Jump to content
Dogomania

szajbus

Members
  • Posts

    28422
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by szajbus

  1. Agato masz rację. Ja miałam dwa psiaki. Został mi jeden. Ma mnie kto przywitać, kto pomerdać ogonem, kto zaszczekać, przytulic się, polizać ale ...... nie jest mi lżej. Byłam pewna, że kiedy dojdzie do takiego momentu będzie inaczej niż po stracie Psoni, bo przecież w domu zostanie drugi psiak.Byłam pewna, że ból będzie o wiele mniejszy. Nic z tych rzeczy. Boli tak samo mocno. To miłość tak boli. Jedyne co mi pomaga to wmawianie sobie, że ona leży w salonie i wypoczywa.Wypieram też z pamięci ostatnie godziny jej życia kiedy łapała ciężko oddech a ja czekałam aż zadziałają leki i serce pękało mi z niemocy. Gapię się non stop w zdjęcia, na których ma szczęśliwego pysia i taką ją chce zapamiętać. Przypominam sobie okres sprzed diagnozy. Mimo wszystko to bardzo boli nadal i wiem, że będzie boleć do momentu, kiedy ten ból nie stanie się mniej palący, kiedy będzie nadal ale o wiele mniejszy. Radku boli jak cholera. Serce pęka.
  2. Tak zawsze wyglądała czekając na ciasteczko. Moja maleńka tak bardzo tęsknię.
  3. Norciu, Saruśka...
  4. " Od czasu do czasu ludzie mówią mi: “Spokojnie, to tylko pies.” Jeśli ty także myślisz, że to “tylko pies”, to może używasz też określeń takich jak: “tylko przyjaciel”, “tylko wschód słońca”, “tylko obietnica”. “Tylko pies” wniósł do mego życia istotę przyjaźni, zaufania i czystej, nieposkromionej radości. “Tylko pies” okazuje mi współczucie i cierpliwość, które sprawiają, że staję się lepszym człowiekiem. Z powodu „tylko psa” wstaję rano, chodzę na długie spacery i patrzę ze spokojem w przyszłość. Bo dla mnie i ludzi takich jak ja, to nie “tylko pies”, ale ucieleśnienie wszystkich nadziei i marzeń o przyszłości, dobrych wspomnień i czystej radości z chwili, która trwa. “Tylko pies” wydobywa to, co we mnie dobre i odwraca moje myśli ode mnie i codziennych trosk. Mam nadzieję, że pewnego dnia zrozumieją, że to nie “tylko pies”, ale istota, która uczy mnie człowieczeństwa i sprawia, że jestem czymś więcej niż „tylko człowiekiem”. – Sandra Dee Masz rację Radku. Przez psy cierpimy tylko raz - kiedy od nas odchodzą. Jest to prawdziwe cierpienie, wręcz katusze jakie przeżywamy w głębi serca. Moje dwa kochane skarby
  5. Tak, to jest koszmar. Sama powiedziałam mężowi, że chciałbym aby to wszystko okazało się snem, ale to jest smutna rzeczywistość a sen nie przychodzi.Nie tylko my kobiety płaczemy. Mąż podobnie jak ja nie może sobie z tym poradzić.Trochę lepiej od nas przechodzi to syn. Był całymi dniami na uczelni jednak świąteczna przerwa i brak Balbisi daje i jemu się boleśnie we znaki. Nasza druga sunia tęskni, nie może sobie znaleźć miejsca. Gdzieś zniknęła z niej radość życia a to jest psiak, który cieszy się ze wszystkiego. Martwimy się o nią, bo ma wrodzoną wadę serca. Odeszła malutka istotka a pozostawali po sobie pustkę, nie do opisania. Z naszych znajomych już nikt nie odważył się powiedzieć "przecież to był tylko pies". Dobrze wiedzą, że nasze sunie były traktowane i nazywane wręcz naszymi psimi córciami, dzieciakami itd. Były i są nadal pełnoprawnymi członkami naszej rodziny. Przeciwnie, jedni przekazują drugim tą smutną wiadomość i dzwonią do nas telefony z pocieszeniami. Tyle tylko, że wtedy ból