-
Posts
36362 -
Joined
-
Last visited
-
Days Won
1
Content Type
Profiles
Forums
Events
Everything posted by majqa
-
Sparaliżowana Frotka zostaje na zawsze u JoSi :)
majqa replied to pani_stanislawa's topic in Już w nowym domu
[quote name='red']Qrcze, mamy utrudniony kontakt z Josi... w dodatku ma telefon tylko stacjonarny.[/quote] ...hm...brak mi bieżących info od JoSi...:shake: -
Piękna już w nowym domu!! U baffi2 w Warszawie!! :) :)
majqa replied to BlackSheWolf's topic in Już w nowym domu
[quote name='BlackSheWolf']mam nadzieję, ostatnio robiłam ogłoszenia dla innego psa to już na następny dzień psiak znalazł dom. Macie może pomysł na tekst ??[/quote] Puść mi na PW zbiórkę istotnych info, a zrobię Ci tekst i sama ocenisz, czy go zechcesz. Los psa, jego charakter, zachowanie, stan zdrówka...etc...co Ci przyjdzie do głowy... -
[quote name='paros']Ale nie ma swojego człowieka i swojego domku :-(:-([/quote] Będę rozpytywać...Myślałam o sobie ale moje koty są...hm...namolne...nie znają strachu przed psem, same spsiały, jedzą z psem z jednej miski i kurczę, non stop robią psu buncolki, ocierki, śpią na psie, z psem, pod psem...:-(
-
Piękny , młody AST-prawdopodobnie wyrzucony, ma dom
majqa replied to lena_zet's topic in Już w nowym domu
[quote name='lena_zet'] (...) pomóżcie szukać odpowiedzialnego domku dla niego, przecież ja zaraz zwariuję, jak boga kocham.[/quote] Zróbcie, jesli mogę coś zasugerować, coś w rodzaju podsumowania: - o jakim domku dla niuńka myślicie - jak, po jakims czasie pies się zachowuje (niszczenie czegoś, sygnalizacja potrzeb, stosunek do psów, kotów) - jego obecny stan zdrówka -jak zachowuje się w autku Pewno coś i tak pominęłam... Może takie podsumowanie pomoże i bida nie będzie mnożyć kosztów w hoteliku??? Bo...domek znajdzie się szybko?! -
[quote name='amikat']Fado siedzi w hoteliku..... pomocy - kto nas wesprze? Nikt o niego nie pyta niestety...[/quote] By próbować pomóc znaleźć dom zadałam pytania w poście 100 ale pozostały bez odpowiedzi...
-
Ja nie prześpię jeszcze wielu...Patrzę na jego grób, znicz i wyję...obwiniam o co popadnie...On mi tak ufał, a ja widać musiałam do cholery coś przeoczyć...Widzę, go w każdym miejscu działki, w mieszkanku czuję zapach...i te oczy, których nigdy nie zapomnę, takie ufne i bezbronne... Oszaleję...nie mogę myśleć, nic robić, siedzę większość czasu i bujam się jak dziecko z chorobą sierocą...Nienawidzę tak urządzonego świata...
