-
Posts
13197 -
Joined
-
Last visited
-
Days Won
14
Content Type
Profiles
Forums
Events
Everything posted by Figunia
-
To dobrze, że nie tylko ja mam takie odczucie. Nie wiem, jak będzie wyglądała ewent.adopcja Loni. Ale Fundacja Sos Dla Jamników wie, że Lonia jest w Długołęce i ma telefon do Pani Agnieszki. Jak pomyślałam, że Lonia mogłaby trafić do nieodpowiedzialnych ludzi, to...zresztą każdego psa szkoda... Może ludzie nie najgorsi, ale chyba z tych nie przejmujących się zbytnio psem, bo w końcu "to tylko pies".
-
Miałam znowu kolejny telefon o Lonię. Kiedy spytałam Panią, dlaczego akurat ją wybrałą, odrzekła, że to nie ona, tylko jej Tato Lonię wypatrzył. Niedawno zaginął mu piesek i chce kolejnego, a Lonia mu się spodobała. Jak spytałam, jak zaginął, odrzekła że był z tatą na rybach, biegał sobie gdzieś i przepadł...To był 10 letni shih tzu...może uciekl, może ktoś go ukradł...nie wiedzą. Ponoc go szukali. Natychmiast po tym tel. zadzwoniłąm do Pani Agnieszki, że będzie dzwonić taka osoba i żeby psa nie oddawała. Bo niepokojące jest to, że pieska nie upilnowali. Niestety, nie rozmawiałam, tylko nagrałam się na sekretarkę. Myślę, że po takiej info nie powinni dostać psa. Chyba, że się mylę... Chociaż wiem, że musi być wizyta PA, dokładny wywiad, to jestam mocno zaniepokojona...
-
No mam, mam wieści. Takie (jak dla mnie) pól na pół. Cieszy to, że Lonia nie nasiurała tej nocy ale - Panią Agnieszkę zaniepokoiło jej zachowanie, jak mówila Lonia jęczala jakoś dziwnie, więc nie poszła spać na górę, tylko spała razem z Lonią, na dole. Lonia kilka razy wpychała się do łóżka, ale Pani Agnieszka nie ugięła się i odsyłała ją na jej posłanko. Na szczęście Lonia nie daje radę na tapczan wskoczyć, bo wiadomo, co byłoby, gdyby tylko Pani Agnieszka zasnęła. Niefajne jest również to, że Lonia nadal szczerzy ząbki i młodszy chłopiec jej się boi. Kiedy chce się do Loni zbliżyć, to robi to jakoś dziwnie, skrada się, czy na czworakach, że Lonia się denerwuje i szczeka jeszcze bardziej... Kiedy Pan Tomek wrócił z pracy obszczekała go straszliwie, choć przecież już go znała, wyprowadzał ją na spacer itp.. .Kiedy chłopcy bawili się i to dość głośno, biegali itp. (jak to rozbawione dzieci) siedziałą na środku salonu, lub na swoim posłanku i obserwowala, co się dzieje. Nie uciekala, nie chowala się po kątach. Chodzi za Panią Agnieszką krok w krok, szczególnie, gdy coś robi w kuchni. Apetycik oczywiście dopisuje... Chyba nie jest najgorzej, prawda? A dzieci kupiły mi bilet na samolot, na 14 grudnia, czyli, za tydzień lecę. Insh Allah...
-
no przecież, że Wam i psiakowi pomogę! Trzeba dać mu szansę!
-
Dopiero teraz czytam pytanie, ale już chyba problem rozwiązany. I oby! Tak tylko napiszę, że mnie przyszła jeszcze na myśl Giselle.
-
Chora, cierpiąca jamniczka szczęśliwa we własnym domu! Dziękujemy!