staje się jeszcze większy. Balbinka od dokładnej diagnozy do momentu odejścia żyła 3 tygodnie i to w naprawdę dobrym stanie. W ostatnim tygodniu pojawiały się kryzysy do czego mieliśmy się przyzwyczaić i faktycznie te kryzysy szybciutko przechodziły. Liczyliśmy na to, że los pozwoli nam się nią cieszyć przynajmniej kilka miesięcy. Już robiliśmy plany jak jej ulżyć w lecie podczas upałów, zaplanowaliśmy nową trasę spacerów, tak żeby się nie przemęczała. Lekarz prowadzący powiedział , że zrobi wszystko żeby dać nam jak najwięcej czasu. Los chciał inaczej. Wszystko ku zaskoczeniu wszystkich potoczyło się błyskawicznie. Każdy nam tłumaczy, że dla niej samej to lepiej, bo kryzysy byłyby coraz częstsze, coraz dłuższe niosące jej cierpienie. Z jednej strony to rozumiemy a z drugiej myślimy egoistycznie patrząc z naszej perspektywy. Kiedy dowiedzieliśmy się o diagnozie o tym, że nie ma dla niej ratunku przeprowadziłam nią poważną rozmowę. Tuliłam ją i mówiłam, że jej życie tak jak Zuzi będzie teraz oparte na wizytach u lekarzy i na lekach, ale kiedy będzie się męczyć i uzna, że czas odejść to ma biec w stronę światła co sił w łapkach. Tam na końcu światła będzie czekała na nią Psonia i moja mamcia. Powiedziałam jej, że ma tam się i oczyścić z wszelkich chorób i wracać do naszej rodziny pod tą samą postacią. Balbisiu Tobie zdążyłam powiedzieć to, czego nie zdążyłam Psoni i gdzieś na sercu dnie wierze, że tak będzie. Póki co, bądźcie obie naszymi psimi Aniołeczkami, chrońcie nas i Zuzię. Zaopiekujcie się też Agaty sunieczką. Bawcie się razem na tych tęczowych łąkach. Kochamy Was obie
  6. Agato możemy sobie podać ręce. Dziś o 14:15 minie tydzień a my nadal nie możemy nie tylko się otrząsnąć ale w ogóle w to uwierzyć. Dziś zaczęłam wypierać z siebie myśl, że jej nie ma. Zaczynam udawać. Rozglądam się, jej nie ma, więc wmawiam sobie, że ona leży sobie w salonie na swojej ulubionej kanapie i śpi. Nie idę tam, żeby jej nie przeszkadzać. Kiedy muszę iść salonu i jej nie ma, to wmawiam sobie, że śpi w drugim pokoju w legowisku albeo siedzi na balkonie i rozgląda się dookoła. itd. Przyznam, że to odrobinę pomaga. Pytanie tylko czy to wypieranie pomoże na dłuższą metę. Musiałam znaleźć jakiś sposób, bo wyglądam jak upiór z sińcami pod oczami, a same powieki mam tak spuchnięte, że je widzę. Nie wychodzę na miasto, żeby się ludzie nie przestraszyli na mój widok. Może dzięki temu dziś płakałam tylko 4 razy. Współczuję Ci bardzo, bo wiem co przeżywasz. Musimy Agato wylizać same nasze rany a będzie to proces bardzo długi. Wiem, że z czasem ból stanie się mniej palący ale będzie nadal. Jedno jest pewne. Nasze psiaki mają swoje własne pokoiki w naszych sercach, do których poza nami nikt nie ma wstępu. Są tam bezpieczne, kochane i tam żyją nadal. Tego nikt nam nie wydrze i będzie tak do końca naszych dni. Teraz, na tą chwilę mogę Cię jedynie cieplutko przytulić. Światełko dla moich psich córeczek i Twojej boksi. Kocham Was moje słodkie maluszki. Pomóżcie nam przez to przejść.
  7. Ból, cierpienie i wspomnienia. Nie pamiętam tak smutnych świąt. Rana jest zbyt świeża, zbyt paląca. Balbinko Zuzia wciąż Ciebie szuka
  8. Nasze kochane maluszki Jesteście w naszych sercach i naszej pamięci. Te święta będą smutne, przepełnione bólem po odejściu Balbinki. Mimo to dzielimy się z Wami jajeczkiem.