-
Piękna już w nowym domu!! U baffi2 w Warszawie!! :) :)
majqa replied to BlackSheWolf's topic in Już w nowym domu
Maleństwo, niech to rozpropagowanie Ciebie zadziała... -
Od soboty "przed wigilią", czuwam przy Amorku, obok wiadro kawy a la szatan... Około 22.30. Amor wybudził się i zwymiotował. Rano w niedzielę była powtórka. Wyczekałam stosownej godziny i ok. 10.00 dodzwoniłam się do Doktora. Przyjechał natychmiast. Po naradzeniu się uznaliśmy, że może być to jakaś niestrawność. Serce OK., płuca OK. Doktor podał w zastrzykach (a było ich od diabła i trochę) o ile mnie pamięć i zmęczenie nie zawodzi – antybiotyk o dłuższym działaniu, steryd, atropinę (chyba), torecan (p/ wymiotny) i no-spę (bo badaniowo wyczuwalne było napięcie brzuszka ale nic drastycznie niepokojącego). Sikanie normalne, kupki też normalne. Nie było się do czego doczepić nawet po badaniu przez odbyt.Doktor zostawił mi na odchodne torecan i no-spę do podania w zastrzyku gdyby pies wymiotował, potrafię więc je zrobiłam wieczorem. To co mnie wystraszyło to fakt, że Amor, przy ustaleniu niestrawności aż tak gwałtownie zasłabł, chwiał się na nogach, ślinił. Kompletnie nie ten pies. :placz: Wykluczyłam opcję podtrucia, czy w ogóle zjedzenia samowolnie czegoś na dworze, chodziłam z psem wszędzie, krok w krok, nigdy nie wychodzi on „samopas”, a generalnie beze mnie ani dudu. Kolejne zastrzyki miałam podać w poniedziałek (wigilia) rano. Tak też zrobiłam ale poprzedziły je dalsze wymioty. Zapomniałam dodać, że od pierwszej wizyty Doktora odstawione było jedzenie. Kiedy po podaniu leków porannych w poniedziałek, Amor zwymiotował nawet wodę, wpadłam w panikę więc za telefon. Doktor był zajęty (i trudno się dziwić, dzień wigilijny), ale nie odmówił pomocy poczyniliśmy ustalenia, podjechałam do doktora po kolejne leki do podania. Podałam. Zero efektu. Pies nie trzymał się już na nogach. Słabł z chwili na chwilę i był to już etap, gdy na małym dystansie wyjścia osuwał się, wydawał pomruki jakby bólu. Musiałam, go z czyjąś pomocą nieść. Nie było dla mnie możliwe by były to wyłącznie banalne sprawy niestrawności… Wigilia – godzina 15.00 Doktor był u nas osobiście, nie wzbraniał się i znów nie odmówił pomocy. Ponieważ Amor był na głodówce pobrał krew, z którą mąż pojechał w drugi koniec Łodzi do laboratorium w szpitalu im. Jordana (robią tam badania sprawnie i była szansa na wynik od ręki), a Doktor w tym czasie zmontował kroplówkę i zaczęła iść, podał też kolejne leki. Decyzja o pobraniu krwi zapadła, bo zdaniem i doktora coś musiało być na rzeczy, coś innego niż niestrawność. Wrócił mąż z wynikami, w drodze już dzwonił do Doktora, wstępne spekulacje Doktora mi przekazał ale potem i tak wisiałam na słuchawce ustalając dalszy plan z Doktorem. Wstępne info z wyników – odczytanych Doktorowi i oceny ich - nerki, wątroba, trzustka w porządku. Fatalna morfologia świadcząca o b.dużej anemii (anemii nie mającej związku z niedożywieniem ale anemii, która jest sygnałem jakiegoś problemu) i b.wysoki poziom leukocytów – czyli b.duży stan zapalny (czego, jeszcze nie wiedzieliśmy). :placz: :placz: :placz: To było jakieś szaleństwo, dotąd nic nie zdradzało by działo się z Amciem coś złego. Owszem były dni lepsze i gorsze w znaczeniu