Figunia replied to caromina's topic in Już w nowym domu
Aniu, tak dobrze Cię rozumiem. I na pewno, nie tylko ja... Kiedy łapałam się na tym, że tymi samymi pieszczotliwymi słowami (jak do Figuni), zwracałam się teraz do Loni, to czułam się mocno nie w porządku wobec Figi. INawet przepraszałam ją za to, że tak polubiłam innego pieska...Paranoja jakaś (patrząc z boku...), A kiedy uświadomiłam sobie, że być może, Lonię kocham troszkę mocniej, bo bardziej mnie wzrusza i rozczula, to już w ogóle czułam się (wobec Figi) jak marny zdrajca. Ona tak nie lubiła konkurencji...nie pozwoliła na to, bym przygarnęła do domu jakiekolwiek stworzenie, przepędzała niemiłosiernie, nie pozwoliła nawet poglaskać...także - doskonale rozumiem, co teraz czujesz. Serdeczności!!!! -
Taksa - chwila jamniczej radości :D - jak dobrze że jesteś :)
Figunia replied to anica's topic in Już w nowym domu
Jakie słodkie jamnicze dzieciątko!!! Cudna i rozbrajająca Maleńka. Do schrupania i zacałowania.. Nich się dobrze chowa - jak to się mówi i życzy... Bardzo się cieszę, że to stworzonko jest w Twoich rękach, Aniu. I oczywiście Twego TZ-ta... -
Jak sobie przypomnę, że bywało tak, że biegałam z nią co 2 a nawet co 1,5 godziny (a i tak potrafiła nalać w domu), to widzę, że jest dużo lepiej. Szkoda tylko, że musiała zalać dywan... Nic, nie kupuję na razie biletu, liczę na wyrozumiałość domku (i dobre zabezpieczenie przed takimi niespodziankami), a jak się to nasili, to wróci do mnie. Z tego wszystkiego nie napisałam, że dzień przed oddaniem Loni (czwartek) miałam o nią telefon. Pani z Wrocławia, emerytka. Niedawno straciła sunię, którą też adoptowala i która okazala się bardzo chora. Na jej leczenie poszło bardzo dużo pieniędzy i teraz Pani na stan zdrowia psa zwraca wielką uwagę. Miała się zastanowić. Dałam już namiary na nowy DT, choć Pani wie, że jeszcze jakiś czas będę w kraju. No, ale skoro dotąd nie zadzwoniła, to już chyba raczej z tego nic nie będzie. Zresztą, jak pomyślę o tym, że Lonia miałaby niebawem po raz kolejny zmieniać dom, to naprawdę nie wiem, czy to wszystko ma sens...
-
Jestem po kolejnej rozmowie z Panią Agnieszką. Kochana jest, bo dziś już dzwoni drugi raz... Wieści są takie: Lonia jest spokojna, ma apetyt, trochę nawet bawiła się kamyczkiem, ale...sika. Po nocy na parterze, gdzie spała, była kałuża (na podłodze), choć ostatni spacer był o 22. Co gorsza, gdy Pani Agnieszka zabrała ją dzisiaj na górę, to tam zlała się na dywan choć godzinę wcześniej była na dworze. I Pani Agnieszka dzwoniła by spytać o spacery, jak długo z nią chodziłam, bo może trzeba dłużej... Odkąd zrobiło się zimno i u mnie spacery były krótkie. Zrobiła co trzeba i biegiem do domu. A do tego od jakiegoś czasu wychodziła już tylko 3 x dziennie i wytrzymywała bez problemu. Nie spała dzisiaj w ciągu dnia ani chwili. Tak więc, choć wydawałoby się, że spokojna, wciąż jest w stresie. Ale ma apetyt, nawet potrafi się bawić, więc chyba nie jest źle...tak się pocieszam. Najfajniej, że Pani Irena (mama Pani Agnieszki), nie boi się Loninych ząbków i jej warkotu, bawi się z nią, zabiera jej kamyk (by rzucić), tak jak pokazywalam - że choć warczy wściekle i nawet rzuca się na rękę - to nie ugryzie. Pani Irena już Lonię rozszyfrowała...bardzo mnie to cieszy. A Lonia, Pokerku ma 2 dolne kiełki, jedno maleńkie ciopstwo w dolnej szczęce z przodu i bodaj ze dwa ząbki głębiej w paszczy. Niby niewiele, ale dwa kły są, to może mogłaby krzywdę zrobić... I przy okazji - mam do oddania ubranko posterylkowe pożyczone Lonisi. Jak i kiedy mogłabym je zwrócić?