  9. Wszystkim odwiedzającym wątek naszych skarbeńków życzę w imieniu swoim i bliskich WESOŁYCH ŚWIĄT
  10. Wesołych Świąt Radku
  11. Wesołych Świąt Agnieszko
  12. Radku my tez mieliśmy nadzieję, że kryzys nie wróci. 1,5 godz. przed jej śmiercią zadzwonił dzwonek do drzwi i.... ona szczekała. W sobotę miała duszności- przeszły. W niedziele po tych nocnych wymiotach i biegunkach znowu wyglądała na zdrowego aczkolwiek osłabionego psiak. Nie dawało mi spokoju czy nie spóźniam się z podaniem leku, bo musiała najpierw zjeść. Biłam się z myślami czy nie powinnam wsadzić do dzioba na sile na pusty żołądek. Cały czas zadawałam sobie masę pytań. Po jej odejściu z lewej dziurki noska poleciała rozwodniona krew. To najprawdopodobniej dało wetowi podstawę do stwierdzenia,z e pękł guz. W domu zrobiło się tak strasznie pusto, tak smutno, tak jakoś zimno ale nie w sensie temperatury. Wylewamy łzy tak, żeby nie widziała tego Zuzia. Ona nadal się rozgląda, tak jakby miała nadzieje, że Balbisia zaraz wróci, że wszystko będzie tak jak dawniej. Wczoraj wieczorem i dziś w południe zachowywała się, jakby ją widziała. Wiem, że to brzmi irracjonalnie ale mogłabym przysiąc, że tak właśnie bylo. Bacznie obserwowała miejsca, gdzie poruszała się Balbinka w salonie, stała zdumiona i wodziła cały czas oczkami po Balbinki trasie. Dziś w taki sam sposób obserwowała nasze łóżko. Nikt na nim nie leżał, było zaścielone a ona wodziła oczkami tak jakby ktoś po nim przechodził i była tym żywo zainteresowana. Balbisia w ciągu dnia cały czas korzystała z naszego łózka i na nim odeszła.
  13. Miłość nie umiera
  14. Piękne i smutne - jak nasze serca i nasze oczy, z których wciąż płyną łzy. Siedzimy i płaczemy, nie chce się nam jeść , nie chce się nam nic robić, patrzymy na jej zdjęcia i płaczemy. Boże jak to strasznie boli. Jak strasznie.............
  15. Właśnie dostałam wiadomość od jej weta. Opisałam mu wszystko i powiedział, że na 90% pękł jej guz. W takiej sytuacji nie było dla niej żadnego ratunku. Sam nie może uwierzyć, że to paskudztwo rosło w niej w tak zastraszającym tempie.
  16. Dziękuję Wam. Zrobiliśmy Balbisi na szybko trumienkę. Otuliliśmy jej kochanym kocykiem, dostała od nas maskotkę, swoje ciasteczko i ulubione suszone ucho na drogę za TM. Czekaliśmy z ciałkiem na Szymona, żeby się z nią mógł pożegnać kiedy wróci z uczelni. Serce nam pękało jeszcze bardziej, bo Zuzia za wszelką cenę chciała ją obudzić. Zrobiła się smutna, nie chce jeść a to nas martwi , bo ma przecież chore serduszko. Balbinkę pochowaliśmy 15 km od domu u naszych przyjaciół. Są miłośnikami zwierząt, mają przepiękny własny park a w nim cmentarzysko swoich zwierząt. Leży obok nich, Nie jest sama a nad jej mogiłą rośnie bez. Nasi przyjaciele nam towarzyszyli w pochówku, dołączyły do nas 2 ich psiaki i kot. Zapaliliśmy jej elektrycznego znicza i myślimy, żeby w tym miejscu z czasem posadzić jakiś krzew- może różę? Żaden weterynarz nie dawał jej szans na życie. Rak był nieoperacyjny i z góry była skazana na śmierć. Miała leczenie paliatywne ale tak szybkim odejściem zaskoczyła nawet wetów a co dopiero nas? W sobotę źle się poczuła. Miała płytki oddech, łapała powietrze jak rybka i szybko się męczyła, nie mogła leżeć, tylko siedzieć. Zawieźliśmy ją do jej lekarza, obadał dokładnie, osłuchał, obmacał na wszystkie strony, dołączył kolejne leki. Powiedział, że nie jest cudownie, ale nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, że mamy być przygotowani na jej kryzysy, lepsze i gorsze samopoczucie, że w jej stanie to normalne, że tak już będzie. Będą lepsze i gorsze dni. Pozycja siedząca ułatwia jej oddychania i mamy jej nie przeszkadzać, nie