stawów, które reagowały na zmiany pogody (jak w barometrze) ale Amuś był w pełni mobilny i tak się cieszyłam, że stanął na nogi…nosek zimny…apetyt, wygłupy… Jedna z możliwości przyczyn takiej anemii (inna niż zabiedzenie psa przez tyle lat) był nowotwór żołądka. Takie było zdanie Doktora, który jednak nie chciał nic na wyrost przesądzać (o ile Doktor pamięta na RTG, gdzie objęta była jama brzuszna nie widział żadnych zaciemnień, oczywiście sytuacja przez 2 miesiące mogła się zmienić). By nie powtarzać RTG rozmawialiśmy o diagnostyce przez USG. Plany od wtorku wyglądały tak– kroplówki, silniejszy antybiotyk, może coś jeszcze co z racji zmęczenia mi umknęło, a na pewno dodatkowo i przede wszystkim – kwas foliowy, żelazo, vit.B. Doktor mnie uprzedził (hamując moją histerię), że ten stan Amorka, przy tych wynikach ma prawo utrzymać się jeszcze przez ładnych parę dni nim pies stanie na nogi ustawionym leczeniem. Hm… Doktor zrobił nam swoją troską, zaangażowaniem, dyspozycyjnością i podaną ceną ogromny prezent. Zadręczyłam go sobą ale nawet raz nie okazał zniechęcenia, poirytowania…a miał wszelkie prawo, też jest tylko człowiekiem, do tego też miał święta. Szczęście w nieszczęściu, że z całym moim zwierzyńcem trafiłam na tego Doktora, w takie dni jak ostatnie i z koniecznością kursów z psem w takim stanie do Łodzi + wizja ewentualnych kolejek w lecznicach…wolę nie myśleć… 1wszy dzień świąt: W domu mały szpitalik urządzony z pomocą Doktora po kolejnej wizycie. Wszędzie gotowce do wstrzyknięć, butelki, ampułki, bandaże, plastry, ręczniki etc…etc…Leki głównie zastrzykowe lub kroplówkowe (doustnego nic). Nosiliśmy Amusia (sikał na leżąco ale wyłącznie z niemocy stania, a nie braku kontroli zwieraczy), wciąż bardzo słaby ale kontakt z nim był lepszy. Ostrzejsze spojrzenie. Rano podałam mu torecan i ostatnią no – spę. Doktor był ok.13tej z torbą leków. Sam podał kilka zastrzyków (wszystko ma zanotowane do informacji Fundacji ale wiem, tyle co zapamiętałam, antybiotyk, żelazo, jakiś lek p/zakrzepowy, koktajl witamin B, reszta mogła mi umknąć, bo strzykawek raczej było więcej). Potem poszły 2 butle kroplówki – Duphalyte i glukoza do niej vit.C). Dostałam wszelkie wytyczne, co do podawania leków, kroplówek itd…Po kroplówce została ona zwrócona ok.2- 2,5h od podania.W wymiotach były jakby kłaczki czegoś czarnego (strawiona krew?)… Upewniłam się, że w żadnej lecznicy nie zrobiono by dla Amka więcej niż tu, a tu warunki opieki ma non-stop...Poza tym tu byłam ja , a to dla Amcia najważniejsze. Amor co jakiś czas sprawdzał, czy jestem, jak mnie nie widział to resztę sił ładował w próby wstawania by mnie szukać i niecierpliwił się, więc siedziałam murem by być, podejść lub odezwać się... Doktor rzucił okiem na wyniki (wcześniej znał go z telefonu) - potężna anemia i gigantyczny stan zapalny (leukocyty 3 razy ponad dopuszczalną normę!!!)