-
I co tu napisać, na takie słowa...zwlaszcza, że właśnie myślę o sobie jak najgorzej. Bo oddałam taki skarb, tak cudne stworzenie. Że teraz cierpię - to slusznie. Ale Ona - za co? Tak chciałam uniknąć tych łzawych wynurzeń o bólu i stracie (przecież wiedziałam co robię), bo to niczego przecież nie zmieni. Ale musiałabym przestać w ogóle tu się pojawiać, bo przecież nie będę kłąmać, żę wszystko jest OK. Ona czeka na mnie. Wiem to. Wczoraj się szarpała i dawała upust głośnej rozpaczy. Teraz ucichła, bo ileż można wyć...ale czeka. Wiernie czeka. Powoli będzie zapominać, wdroży się w nowe życie i będzie dobrze. Ale teraz...
-
Dzwoniła Pani Agnieszka. Lonia spała grzecznie cała noc. Już nie płacze, nie wyje. Była na spacerku, zjadła dobre śniadanko, a teraz leży na swoim posłanku. Pani Agnieszka jest trochę zaniepokojona tym, że Lonia dziś na Nich warczała. Niby przychodzi na głaski, a za chwilę warczy. No i właśnie tego (też) się bałam, bo ona taka jest do wszystkich ludzi. Mnie zresztą też kilka razy obwarczała, wczoraj, gdy ściągałam ją na siłę z kołderki, by zawieźć do Długołęki - a była właśnie po spacerze i nie reagowała na moje zawołania, bo uznała, że mi się coś pomyliło i jużma spać do rana...no więc gdy brałam ją na ręce, to warknęła i nawet jakby chciała ugryżć w twarz, bo się pochyliłam. Jednak, jak zwykle, na groźbie się skończyło. Ona tylko tak straszy, udaje groźnego psa. Nigdy mnie nie ugryzła, ale nie mogę za nią ręczyć, że tego nie zrobi... W każdym bądź razie jeszcze nie wybywam z domu, jeszcze trochę odczekam, a gdyby co...to bez problemu może do mnie wrócić i będziemy myśleć, co dalej.
-
Tak, spałam kilka godzin. Oczywiście i przed zaśnięciem i kiedy budziłam się w nocy a także w momencie przebudzenia, caly czas towarzyszy mi myśl-pytanie: Jak Lonia. Czy zasnęła. Czy jeszcze płacze. Co robi teraz, rano. Zapomniałam przekazać Pani Agnieszcze kilka dość ważnych spraw, ale powiedziała, że do mnie zadzwoni, więc czekam na telefon. Oczywiście z wielkim niepokojem, wręcz strachem, bo wyobraźnia podsuwa różne, nieraz straszne wizje. Bogusik, Yucca , AgaG - dziękuję za tyle dobrych słów i buziaki.... Tak, trzeba czasu, wszystko (mam nadzieję) dobrze się ułoży. Trzeba tylko jakoś przetrwać ten czas...I mniejsza o mnie. Loni serduszko jest najważniejsze, a ona może jeszcze nie pogodziła się ze zmianą domu i mnie wyczekuje. Ta świadomość, że zawiodło się tak kochane, ufne, bezbronne stworzenie jest przeokropna. I nie umiem sobie tego wytłumaczyć, bo wszystkie mądre tłumaczenia biorą w łeb, gdy widzę jej rozpacz. Kochana Anica jeszcze do nas zaglądnęła i to z głaskami...
-
Trzymam się, a właściwie to trzymałam. Właśnie przeczytalam że odszedł Charli. Ostatni wpis Zofiji i Jej odpowiedź na czyjeś pytanie, czy chorował na coś (to był młody pies), że nie chorował, ale - wklejam: Ale ten pies tyle razy zmienił miejsce. Nawet Hotele - 3 razy...Każde serce i każda psychika ma swoją pojemność i odporność. No i teraz już się nie trzymam tylko telepię i ryczę. Dobranoc! -
-
Chora, cierpiąca jamniczka szczęśliwa we własnym domu! Dziękujemy!
Figunia replied to caromina's topic in Już w nowym domu
Zdrowiej szybciutko Anusiu! -
Co tu pisać. Dom pusty. Smutno i źle. Miałam już telefon od Pani Agnieszki. Lonia szczeka i wyje pod drzwiami (słyszałam). Ale daje się czasami skusić na smakołyki. Jest też głaskana, tulona. Tak bym chciała, żeby jutro już był jaki tydzień od oddania, a nie dopiero drugi dzień...bo jeszcze jutro może płakać... Dziękuję kochane za kciuki i te dobre myśli, wciąż są bardzo potrzebne! Nie dam rady już nic więcej napisać.