próbować kłaść itd. Po nowych lekach w nocy z soboty na niedzielę dostała biegunkę i wymioty ( skutki uboczne). Bylam non stop z kontakcie tel. z wetem , informowałam go o wszystkim. Tego dnia ze względu na wymioty miałam nie podawać jej leków. Przeszło jej kolo południa. Po kryzysie poczuła się wspaniale. Jadła, piła, wywalała brzusio do miziania, czekała na całuski, spokojnie oddychała, mogla leżeć, a my cieszyliśmy się tak, jakbyśmy Pana Boga złapali za pięty. Wszystko wskazywało na to, że kryzys minął. Wczoraj znowu przyszedł kryzys. Zajdla jednak śniadanie, ale oddech miała ciężki, zipała. Podałam leki ułatwiające oddychanie, potem na wzmocnienie serduszka. Mąż zniósł ją na siusiu ok 13:00. Obeszła spokojnie swoje miejsca, wywąchała je dokładnie. Potem już wszystko się potoczyło bardzo szybko. Oddech był szybki a ona zipała niesamowicie, unikała naszego spojrzenia. Z mężem doszliśmy do wniosku, że te leki nie zadziałały, że wzywamy weta do domu, że być może trzeba będzie jej podać kolejny steryd, że tamten przestał działać, a może zapisać inne leki. Kalejdoskop myśli i szybka narada. Nie zdążyliśmy. Odeszła na naszym łóżku, na jej ulubionym miejscu dziennego pobytu. Płaczemy wszyscy. rana jest ogromna, nie wiem czy kiedykolwiek się zabliźni. Nie możemy ani jeść ani spać. Siekło nas tak samo jak po odejściu Psoni. Odejście Psoni było błędem lekarskim, mogła żyć jeszcze długie lata. Balbisia dostała wyrok od razu, nie miała szans, wszyscy mówią, że odeszła szybko, że zrobiła nam przysługę, że nie patrzyliśmy na jej mękę, na te kryzysy całymi miesiącami, bo tak to wygląda w tej chorobie. Wiemy o tym. Jednak rozum swoje, serce swoje. Moje słonko wiedziało, że mielibyśmy problem z podjęciem decyzji o jej odejściu, zrobiła to za nas i za to kochamy ją jeszcze mocniej. Balbinko nawet nie wiesz ile bólu nam sprawiłaś swoim odejściem. Przecież to nie tak miało być. Miałaś pobić rekord życia w zdrowiu i odejść nagle ze starości. Życie jest okrutne a nas kocha doświadczać. Kiedy to się skończy? Kochamy Was nasze córcie i pomóżcie nam przez to wszystko przejść. Pomóżcie się pozbierać nam i Zuzi. Miłości nic nie zabije - ona nie umiera nigdy. Nasza miłość do Was będzie trwała do końca naszych dni. Spójrzcie na te kochane oczka, na te szerokie usteczka do całowania. Czyż nie była piękna? Po stracie Psoni przyniosła wiosnę do naszych serc- odeszła w pierwszy dzień wiosny.
  17. Nasza kochana królewna odeszła (sama) dziś o godz. 14:15 Pobiegła do Psoni na tęczowe łąki a w domu pozostawiła nas z ogromnym bólem w sercu i morzem łez. PUSTKA KTÓRA BOLI - niemiłosiernie boli Jesteś już nasze serduszko kochane w krainie, gdzie nie ma bólu i cierpienia, gdzie żaden rak nie ma dostępu. Biegaj radośnie z Psonią, bo nam nadzieje, że wybiegła ci na spotkanie.
  18. Psoniu mamy kryzys u Balbisi. Doszły kolejne leki. Zaciskaj łapinki słonko moje.
  19. Nasza dziewczynka wczoraj wieczorem miała kompleksowe USG brzusia. Nie ma żadnych nieprawidłowości, które budziłyby niepokój. Są jakieś drobne zmiany charakterystyczne dla wieku. Na razie mamy się nie martwić. Nie ma wody w brzuszku i śladów przerzutów. Dostała zastrzyk , tabletki do domku i kolejna wizyta za tydzień. Prawdopodobnie za tydzień zapadnie decyzja czy z zastrzyków sterydowych i przejdziemy na tabletki. Lekarz chce spróbować, żeby jej nie stresować tak częstymi wizytami w lecznicy. Jeśli by się po tabletkach gorzej czuła to niestety będzie musiała widywać się z wetem częściej. Ten tydzień był wyjątkowy. Gdyby nie to, że od czasu do czasu łapał ja kaszelek, nikt by nie powiedział, że to chory psiak. Oby tak dalej. Psotuś zaciskaj te swoje kochane łapinki.