...:-((( Ponadto, choć nie musiał, Doktor sam zadzwonił i zaklepał nam termin USG u jednego z najlepszych diagnostów z USG na czwartek...Podejrzenie raka żołądka, lub śledziony. Doktor mówił, że takie objawy + anemia dają o sobie znać w taki drastyczny, szybki sposób w ostatnim momencie. Pozostało nam nosić Skarba, wycierać mu pychola ze ślinotoku, sprzątać podłogę i czekać do diagnozy wykluczającej to, co najgorsze…Z Doktorem byłam cały czas w kontakcie telefonicznym, jeden alarm i Doktor był. Zrobił dla nas (mnie i Amorka) więcej niż mogłabym oczekiwać w najśmielszych marzeniach... Nie będę opisywać, co działo się ze mną. Totalna rozpacz i bezsilność. „Momentami twardości” jest tylko podawanie leków – tu włączał mi się automat działania i precyzja, a dopiero po leciały łzy… W nocy z 25.12/ 26.12 ok. 2.15 umarł Amorek. Jedyną ulgę jaką odczuwam, jeśli w ogóle można o takiej powiedzieć, że jego odchodzenie nie trwało długo. Pomijając fakt, że miał opiekę non-stop to umierał wspierany naszą, moją i męża obecnością. Mąż masował mu brzuszek, widać było, że Amorkowi sprawiało to ulgę, zwilżał pyszczek wodą i wycierał nadmiar śliny, ja nie płacząc, a wyjąc w głos głaskałam, gładziłam, całowałam, zapewniałam jak bardzo go kocham, jednocześnie naiwnie jak dziecko prosząc by mnie nie zostawiał i błagając go o wybaczenie, że nie zdołałam pomóc więcej, bardziej, inaczej. Zawsze już Boże Narodzenie będzie mi się kojarzyło z piekłem, jakiego doświadczyłam, zawsze też będzie prześladował mnie widok oczu Amorka, który od chwili naszego spotkania tymi oczkami wyrażał miłość, ufność i pewność, że nic mu przy mnie nie grozi. Byłam dla niego gwarantem bezpieczeństwa, ładu i spokoju. Człowiek w głębi duszy jest dla siebie najsurowszym sędzią, ja w moim odczuciu zawiodłam, przegrałam walkę, jaką podjęłam o życie tego psa od pierwszego wspólnego dnia. Ze śmiercią nikt nie wygrywa, zwłaszcza śmiercią poprzedzoną chorobą, nie dającą symptomów ostrzegawczych, a to wytrąca broń z ręki. Czyni bezbronnym wobec sytuacji, która wymyka się spod kontroli, zmienia z dnia na dzień, a kolejne wydarzenia pędzą lawinowo. Sądziłam, wierzyłam, że uda się ugrać choć jeszcze 1-3 lat wspólnego szczęścia, z chwilą wybuchu tego, co opisałam w poprzednich komentarzach, targowałam się ze śmiercią, modliłam i błagałam Boga o choć parę jeszcze miesięcy, w stanie jaki udało mi się wypracować dla Amorka. Moich modlitw nikt nie wysłuchał…………:placz: Odszedł…w mniemaniu niektórych tylko pies, w moim sercu jedna z najukochańszych mi istot, członek rodziny, ktoś kto łączył w sobie troskliwość ojca (gdy czuwał przy mnie nocami, przykłady można by mnożyć), zaufanie i miłość dziecka oraz wsparcie przyjaciela. Kimś takim był dla mnie Amor…. Ten pies miał w sobie coś niezwykłego. Gdy umierał, jak na komendę, tuż przed samym zgonem zaczęły wyć, głosami innymi niż dotąd nam znane, wszystkie psy mamy, żegnały Amora, nie sposób inaczej to wytłumaczyć. Gdy Amor umarł długo jeszcze nie leżałam przy jego ciepłym ciałku, płacząc w głos, całując jego oczka, tuląc go i przepraszając za bezsilność… Czym to się zaczęło? Jeszcze ok. godziny 20.00 Amuś zwymiotował niewielką ilość płynu, nie było w nim żadnych „kłaczków” sugerujących strawioną krew, zaciemnień itd…Potem wstawał, cały czas stękał, wydawał odgłosy bólu (ale to działo się cały czas od niedzieli). Kładł, zasypiał, wybudzał, podrywał główkę by sprawdzić, gdzie jestem. Ostatnie 1,5 – 2 h oddychał ciężej, oddech miał krótki, starał się oddychać całą powierzchnią ciała lub jakby tylko torem brzusznym. Ten objaw poprzedził śmierć Amorka. Z