejsze - ślepka już zastawiona, bo buda nieco zmieniła konstrukcję i teraz Grom wszystkie bodźce musi brać na klatę ;) Daje radę.
×
×
  • Create New...