  20. Dziękuje Radku. Dzisiaj sobie ucięłam pogawędkę z lekarzem. Trafiliśmy na takiego, który chce pomóc i chce o nią zawalczyć tak samo jak my. Powiedział, że chce nam dać jak najwięcej czasu i zrobi wszystko aby tak było. Ale wyłożył też kawę na ławę, że rak jest nieoperacyjny i chemioterapia poza osłabieniem zwierzęcia nie przyniosłaby skutku. Dziś także dowiedzieliśmy się, że Balbisia ma prawdopodobnie ok 14 lat. a to by wskazywało, że lekarz , który nam ją badał zaraz po adopcji miał rację co do jej wieku mówiąc, że schronisko w książeczce zdrowia zaniżyło jej wiek o co najmniej 1,5 roku. Zastanawialiśmy się od kiedy dzieciak ma tego paskudnika, czy przeoczyliśmy jakikolwiek objaw i odpowiedź brzmi NIE. Podobnie było ze Zuzią. Przypadek sprawił, że miała osłuchowo zbadane szmery w sercu, które okazały się być ujawnioną z wiekiem wadą wrodzoną. Szmery były ledwie słyszalne, Sama lekarka miała wątpliwości czy je słyszy ale woleliśmy to sprawdzić u kardiologa. Zaczęła być leczona zanim pojawiły się objawy. Balbinka zachorowała na zapalenie krtani. Zaczęła nam pokasływać takim suchym, krtaniowym kaszlem. Poza tym czuła się świetnie. Bawiła się z Zuzką, nadal ją podpuszczała, dziamotała na męża jak zapomniał jej dać ciasteczko po spacerze. Jak na dominantkę przystało pilnowała bacznie godzin wyjścia na spacery, czyli budzik w dupce działał bez zarzutów. Na spacerach atakowała każdego napotkanego psa i szła za nim jak przecinak itd. Ale to pokasływanie nie dawało nam spokoju.Ok, pies może sobie zakasłać raz na jakiś czas a ona tego dnia zakasłała ok 7 razy. Byliśmy u weta, dostała zastrzyki, nie przeszło. Kolejna seria zastrzyków, nie przeszło, kolejna nie przeszło. W miedzy czasie badało ją 3 wetów każdy potwierdzał diagnozę poprzednika. Potem okazało się ,że to możne być stan przewlekły, spowodowany wirusem i dlatego nie zareagowała na coraz silniejsze antybiotyki. Ja nie dawałam za wygraną bo mam złe doświadczenia z Psonią. U niej też zaczęło się od banalnego zapalenia gardła. Pogłębiliśmy więc diagnostykę u Balbisi i szok. Teraz jesteśmy w kropce. Jest nam strasznie ciężko pogodzić się z faktem, że mała żyje z wyrokiem, że nie będzie lepiej a gorzej, że staniemy przed podjęciem ostatecznej decyzji. Czujemy się tak, jakbyśmy dostali porządnym obuchem po łbach. Nie tylko ja jestem w taki stanie ale mąż i syn także. Przy pierwszych objawach byliśmy u weta , niby wszystko było dopilnowane a teraz czytamy w necie o objawach choroby , sięgamy pamięcią wstecz i zastanawiamy się, czy miała któryś wcześniej i nasza czujność była uśpiona. Nic takiego się nie działo. Objaw pojawił się nagle. Nie potrafimy powiedzieć od kiedy jest chora. Teraz się oszczędza, bo wie, że szybkie ruchy ją meczą i pojawia się kaszel. Aczkolwiek dziś jak zobaczyła sznaucera na ulicy to wydarła za nim jak szczeniak w kwiecie wieku. Nie udało jej się go zjeść wiec skierowała się do domu i na schodach musiała odpocząć.Dużo odpoczywa ale jest nadal tą samą Balbinką. Jest jedna zmiana. Od czasu choroby praktycznie nie wychodzi z naszego pokoju i w ciągu dnia okupuje nasze łóżko. Tylko na noc wychodzi jak zwykle do salonu na swoją kanapę i przestała całkowicie korzystać z legowiska. Na apetyt też nie możemy narzekać. Zjada chętnie posiłki a nawet uprawia żebractwo. Najlepiej teraz jej wchodzi samo mięcho.
  21. Dziękuję Wam. Kolejna wizyta za nami. Za tydzień dodatkowe USG brzuszka, żeby sprawdzić czy nie zbiera się płyn. Dostała zastrzyk ze sterydów i tabletki rozkurczające drogi oddechowe. Dziś była osłuchiwana, obmacywana na wszystkie strony - nie było sensacji. Dostaje ataki kaszlu kiedy przestaje działać steryd. Kolejny RTG za kilka miesięcy ( o ile niunia dożyje). Matko, nawet napisać mi o tym ciężko. Za tydzień miała być szczepiona na choroby zakaźne ale nie ma o tym mowy. Mamy zapomnieć o wszystkich szczepieniach. Możemy jednak spokojnie zastosować Frontline. To tyle.
×
×
  • Create New...