chwilą śmierci nie poleciała znikąd krew, zrobiona w niewielkiej ilości kupka nie budziła żadnych zastrzeżeń, w niej też nie było krwi…Tuż przed śmiercią brzuszek nie był powiększony ani bardziej twardy. Czy ja mogłam coś przegapić? Jasne, że to co piszę jest w tej chwili nie do sprawdzenia. Jedyną osobą zdolną zaświadczyć o stanie Amka był Doktor. Widział, go w czwartek przy okazji innej wizyty u nas. Ani w Doktorze ani we mnie nic nie budziło podejrzeń. Piątek też upłynął nam normalnie, Amek częściej przysiadał przy wyjściu na dwór ale nie zaniepokoiło mnie to, bo przysiadała i sunia, a to przysiadanie towarzyszyło nam od pierwszego dnia wspólnego „razem”. Sobota do wieczornych wymiotów również. Potem nastąpił wybuch wszelkich objawów opisanych wcześniej w komentarzach. Analizowałam po fakcie wszystko. Wszystkie kupki sprzątane po Amorku były aż nadzwyczaj dobre. Wspomniane również gdzieś wcześniej wymioty, jakie miały miejsce w którymś tygodniu (opisane jako po wygłupach), też nie były niepokojące, bo taka sytuacja miała już miejsce 2 – 3 krotnie od połowy września i to bez żadnej regularności, a do tego miałam punkt odniesienia, przygarnięty bokser mamy. Ten staruszek gdy zjadł, a potem np. rozszczekał, zaczął podskakiwać itp. Również natychmiast zwymiotowywał wcześniejszy posiłek. Tym samym, jako opiekunka zostałam pozbawiona wszelkich sygnałów ostrzegających. Amuś w punkcie wejścia do mojego domu był psem wlokącym za sobą tyle nóżki, niedożywionym, z chorą łapką, skórą oczkami i uszkami, obolały. Po zadziwiająco krótkim czasie udało mi się zaleczyć oczy i uszy, pomóc jego stawom i mięśniom, skóra odżyła, a łyse placki na grzbiecie pokryły się sierścią. Amek przytył, był wesoły, zwiększyła się jego mobilność, w lepsze dni podbiegał, zawsze bawił się piłką, nosił patyki, szczekał na kamień, podskakiwał i jak na jego wiek i stan pokonywaliśmy dość długie dystanse…Wiem, że to głupie ale nie potrafię sobie darować, że nie przewidziałam anemii…nic jednak na nią nie wskazywało!!! Rozmowa z Doktorem w trakcie leczenia i po śmierci Amcia nie dało ukojenia mojemu bólowi ale uspokoiła…że nie mogłam wszystkiego przewidzieć, bo i jego jako lekarza nic nie zaniepokoiło, a z racji samego Amorka, innym zwierząt mojej mamy był u nas częstym gościem i zawsze ale to zawsze zaglądał do rotusia. Według opinii Doktora tak gwałtowne uderzenie wcześniej utajonych symptomów towarzyszy rakowi żołądka lub śledziony, albo jednoczesnemu rakowi obu tych narządów. Pod takim kątem miało być przeprowadzone badanie USG. Czy dla Amusia zrobiliśmy wszystko? Pomimo tego, że ja popadam w obłęd samo obwiniania, zdaniem Doktora i moich bliskich medycznie zrobiono wszystko (to i ja potrafię ocenić, nie pierwszy to chory pies w moim życiu, nie pierwszy Doktor weterynarz, za to pierwszy Doktor, do którego poczynań, troski i zabezpieczenia nas w leki plus w swoją dyspozycyjność, ciągły kontakt, nie miałam cienia uwagi)… Po ludzku z kolei, przecież trudno mi dokonać samoosądu ale zdaniem właśnie najbliższych mi osób, a i samego Doktora wypruwałam flaki by psu dogodzić. Dźwigałam gdy chciał tylko wstać lub zmienić pozycję, dźwigałam i z pomocą wynosiłam, wycierałam ślinkę, dbałam by nie miał sucho w pyszczku, a