Bywają dni, że obowiązków dużo, różne rzeczy się dzieją, ciągle coś i tuż przed snem albo następnego dnia łapię się na tym, że nie pomyślałam o Bazylku, nie zatęskniłam, nie wspomniałam Go.
I głupio mi się robi, źle.
Może tak właśnie powinno się dziać, że nie myśli się ciągle czy codziennie, ale ja mam wtedy takie irracjonalne poczucie, że jak przestanę o Nim myśleć to Bazylek gdzieś mi "umknie", że przejdzie do przeszłości, że (w sensie przenośnym) Go zapomnę. Chyba po prostu ciągle jeszcze chcę, żeby był ze mną, tutaj.