przede wszystkim nie chodziłam spać (ku przerażeniu w oczach Doktora, widział, jak zmęczona jestem; ze zdaniem męża nie liczyłam się w ogóle, w znaczeniu, że nie dawała się nakłonić do położenia), by nic nie umknęło, by być na jedno mruknięcie psa przy nim, w ciągu dnia kładłam się na łączny czas 1,5-2h snu ale wtedy czuwał mąż. Wyrazy wdzięczności! Proszę Panią Prezes Fundacji Rottka o przyjęcie moich głębokich podziękowań za zaufanie i wyrażenie zgody na pochówek Amorka tu, na działeczce mamy (oczywiście, gdyby Pani Prezes życzyła sobie inaczej – sekcja – organizowałabym transport psa do Sopotu). Wykopany został piękny, wygodny grób (jeśli do wygody można tu nawiązać). Amuś został pochowany, osobiście opatulony przeze mnie w swoje ulubione kocyki i również przy cudzej pomocy przeze mnie w grobie złożony. Musiałam mimo cierpienia dopilnować wszystkiego. Tuż przed złożeniem, wbrew błaganiom męża odwinęłam jeszcze Amorka by ostatni raz go wycałować. Na jego grobie pali się już piękny, czerwony znicz i mam nadzieję, że jego światełko prowadzi, go ku światu bez bólu, doświadczanej przemocy, ku światu przepełnionemu miłością...Wierzę, że tam się spotkamy, nie dopuszczam innej myśli. Dokumentacja! Wszelkie rzeczy Amorka zostaną wkrótce odesłane do Fundacji. Dokumenty leczenia z opisanych dni (zaordynowane, podane leki + opinia Doktora, tak by nic nie pozostało niedopowiedziane), wyniki badań, książeczka zdrowia również trafią do Rottki. Liczę się z każdym krytycznym spojrzeniem, każde też przełknę i jeśli zaistnieją jakieś wątpliwości (w postaci pytań) spróbuję na nie odpowiedzieć. Żaden krytyczny komentarz nie zdoła zranić mnie bardziej niż śmierć Amorka. Nie potrafię się pogodzić z faktem, że miał tak podłe życie i z chwilą, gdy wreszcie poczuł się szczęśliwy musiał z tym szczęściem się rozstać. Ślepa furia mnie ogarnia, gdy otwieram lodówkę i widzę zapasy mięska jakie mu kupiłam w ramach „Mikołaja”, leczniczy szamponik na wspólną, świąteczną kąpiel. W czwartek przed świętami byłam na giełdzie zwierząt w Łodzi, by wstępnie upatrzeć sobie zabawki i pikowane legowisko, jakie chciałam kupić Amorkowi poświątecznie. Te wszystkie rzeczy związane z Amorkiem, jego zapach w mieszkanku bolą jak diabli. Rozum wie, że stała się tragedia, serce z wielką raną nie rozumie, jak to się mogło stać, rozegrać tak gwałtownie. Nie wiem, jak poradzić sobie z sobą i z tą stratą. Ten pies był u mnie na prawach najbliższego człowieka, bynajmniej nie psa. Nie potrafię znaleźć sposobu na pozbieranie się w kupkę. Gdzie się nie obejrzę widzę Amorka. On po prostu jest we mnie… Nie mam sił, żeby w pełni przelać na klawiaturę tego, co czuję, gonitwę myśli w głowie…Dla Amorka zrezygnowałam z wszystkiego, co miałam dotąd dlatego, że tak bardzo go pokochałam, żyłam nim. Dlaczego musiał odejść, dlaczego nie dane nam było spędzić z sobą jeszcze troszkę czasu. Czy prosiłam w modlitwach o zbyt wiele???
-
Grodzisk Mazowiecki-super Rottek-dom na CITO!ma dom!
majqa replied to oktawia6's topic in Już w nowym domu
Co z rotusiem? Czy ten domek dla niego to pewnik? -
W 1 poście jest info, ze dobek podobno jest łagodny do zwierząt. Czy to prawda? A jak wygląda sprawa jego stosunku do kotów? Była okazja to sprawdzić?
-
SZIP-olbrzym łagodny jak baranek ma dom w Łowiczu!!- Sochaczew
majqa replied to Od-Nowa's topic in Już w nowym domu
Jaki jest Szip dla innych zwierzaków? Toleruje koty? Znosi jazdę autkiem? Czy on nadaje się do mieszkania (np. czy sygnalizuje potrzebę wyjścia)? -
[quote name='paros']NERO to 6-letni pies do oddania w dobre ręce. Jest mixem owczarka niemieckiego. Jest dużym, spokojnym i zrównoważonym psem, waży ok 42 kg. Był bardzo pobity, :-( pogryziony,:-( miał odmę podskórną. [B]CZY ODMA ZOSTAŁA WYLECZONA???[/B] Kilka miesięcy temu miał połamane nogi, które niezbyt dobrze mu się zrosły i trochę utyka. [B]CZY TO POŁAMANIE ZRASTALO SIĘ SAMOISTNIE, CZY TEŻ ZROSŁO SIĘ ŹLE, BO ŹLE BYŁO ZŁOŻONE?[/B] Jednak nie przeszkadza mu to w normalnym poruszaniu się. [B]CZY TO NIE ZAOWOCUJE W PRZYSZŁOŚCI POTĘZNYMI PROBLEMAMI ZWYRODNIENIOWYMI I DUŻYMI KŁOPOTAMI Z CHODZENIEM? JAKA JEST OPINIA WETA, JEŚLI DOSZŁO DO KONSULTACJI[/B] [B]? [/B]Może mieszkać w bloku i w domu z ogrodem.:lol: Toleruje koty. [B]JAK ROZUMIEM, NIE REAGUJE AGRESJĄ? JAKI JEST DLA INNYCH PSÓW, SUK? [/B]Ładnie chodzi na smyczy i potrafi jeździć samochodem. Spokojnie zachowuje się w tłumie ludzi, otwiera drzwi z klamek. Nero to naprawdę prawdziwy psi opiekun i przyjaciel. Jest bardzo posłuszny, ale boi się strzałów, huków, burzy, itp. :shake: Warunkiem wydania psa jest podpisanie umowy adopcyjnej. [B][COLOR=purple]Może chociaż tymczas??[/COLOR][/B]:roll: [B]Kontakt w sprawie adopcji:[/B] [B]Tel. 0 601-300-726 lub 0 606-283-545[/B] [/quote] [B]POPROSZĘ O ODPOWIEDŹ NA PYTANIA WPLECIONE W CYTAT.[/B] [B]CZY NERO BYŁ KASTROWANY?[/B]
-
Piękna już w nowym domu!! U baffi2 w Warszawie!! :) :)
majqa replied to BlackSheWolf's topic in Już w nowym domu
[quote name='BlackSheWolf']nie... teraz święta chyba jej nie ma... a ja w czwartek porozwieszam ogłoszenia o niej po mieście ze zdjęciami... może się uda[/quote] To jest bardzo dobry pomysł. Więcej osób pozna historię psinki, a że ludzie są wzrokowcami to tym bardziej zdjęcie do nich powinno przemówić. -
[FNiZ]-Psiak Nosek...już w Fundacji..od roku czeka na dom!
majqa replied to Moriaaa's topic in Już w nowym domu
[quote name='pajunia'](...)Wzywam wiec Was do tablicy, abyscie szybciutko temu psiakowi (...) rewelacyjny domek znalazly. [B][COLOR=seagreen][SIZE=5]WESOLYCH SWIAT[/SIZE][/COLOR][/B] :tree1::tree1::tree1:[/quote] Za późno! Zaoferowałaś pomoc, FNiZ przyjęła ofertę... Szukaj domku dla Noska, proszę, przecież można na Ciebie liczyć. Wspomniałaś by nie zaśmiecać wątku, czemu to czynisz własnymi postami??? Poprostu działaj! Daleko Ci do nauczyciela, dla którego chciałoby się poderwać 4litery...Moje są za ciężkie...:evil_lol: -
Duża Zastraszona I Trzęsąca Sie Suczka W Schronisku MA DOM
majqa replied to jusstyna85's topic in Już w nowym domu
Co bliżej wiadomo o suni? Jej charakter (wiem, że strachliwa, roztrzęsiona) ale jaka jest dla innych psów i w kontakcie z człowiekiem? Czy wiadomo coś o jej przeszłości? -
Mikrus vel Frodo już nie potrzebuje domku, a dlaczego? Bo go ma!
majqa replied to ZUZANNA11's topic in Już w nowym domu
[quote name='maggiejan']Ja nie czuję sie winna, ale zaglądałam na ten wątek i chciałabym pomóc, a przede wszystkim nie obciążać Emira kosztami, bo on ma pilniejsze wydatki. Dlatego chętnie dorzucę parę zł. w tej sytuacji. Szkoda by była, gdyby Emir zniechęcił się do pomocy, co po takich interwencjach byłoby usprawiedliwione.[/quote] Dlatego właśnie zadałam pytanie/ prośbę o podanie kwoty. Kasą da się zadośćuczynić brak kasy, niestety nie da się wynagrodzić EMIR kosztów nerw, zaangażowania, zmęczenia, czasu... Sromota... -
Mikrus vel Frodo już nie potrzebuje domku, a dlaczego? Bo go ma!
majqa replied to ZUZANNA11's topic in Już w nowym domu
[quote name='czarok'](...) O jednym Krystyna nie napisała - samochód wrócił ( nie sam, jeszcze same się nie prowadzą) nad ranem po przejechaniu prawie 1000 km....Kierowca odpił kawę i....pojechał na "bzdurną" interwencję....[/quote] Jezuuu...Czy EMIR jest w stanie podać orientacyjny, poniesiony koszt tej interewencji na wyrost??? Po przeczytaniu o kierowcy to mimo, że nie ja wszczęłam alarm, chce mi się wsadzić łeb w piasek... -
Mikrus vel Frodo już nie potrzebuje domku, a dlaczego? Bo go ma!
majqa replied to ZUZANNA11's topic in Już w nowym domu
[quote name='maggiejan']Wydaje mi się, że Emir ma , niestety, rację i trzeba by zrzucić się na zwrot kosztów.[/quote] Maggiejan wybacz, że zapytam i nie odbierz proszę tego, jako złośliwość. Czy Ty poczuwasz się do winy? Winy: -tytułu (ba, nawet teraz nie jest zmieniony)? -oplatania o księdzu (a w tej kwestii nic się nie wydarzyło), czyli przez zaniechanie i nie wyczerpanie wszelkich najbliższych sposobów pomocy psu (tak, jak to opisała EMIR) szukanie pomocy Bóg wie gdzie? -że nie szło sprawdzić płci psa (wstyd podniesienia psu ogona)? -"łapki" - tej też nie szło wziąć w rękę i zobaczyć, co jest nie tak? Czy nie wypunktowałam tych paradoksów na stronie 23? Czy Zuza zareagowała na to? Co zrobiła EMIR...Kierując się niesamowitym sercem zareagowała natychmiast, jak sądzę pod wpływem i tytułu wątku i naszego, ludzi z odległości, zaniepokojenia. Ba, waliła w drzwi (usiłowała dodzwonić się do Zuzy i klapa). Być może z rozmowy z Zuzą wywnioskowałaby, że nie jest tak źle, udzieliła Zuzi kilku wskazówek, które tym razem nie uderzyłyby kulą w płot (tak jak nasze prośby). Bardzo mi przykro, że przeczytałam to co myśli i czuje EMIR, nie sposób z tym dyskutować... Tylko...Kto ma się czuć zawstydzony? Kto ma starać się wyjść z twarzą wobec EMIR i kombinować by z tego wybrnąć???